Wow, czyli w drodze do Skagway

ferryBiletu na prom do Skagway na szczęście nie trzeba było wcześniej rezerwować (w przeciwieństwie do biletu na samolot), toteż sympatyczna ekspedientka sprzedała mi wejściówkę na statek, którym miałem płynąć przez kolejne sześć i pół godziny. Nie chciało mi się siedzieć, więc pokręciłem się tu i ówdzie, po czym znalazłem się w promowym barze gdzie zamówiłem dużą kanapkę, kawę i parę owoców. Po posiłku postanowiłem pójść na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wylądowałem na górnym pokładzie, gdzie wyłożyłem się jak długi na wygodnym leżaczku, zażywając słonecznej witaminy D. Po chwili zjawiło się tu sporo ludzi i tak trzaskali leżakami, że nie można było spokojnie poleżeć. Jako że wszyscy rozkrzyczani goście układali się po prawej stronie pokładu, ja przeniosłem swój leżak na lewą, skąd patrzyłem, jak oni się tam po drugiej stronie gnieżdżą. Co chwilę pojawiali się kolejni ludzie i jakby byli przyciągani magnesem – mknęli od razu na prawo. A ja sobie tu poleżę i nie będę lazł tam gdzie wszyscy, jakby nie wiadomo co tam dawali – pomyślałem sobie zamykając oczy. Słońce jednak po chwili zniknęło. Ale ludzi zamiast ubywać zaczęło przybywać. I ci nowi również kumulowali się przy prawej burcie. Jak tak
dalej pójdzie – pomyślałem – to statek się przechyli i mój leżak tam do nich zjedzie, a ja razem z nim. Nie chciało mi się jednak wstawać, więc postanowiłem znów zmrużyć oczy i spróbować usnąć. Czy mi się udało? Usnąć – nie, ale usłyszeć, a po chwili i ujrzeć kolejnych głośno zachowujących się turystów i owszem; kolejna tura miała już przygotowane aparaty, tudzież kamery. Co oni tam takiego widzą, czego ja nie widzę, że cały ten ich gwar zamienia się w wypowiadanie na zmianę lub też równocześnie, jednego słowa: „Wow!”. Niedźwiedź jakiś, czy foka im się ukazała? – zastanawiam się co mogą tak tam podziwiać. Postanowiłem zebrać siły, by wstać i dołączyć do owej, dość już sporej grupy ludzi przy prawej burcie. Ledwo wstałem i pierwsze słowo, które niby sam do siebie, a jednak na głos wypowiedziałem, brzmiało: „Wow!”. To co ujrzałem, nie było foką, ani wielorybem. Nie było też niedźwiedziem polarnym, choć kolorem mogło go przypominać. Ale chwila, przecież to nie jest tylko biały kolor – zauważyłem wytężając wzrok. Wyglądem przypominało stok narciarski z zakrętem w lewo. Ogromna masa lodowa, mieniąca się paletą barw od czystej bieli przez błękit i różne odcienie brązu. „Wow!” – powtórzyłem. To jest przecież lodowiec! Jaki piękny! Jaki duży! – nie mogłem się napatrzyć. Przez kolejne pół godziny byłem przekonany, że był to jeden z najpiękniejszych widoków, jaki kiedykolwiek widziałem. Wszystko się jednak zmieniło, gdy dopływaliśmy do zatoki Bernersa, w której ujrzałem na własne oczy jeszcze większy lodowiec, ogromny w porównaniu do poprzedniego, którego oderwane kawałki pływały po wodzie. Poczułem wtedy, że jestem na Alasce i wiedziałem, że uczucie to będzie mi towarzyszyć podczas mojego pobytu w tym jakże pięknym zakątku świata przez następne trzy miesiące.glacier
Powoli robiło się chłodno, a i widoki już nie zaskakiwały niczym podobnym do poprzednich, więc postanowiłem zwijać się do środka. Klapnąłem sobie na jednej z ławek, gdzieś na tyłach promu. Powoli zamykam oczy i czuję, że ktoś mnie budzi. Otwieram je, cały czas nie wiedząc, czy to jawa, czy sen, i widzę stojącą przede mną postać – coś na wzór kapitana statku. Ma ładny niebieski mundur i granatową czapkę. Ale dlaczego on mnie budzi? Nie widzi, że próbuję usnąć? – pomyślałem niezbyt się tym wszystkim przejmując i dochodząc do wniosku, że śnię. Dziwne też okazuje się to, iż inne ławki, które wcześniej były okupowane przez innych turystów, teraz są puste. Ów kapitan znów mną potrząsa i tym razem przemawia. Widzę jego twarz i słyszę, że coś mówi ale jakoś nic do mnie nie dociera, no może za wyjątkiem jednego słowa – Skagway. A Skagway to mieścinka, do której płyniemy. A propos, czy my właściwie płyniemy czy stoimy? – myślę sobie. Może i stoimy. Pewnie znów jakiś lodowiec, a ludzie, którzy wcześniej siedzieli tu na ławkach, poszli znów
pstrykać fotki. Nagle nachodzi mnie myśl – czyżbyśmy już dopłynęli? Pytam kapitana, czy już jesteśmy w Skagway, a on z deko ironicznym uśmiechem odpowiada, że i owszem, jesteśmy, że czas na wysiadkę. No to idę – myślę sobie biorąc bagaże. Jak się okazuje, opuszczam pokład jako ostatni, nie licząc załogi i pana kapitana, który gdzieś się za mną kręci i coś sprawdza. Przy westmarkprzystani czeka bus – taksówka, której kierowca oferuje mi podwózkę za jedyne pięć dolarów. – Do hotelu Westmark – mówię, po czym ruszamy. Po około trzech minutach byliśmy już na miejscu, a kierowca usłużnie wyskoczył i wyciąga moje bagaże licząc na napiwek. Tym razem taryfiarz się przeliczył, bo nie skumałem o co mu biega, roztkliwiając się nad tym, jacy tutejsi ludzie są uprzejmi. W hotelu przywitała mnie pracująca na nocna zmianę młoda kobieta, która szybko zaprowadziła mnie do pokoju, w którym spędziłem swoją pierwszą białą noc na Alasce.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Wow, czyli w drodze do Skagway

  1. A myślałam, że jednak będzie to wieloryb… 🙂 O lodowcach słyszałam… ale w sumie to do tego momentu nie wiedziałam z jakimi uczuciami wiążą się ich oględziny 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s