Podziemne schronienie – czyli życie w tzw. bejsmencie

basementW Dzienniku Związkowym, polskiej gazecie wydawanej w Chicago, widniało sporo ogłoszeń pod hasłem ‘wynajmę’. Nie marnowałem więc czasu.

Telefon nr 1:

– Pokój owszem mam, koszt to 400$ za miesiąc i 400$ kaucji.

– Za drogi, do widzenia – zakończyłem rozmowę.

Telefon nr 2:

– Przykro mi, ale ogłoszenie nieaktualne!

– To może byście o tym prasę poinformowali? – miałem już na końcu języka.

Telefon nr 3:

– Dzień dobry. Pokój znajduje się w okolicy krzyżówki ulic Belmont i Milwaukee (dobrze mi już znanych). Pokój jest duży i ma balkon. Cena to 350$ za miesiąc.

– Byłbym nim zainteresowany. A kiedy mógłbym go obejrzeć?

– Oglądać można od następnego weekendu, a pokój będzie wolny od października.

Telefony nr 4, 5 i 6 – podobne historie.

W końcu telefon nr 7. W słuchawce słyszę krzykliwą kobietę, nerwowo informującą, że pokój jest wolny od zaraz i jeśli chcę, to mogę go sobie dzisiaj obejrzeć.

– Adres to 4332 North Kerington. Tylko niech pan przyjeżdża zaraz, bo potem muszę wyjść – dodała odrobinę spokojniej.

chicago-streets-at-nightNa mapie podaną ulicę odnalazłem bez większych problemów, jednak te zaczęły się trochę później, gdy wyszedłem na miasto, a wszystko przez to, że nie zdawałem sobie sprawy, jak długie potrafią być tutejsze ulice. Proszę, jak łatwo luka w wiedzy o chicagowskiej infrastrukturze potrafi się zemścić na człowieku. Zaczęło się od tego, że odnalazłem na mapie ulicę Kerington i zaraz potem odszukałem większą ulicę, bezpośrednio ją przecinającą, o nazwie Fullerton. Wszystko odniosłem do mojego obecnego położenia i pewny swego poszedłem zapytać, jak najłatwiej tam dojechać.

– Najpierw autobusem do Armitage, a później w górę następnym – tłumaczył mi jeden z przechodniów, jeżdżąc palcem po mapie.

Do celu dojechałem w przeciągu godziny. Pytanie, czy to aby na pewno było to miejsce? Wysiadam i już czysto formalnie pytam na przystanku chłopaka o numer 4332. Z niedowierzaniem słyszę, że to kawałek drogi i najlepiej dojechać tam autobusem. Nieporozumienie, koleś pewnie nie jest stąd – pomyślałem. Po chwili pytam starszego faceta, wyrzucającego śmieci do kontenera przed sklepem – mając nadzieję, że tutejszy, no i wiekowy, więc poinformowany też chyba lepiej – lecz niczego nowego się nie dowiaduję. Nie dając za wygraną wyciągam mapę i pokazuję memu rozmówcy, o jaką dokładnie ulicę mi chodzi, na co on się uśmiecha, odsłaniając swoje miodowego koloru zęby i pokazuje mi, że owa ulica (jak większość chicagowskich) przebiega przez całe miasto, toteż tu, gdzie się obecnie znajdujemy, jest numer 2400 North Kerington, a ja potrzebuję się dostać na numer 4332, czyli jakieś piętnaście minut jazdy miejską komunikacją. Za jego radą wsiadłem do odpowiedniego autobusu i pojechałem pod wskazany adres. Dzielnica była bardzo przyjemna. Kerington to ulica jednokierunkowa, z ciągnącymi się po obu jej stronach, równiutko poustawianymi rzędami domków jednorodzinnych, z pieczołowicie przystrzyżonymi trawnikami i nietuzinkowo wyglądającymi ogrodami, niczym z katalogu o architekturze krajobrazu. W końcu dochodzę do tego właściwego domu. Dzwonię, mimo że bramka jest otwarta. Po chwili słyszę znajomo brzmiący, krzykliwy głos starszej kobiety.

– Niech pan wchodzi! – powtórzyła kilka razy, w tej samej chwili wyłaniając się zza rogu domu.

– Dzień dobry. Dzwoniłem w sprawie pokoju – mówię kłaniając się staruszce, na co ona, że zaraz mi go pokaże.

– Andrzej! Andrzej! – wykrzykuje do stojącego ze dwa metry od nas mężczyzny.         Na męża za młody – myślę sobie – choć w Stanach to wszystko możliwe. Z drugiej strony, po co wołałaby do mnie ogrodnika?

– To jest Andrzej – przedstawia mężczyznę staruszka. – Andrzej jest jednym z lokatorów i zaraz pokaże ci pokój.

Wchodzę do basementu, czyli przerobionej na mieszkanie piwnicy, po drodze wysłuchując informacji o panujących tu zasadach lub raczej ich braku.

– Babcia z reguły śpi jak kamień, więc my se tu czasem jakieś piwko przy weekendzie walniemy, a poza tym, jak zauważyłeś, ona to do nas raczej nie wchodzi. Z końcem miesiąca woła tylko, by przynieść jej pieniądze za wynajem i tyle – mówił Andrzej. – Oprócz mnie mieszka tu jeszcze dwóch kolesi: Marek, który wpadł do Chicago na parę miesięcy, by trochę dorobić i weteran Mietek, siedzący w Stanach już osiemnaście lat. Tak na marginesie, od dziesięciu pracuje w kotłowni, podobno dobra fucha, tyle że wiąże się z robotą na nocki, przez co rzadko go widać, bo zazwyczaj za dnia tknie komara. Mieszkał z nami jeszcze Bogdan, ale niedawno się wyprowadził. Ponoć brakowało mu przestrzeni i narzekał, że tu mamy ciemno.

– Klaustrofobik? – wtrąciłem.

– Nie sądzę bo w kibelku to potrafił przesiadywać godzinami – odparł pół żartem pół serio. – Ale z Bogdanem przynajmniej mogłem mecze pooglądać. Dla mnie piłka nożna to kapitalny sport, ale niestety, Marek z Mietkiem wolą wałkować te same, odtwarzane z DVD, polskie komedie. Dlatego jak tylko puszczają w telewizji jakiś ważniejszy meczyk, to zmykam na górę do babci lub do baru – kontynuował Andrzej. – Mówię ci, jak jest. My tu jesteśmy szczerzy i nic nie ukrywamy.

W tym samym momencie pokazał mi stary pokój Bogdana, w którym obecnie pomieszkuje Marek.

– A ten pokój, tu po prawej, jest wolny. Może nie jest za duży, ale ma okno, no i wygodne łóżko. My płacimy po 300$, ale ty będziesz dawał 250$, bo pokój mniejszy – Andrzej nacisnął na klamkę ciężkich, drewnianych drzwi.

Faktycznie pokój był mały, ale jak słusznie zaznaczył współlokator, miał okno, a raczej okienko. Po prawej komoda, naprzeciwko której stała szeroka i niewysoka szafa. Pod oknem łóżko, a przy nim malutki, zielony dywanik, odrobinę kryjący mocno porysowany parkiet. Potem Andrzej dorzucił jeszcze kilka słów o kuchni i łazience, i to by było na tyle w temacie mieszkania.

– A ty gdzie robisz? – zapytał znienacka.

– Co, co? – spytałem, zapatrzony na ciąg butelek po wódce, poukładanych starannie, niczym kostki domina.

– No, czy masz robotę? Na budowie, w sklepie, na dachach? – dociekał.

– A nie…- zacząłem. – To jest dopiero mój drugi dzień w Chicago, a poza tym chyba na razie nie zamierzam szukać roboty – dokończyłem.

Andrzej się jeszcze trochę pokręcił, dodał, jak to sam kiedyś pracował na dachach na Florydzie, po czym stwierdził, że musi spadać, bo obiecał babci zreperować coś w ogródku. Wyszliśmy na zewnątrz.

– Pani Zosiu, chłop się decyduje i będzie do nas pasował jak ulał – zawołał Andrzej do staruszki.

– To dobrze, bo martwiłam się, że pokój Bogdana będzie stał pusty – odpowiedziała kobieta pytając, o której dziś się wprowadzę. – Mamy tu też taki stary rower i możesz go pożyczyć do przewiezienia bagaży – uprzejmie zaproponowała.

Odpowiedziałem, że nie trzeba i że wrócę dopiero jutro, bo mam już wykupioną drugą nockę w hotelu.

Nazajutrz wprowadziłem się, jak się później okazało, do małego domu wariatów. Z dnia na dzień coraz bardziej się o tym przekonywałem, a to głównie za sprawą Andrzeja i Marka. Kwestia częstego przebywania Andrzeja w ogródku pani Zosi szybko się wyjaśniła. Stracił on bowiem pracę i był załamany brakiem perspektyw. Jako że pani Zosia miała tu i ówdzie trochę klamotów, na których zreperowanie czy posegregowanie nigdy nie było czasu, Andrzej chętnie podjął się wyzwania i w zamian za dach nad głową, przez kilka następnych tygodni opiekował się podwórzem. Po kilku bibach z udziałem wódki, piwa i wina, podobna sytuacja przydarzyła się Markowi. Stracił on pracę, bo najzwyczajniej w świecie się w niej nie pojawiał, a że pani Zosia roboty w ogrodzie dla dwóch osób nie miała, wspólnie zdecydowali, że Marek będzie chodził codziennie pod ‘ścianę płaczu’. Oznaczało to wczesnoranne meldowanie się na stacji benzynowej przy słynnej krzyżówce ulic Belmont i Milwaukee, gdzie codziennie podjeżdżają właściciele firm budowlanych, potrzebujący rąk do pracy. Dostał pracę i wyglądało na to, że zacznie mu się lepiej powodzić. Codziennie wracał zmęczony, ale pełen wrażeń i pozytywnego nastawienia, wychwalając swojego nowego szefa. Sielanka nie trwała zbyt długo, bo zaledwie po tygodniu wszystko odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni.

– Pracowałem u tego palanta już ponad tydzień – zaczął Marek podniosłym głosem, po tym jak wrócił z pracy w piątkowe popołudnie. – Pracowałem rzetelnie i przez ten czas nie piłem z nadzieją, że utrzymam tę fuchę na dłużej. I co? Nie tylko pracy nie utrzymałem, to jeszcze gnojek powiedział, że mi nie zapłaci – zakończył zdesperowany Marek.

– Uspokój się. Zaraz naleje ci jednego i poczujesz się lepiej – zaproponował Andrzej otwierając lodówkę. – Ty, ale nie mamy popity. Walniesz bez? – dodał.

– Nalewaj i nie pieprz głupot! – powiedział Marek, po czym wypił dwa kieliszki czystej.

– Słuchaj brachu, wszystko będzie dobrze. Golnijmy jeszcze po jednym a ja zaraz skoczę po następną – zaproponował pocieszyciel bezrobotnego, dodając jeszcze, że tym razem sam ją sfinansuje.

– To kup jeszcze jakieś chrupki, czy coś – wykrzyknął Marek zanim ten zdążył wybiec do sklepu.

Jak widać, o pretekst do popijawy w naszej piwnicy nie było trudno.

Cafe-Lura-fot.-Robert-WachowiakMarek, zniechęcony sytuacją z niewypłacalnym pracodawcą, postanowił być ostrożniejszy. Pod ‘ścianę płaczu’ nie chodził już jak wcześniej, na siódmą rano, a na ósma lub dziewiątą. Wychodził z założenia, że odpowiednia dawka snu to podstawa, by dobrze rozpocząć dzień i dodawał, że po ósmej to i konkurencja mniejsza. Konkurencja może i mniejsza, ale i pracodawców jak na lekarstwo, bo rzetelniejsi startowali o świcie. Wkrótce zaczęło mu brakować funduszy na jedzenie, nie wspominając już o kasie na czynsz. Jedynym solidnym pracownikiem, który mógł wspomóc Marka w kryzysie, był Mietek. Jednak był on cholerykiem i często wpadał w furię, zwłaszcza gdy nie zwracano mu na czas pieniędzy. Dlatego też Marek coraz częściej przychodził do mnie z prośbą o poratowanie. Wspomagałem go małymi sumkami, które po dwóch tygodniach urosły do kwoty równej połowie miesięcznego czynszu. Z każdym dniem sytuacja Marka pogarszała się. Nie wstawał do pracy twierdząc, że i tak nikt go nie zatrudni. Smutki topił w kieliszku, zazwyczaj w towarzystwie Andrzeja, bo jak sam twierdził, stracił motywację do walki z bezrobociem.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Podziemne schronienie – czyli życie w tzw. bejsmencie

  1. A byłam pewna, że już komentowałam ten wpis… ale wracając do meritum sprawy… Masz lekkie pióro i ciekawą narrację. Bardzo przyjemnie się to czyta mimo, że tematyka bywa dołująca. Jeszcze jako studentka pojechałam na wakacje ze znajomymi do Chicago… wiem zatem coś na ten temat…

    • A to miło usłyszeć, że fajnie się czyta 🙂 A jak się mają spawy w NYC? I jak wspominasz wakacje w Chicago?

      • W NYC zwykle jestem tylko przez lato, w DC dostyć śnieżnie dziś było. A wakacje w Chicago zawsze będę wspominać z sentymentem. Będąc jeszcze na studiach wyskoczyłam na dwa miesiące na work and travel. Pracowałam w restauracji, gdzie poznałam super ludzi. Nasz barman zabierał nas po pracy do gejowskich klubów na najlepsze imprezy (Dolphin ) jeżeli dobrze pamiętam. Działo się… jednym słowem 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s