Darmowy e-Book anyone?

Nie rozumiem fenomenu Newslettera, Calling Centers, naganiaczy od Philipiaka czy innego tam Zeptera. A propos Newsletera, zastanawiam się czy pojawiający się on na wielu stronach i blogach jest czymś pozytywnym czy raczej negatywnym? Zastanawialiście się kiedyś jaki jest cel dopisania się do Newslettera? Czy faktycznie chodzi o to aby być na bieżąco z danym blogiem? Za dopisanie się do Newslettera blogerzy często dają coś w zamian, np. e-Booka. Często jest chyba dokładnie na odwrót, czyli: Dopisz się a ja Ci dam za to e-Booka; lub: Hej, tu jest dla Ciebie darmowy e-Book! Ściągnij go sobie! Ale…zanim to zrobisz, musisz się dopisać do Newslettera, ot taki malutki warunek. To tak jak na spotkaniu u Philipiaka mówią: Masz tu trzy super teflonowe i całkowicie darmowe patelnie! Ale… zanim je schowasz do torby, zapłać za czwartą.  Czy faktycznie otrzymujemy coś za darmo? Czy może ktoś nas robi, mniej lub bardziej świadomie, w bambuko? Niedawno wpadłem na ciekawego bloga, którego autor rozdawał swojego e-Booka bez żadnych warunków. Jedynie zasugerował, że jeśli książka się spodoba, można mu postawić w zamian e-Piwo, dokonując przelewu. W pełni dobrowolnie.

Idąc tym tropem, postanowiłem podzielić się swoim e-Bookiem, który można ściągnąć poniżej – zupełnie za free i bez żadnych warunków. Nie musisz ani stawiać e-Piwa ani wspominać, że ściągnąłeś/-aś książkę. Jedyne co możesz zrobić, jeśli Gość w Chicago Ci się spodobał, to ewentualnie podać go dalej (a jeśli się nie spodobał, napisz dlaczego). Bo jedyne na czym mi zależy to to, żeby e-Book trafił do jak największej liczby czytelników, a jego treść inspirowała do działania i pozytywnego myślenia.

Pobierz e-Booka tutaj

Czytaj dalej

Reklamy

Wszystkie drogi prowadzą do Skagway

skagwaystreetPrzyszedł czas na realizację jednego z moich „amerykańskich” marzeń – powrotu do Skagway, mojego ulubionego miasteczka na Alasce. Marzyłem o tym od 2002 roku i teraz nadszedł właściwy moment, by uciec od chicagowskiego zgiełku, wyścigu szczurów i wreszcie wybrać się w tę podróż. Jeszcze przed kupnem biletu do Juneau odwiedziłem dobrego kumpla, który, jak się okazało, często gościł na Alasce. Jeździł tam na coroczne polowania, o czym dowiedziałem się, gdy zwróciłem uwagę na leżące w jego domu narzuty i dywaniki – wszystkie wykonane z niedźwiedzich skór. Kolega szczegółowo opowiadał o każdej swojej wyprawie, a ja wtrąciłem, że też byłem na Alasce, a niedługo wybieram się tam po raz drugi i już nie mogę się doczekać. Maniek, bo tak miał na imię kolega, co chwilę wyjmował nowe albumy ze zdjęciami oraz kosze wypełnione po brzegi pamiątkami z Alaski.

– Z tego co wiem, to ty nie masz zielonej karty – stwierdził Maniek i dopytał, jak chciałem się tam bez tego dokumentu dostać (a potem wrócić), na co mu odpowiedziałem, że do podróżowania po Stanach wystarczy prawo jazdy lub ID, czyli amerykański dowód osobisty.

– Masz rację, ale, jakby ci to powiedzieć, jest taki mały wyjątek, a nawet dwa – kontynuował. – Pierwszy to Hawaje, a drugi Alaska.

– Jak to? – zapytałem.

– Nielegalni imigranci do Stanów przyjeżdżają nie tylko przez Meksyk, ale również przez Hawaje (tędy najczęściej przebywają Azjaci) i Alaskę (a tędy Europejczycy).

– I co to znaczy? – spytałem.

– Weźmy Alaskę. Ludzie dostają się tu przez zieloną granicę z Rosją, choć dla mnie to ta green cardgranica pewnie jest biała i mroźna, ale gdy są na Alasce, są już w Stanach. Rząd imigracyjny się w tym wszystkim połapał i zwiększył kontrolę dla wszystkich podróżujących na tej trasie, no a szczególnie wyglądających na tych ze wschodniej części Europy, czyli na przykład nas, Polaków. Kiedyś było inaczej i wystarczyło ID, ale od kilku lat, gdy tam jadę, zawsze pytają mnie o zieloną kartę – zakończył Maniek.

– Toś mnie kolego podbudował – odpowiedziałem. – Ja cię tu chciałem zapytać o najlepsze połączenia lotnicze, a ty mi wyskoczyłeś z taką opowiastką – dodałem.

Robiło się już późno i jakoś nie miałem ochoty na dalsze pogaduchy, więc zacząłem się powoli zbierać.

– Zastanów się więc chłopie z tą Alaską – dodał jeszcze z uśmiechem Maniek, gdy już wychodziłem.

No to mam o czym teraz myśleć – cynicznie powiedziałem sam do siebie. Prześpię się z tym, a jutro coś postanowię.

Nastał dzień kolejny, a potem następny, minął tydzień, a do głowy przychodziła jedna i ta sama myśl, a właściwie następujące pytanie: Czyżby ta podróż na Alaskę miała mnie przestraszyć, czy może sprawdzić, czy potrafię podjąć ryzyko? A ryzyko było takie, że jeśli poproszą mnie na granicy o zieloną kartę, faktycznie mogę w ogóle na Alaskę nie dotrzeć. Przypomniała mi się historia deportowanego Marka, a potem moja wyprawa z paszportem do szkoły. Wtedy też się bałem, niby mieli mnie deportować, a jednak nadal tu jestem, więc może i tym razem się uda – rozmyślałem. A może lepiej nie dmuchać na alaskanzimne? Ktoś kiedyś powiedział, że życie polega na kolekcjonowaniu ciekawych wrażeń a to mogło być jedno z nich – pomyślałem znacznie zbliżając się do decyzji kupna biletu do Skagway. W końcu doszedłem do następującego wniosku. Ostatnio moje życie było dość nudne i przewidywalne, więc najwyższy czas coś w nim zmienić; dać szansę nucie niepewności połączonej z ryzykiem. Zalogowałem się na jednej ze stron oferujących sprzedaż biletów lotniczych.

– No to kupujemy – powiedziałem do siebie klikając na „Rezerwuj”. Nie byłem pewien czy uda mi się z Alaski wrócić, więc kupiłem bilet tylko w jedną stronę – do Juneau, z przesiadką w Seattle, czyli na tę samą trasę, co za pierwszym razem w 2002 roku.

Teraz muszę rozplanować resztę, czyli przekazać wszystkie moje rzeczy komuś, kto, gdybym tu nie wrócił, zaopiekuje się nimi i potem ewentualnie do mnie wyśle. Będąc osobą często przeprowadzającą się nie miałem zbyt wielu rzeczy. Plan więc przedstawiał się następująco – ciuchy zostaną spakowane i zostawione na starym mieszkaniu, dzięki uprzejmości właścicielki, pani Marysi. Rower, rolki, łyżwy i parę drobnostek zawiozę do Grzesia, mojego serdecznego przyjaciela. On w razie czego będzie osobą wysyłającą. Pozostaje jeszcze samochód. Sprzedawać się nie opłaca, bo jak wrócę, to za to, co za niego dostanę, nic lepszego nie kupię. A jak nie wrócę? Umówiłem się z innym kolegą, Wieśkiem, że auto zostawię pod jego domem. On będzie odpalał go co kilka dni i przestawiał w inne miejsca, by nie wyglądał na pojazd porzucony. Jakby tego było mało, dostałem telefon od cioci o kolejnej przesyłce od WKU.

e-Mail do Kola:

„Kolo ciebie też WKU ściga? Bo mi od dłuższego czasu nie dają spokoju. Nie chcą akceptować zaświadczeń z amerykańskiej uczelni i każą się stawić na komisję. Najśmieszniejsze, że odrzucają zaświadczenia z mojego koledżu, bo ponoć data im się nie zgadza. W USA najpierw podaje się miesiąc a potem dzień. Oni błędnie to odczytują i czepiają się. Jak ja mam im to kolo wytłumaczyć? Elo!”

 Czerwiec zbliżał się dużymi krokami, a ja byłem coraz bardziej podekscytowany, jak i w pełni przygotowany na swą podróż. Czy aby na pewno uda się dotrzeć na Alaskę?

W końcu nadszedł dzień wylotu. Udaję się metrem na lotnisko O’Hare, na przedmieściach Chicago. Przechodzę przez odprawę bagażu głównego, po czym idę do poczekalni. Do odprawy pokładowej zostało jeszcze grubo ponad pół godziny. To dość stresujący czas, a gdy słyszę w głośnikach, że odprawa pasażerów do Seattle jest gotowa i można podchodzić, poziom stresu wzrasta jeszcze bardziej. Wkładam białe słuchawki w uszy, czapkę z daszkiem na głowę, wstaję i udaję się ku bramce. Oprócz i-Poda i czapki mam jeszcze popularne w Stanach spodenki Cargo w kolorze Khaki oraz klapki – japonki. Wszystko po to, żeby wyglądem przypominać przeciętnego wyluzowanego Amerykanina i by tym z lotniska nie przyszło do głowy, że może być inaczej. A polskie imię i nazwisko na moim ID? Co tam. Amerykanów z nazwiskami kończącymi się na ‘ski’ jest w Stanach mnóstwo. Zbliżam się do bramki i słyszę „thank you”. Też dziękuję, kłaniam się i idę do rękawa prowadzącego do samolotu. Teraz już w pełni wyluzowany, podśpiewując, odnajduję swoje miejsce, siadam i powtarzam w myślach: Udało się! Ale chwila, to dopiero część drogi i to część łatwiejsza, bo czekał mnie jeszcze lot z Seattle do Juneau. Na szczęście scenariusz się powtórzył i po kolejnym „thank you” poczułem wielką ulgę i radość, że mogę zrealizować marzenie powrotu do Skagway. Te dwa słowa sprawiły, że znowu poczułem pełnię życia.

glacierMój pobyt w Stanach Zjednoczonych, a ściślej mówiąc na Alasce, został przedłużony o kolejne trzy miesiące. Potem będę musiał jakoś wrócić z Alaski do Chicago i z tego co Maniek wspominał, to właśnie podróżując w tę stronę mogą wystąpić problemy. Ale tym, póki co, nie zamierzałem się przejmować. Jeszcze przyjdzie na to odpowiedni czas. Chciałem jak najszybciej dostać się do Skagway i cieszyć się z pobytu w tej jakże malowniczej mieścince.

Ląduję na otoczonym górami lotnisku w Juneau. Wchodzę do terminalu nr 1 (jedynego na tym lotnisku), widzę wypchane niedźwiedzie, ptaki i postacie Eskimosów, i czuję deja vu. Wszystko jest jak wtedy, w lecie 2002 roku.

Tym razem jednak miałem więcej szczęścia, bo kiedy zapytałem o bilet lotniczy do Skagway, pani w okienku skinęła głową, zapłaciłem i dostałem zadrukowany kawałek papieru. Czekając na odprawę nie dostrzegłem innych pasażerów. Wydawało mi się to trochę dziwne, bo wylot miał być za niespełna piętnaście minut. Przyszło mi na myśl, że pani z okienka biletowego poszła zadzwonić gdzie trzeba, by zawiadomić, że siedzi tu taki jeden, który wygląda na Polaka. Jednak moje pesymistyczne przewidywania nie sprawdziły się, babka wróciła i oznajmiła, że odlot będzie za dziesięć minut. Wtedy w poczekalni pojawił się facet z niewielkim bagażem, pasażer numer dwa, a za nim następny, wyglądający na funkcjonariusza służb granicznych, ale okazał się pilotem. Stwierdził, że mamy komplet i zaprosił na pokład.

Samolot nie wyglądał na maszynę pierwszej młodości, a śmigło trzeba było rozkręcać ręcznie. Oby nie zapeszać pocieszałem się usłyszanym kiedyś stwierdzeniem, że piloci latający po Alasce są jednymi z najlepszych na świecie, a to z tego względu, że muszą być przygotowani na często błyskawicznie zmieniającą się tu pogodę.

Po kilku minutach wzbijaliśmy się w górę. Siedzący obok pilota pasażer numer dwa, chyba przerażony tym, co widział przez przednią szybę, odwrócił się do mnie by pogadać, tudzież podpytać, co mnie na Alaskę przyniosło. Wyznał mi też, że bardzo nie lubi latać, a szczególnie tymi małymi wypierdkami, w których trzęsie jak w pojeździe typu off road. Mnie się ta podróż bardzo podobała, a gdy on wysiadł po drodze w Heins, szybko przeskoczyłem na jego miejsce i mogłem w pełni delektować się powietrznymi widokami.

skag mountUcieszyłem się widząc znajome góry, a pomiędzy nimi moje małe, ciche, zielone i póki co niezamglone, a wręcz bardzo słoneczne miasteczko. Mógłbym do niego wracać bez końca.

– Dzień dobry, Skagway! – wykrzyknąłem, podziękowałem za przelot, pożegnałem się z pilotem i udałem w stronę hotelu Westmark, znajdującego się przy krzyżówce ulicy Trzeciej i Spring.

Kanada 3 – Alaskan Highway, uliczne niedźwiedzie i gorące wody we mgle

alaskan highwayZnajdowaliśmy się na Autostradzie Panamerykańskiej. Dave zadzwonił do dziewczyn, by zapytać o adres restauracji, w której się znajdowały i żeby zamówiły nam po omlecie, bo zaraz do nich dołączymy. Kwadrans później, siedzieliśmy już w czwórkę, popijając kawę i czekając na omlety. Po wejściu do restauracji Niki rzuciła mi się w ramiona, a Dave zaczął opowiadać o szczegółach zajścia na granicy. Pochwaliłem się dziewczynom moim czarno – białym, wpiętym do paszportu faksem prosto z ambasady. Niki najwyraźniej mnie polubiła, bo z nieskrywaną troskliwością, a wręcz czułością wypytywała o wrażenia z granicy, skrupulatnie przyglądając się mojemu zdjęciu w paszporcie. Nie ukrywam, że dziewczyna mi się podobała i w normalnych okolicznościach nie broniłbym się przed dalszym rozwojem akcji. Byłem jednak w dość niezręcznej sytuacji, gdyż Dave w podróży często poruszał temat Niki. Wspominał, że jest singielką, ale jakoś nie mógł do niej trafić. Niki była przewodniczką górską, ale czasami oprowadzała też turystów po mieście. Nie mieściło mi się w głowie, że w tak małej mieścince jak Skagway nigdy jej nie spotkałem. Gdybyśmy wpadli na siebie zanim spodobała się mojemu koledze, sprawy być może potoczyłyby się inaczej. Jednak teraz, wiedząc, że on się nią interesuje, dałem sobie spokój.
Po skończeniu posiłku i dopiciu kawy ruszyliśmy w drogę, od czasu do czasu zatrzymując się na toaletę, rozprostowanie nóg czy pstryknięcie kilku fotek.hi 5
– Hej, Dave, patrz szybko! Tam! – wykrzyknąłem, pokazując na pobocze drogi.
Dave zwolnił, by się przyjrzeć a ja wyciągałem aparat, otwierając w tym samym czasie okno. Chciałem uchwycić uciekającego wystraszonego, czarnego, jakże pięknego, a zarazem śmiertelnie groźnego zwierzaka.
– Nigdy nie widziałem niedźwiedzia z bliska w naturalnym otoczeniu – oznajmiłem.
– Miesiąc temu, kawałek za Skagway, widziałem całą rodzinkę takich, jak sobie przechodziły przez ulicę – powiedział Dave. – Moim marzeniem jest, by udać się kiedyś na północ Alaski, np. do miasteczka Barrow, żeby poobserwować takie niedźwiadki, tyle że białe, pływające na krach lodowych – rozmarzył się Dave.
Udając się na południowy wschód Kanady, oprócz dzikiej zwierzyny, mijaliśmy góry, pola, lasy, jeziora, rzeki, jak i rozstawione nad nimi mosty (często wyglądające na dość stare drewniane konstrukcje). Jako że dochodziła godzina dwudziesta druga jednogłośnie stwierdziliśmy, że najwyższy czas na kolację i nocleg. Skonsumowaliśmy wcześniej zakupione kanapki popijając je chłodnym puszkowym Budweiserem i planując rozkład siedzeń w samochodzie, na których mieliśmy spać. Wspólna noc, ciekawe, kto z kim będzie spał? Zacząłem zastanawiać się, czy Dave wykona jakiś ruch w kierunku Niki. Po tym jak usłyszałem trzask zamykanego bagażnika i mamroczącego coś pod nosem Dave’a ze śpiworem i dwoma kocami pod pachami, zdałem sobie sprawę, że jednak nie.
– Idziemy spać – wymamrotał rozkładając oparcie fotela.
Po chwili i ja się ułożyłem wsłuchując się w delikatne świsty dochodzące z zewnątrz, do których wkrótce dołączyło chrapanie Dave’a. Zanim zdążyłem go szturchnąć, sam odpłynąłem w głęboki sen, którego rano już nie pamiętałem.
Kolejny dzień powitał nas mglistym i wilgotnym porankiem. Gdy otworzyłem oczy, Dave szukał czegoś na mapie dokładnie ją studiując, a gdy zauważył, że się obudziłem, wykrzyknął tonem strażnika granicznego:
– Dzień dobry panie Karol Stefansky! Idę budzić dziewczyny, bo niebawem będziemy się zbierać na małą przechadzkę.
– Zaraz się dowiecie, dlaczego spaliśmy właśnie na tym parkingu – krzyczał Dave, waląc w tym samym czasie w okno samochodu dziewczyn. A jak już wyszły, to zamiast słuchać tego, co miały do powiedzenia, sam zabrał głos mówiąc, że w pobliżu jest jedno miejsce, które bardzo chce nam pokazać, ale do tego musimy się pospieszyć, bo przy takim chłodzie i mgiełce będzie lepszy efekt.
– Może byś najpierw przeprosił nas za tak wczesne zerwanie z łóżka, to znaczy z niewygodnego samochodowego fotela, Dave? – zaprotestowała płeć piękna dodając, że jest zbyt zimno, by się gdziekolwiek wybierać.
– Na pewno nie za zimno, by pójść do toalety – wtrąciła Niki biorąc Mary za rękę, po czym zniknęły we mgle.
– Też skoczę – oznajmiłem startując w kierunku szaletu.
Kiedy wróciliśmy, Dave znów nawijał o swym magicznym miejscu. Zacząłem się zastanawiać, co mogło być takiego przyjemnego w porannym błąkaniu się po bliżej nieznanym parku, z widocznością na kilka metrów. Nic się jednak nie odzywałem będąc w pełni gotowy na kolejny dziwaczny pomysł Dave’a.
Chwilę potem Dave pobiegł po ręczniki tłumacząc, że swetry mu w nocy zamokły, więc się opatuli ręcznikami, by było mu ciepło. Nic mnie już nie dziwiło, a ze śmiechu i mi zrobiło się cieplej.
– Hej, Dave! – krzyknęła Niki.
– Może ci pożyczę parasolkę? – szyderczo zapytała Mary. Ruszyliśmy ku tajemniczemu miejscu.
– Na pewno nie pożałujecie i jak już tam dotrzemy, będzie wam cieplej – Dave próbował pocieszać koleżanki. Mnie natomiast zastanawiała duża liczba samochodów znajdujących się na naszym parkingu.
– To jakieś szczególne miejsce do spania dla przejezdnych? – zapytałem.
– To miejsce jest wyjątkowe, o czym wszyscy się za chwilę przekonacie.
– Nie tylko można tu spać, ale również wykąpać się – odpowiedział na moje pytanie Dave, pokazując palcem na dwie idące opodal osoby, okutane od stóp do głów ręcznikami.
– Ale gdzie, skoro tu oprócz szaletu nic nie ma? Nawet maszyny do kawy – odpowiedziałem zdziwiony.
– Nie marudź! Na kąpiel, jak i kawę, przyjdzie pora.
Chwilę później Dave, wyjął mapę, poszeleścił nią trochę i chcąc sprawić wrażenie że wie, gdzie się znajdujemy, wykrzyknął:
– Moi mili, jesteśmy na miejscu!
Dziewczyny od dłuższego czasu idąc w milczeniu też nagle oznajmiły dość wysokim głosem:
– Tam! Patrzcie! Jacyś ludzie!
liard hot springsZ każdym następnym krokiem dostrzegaliśmy kolejne postacie. Widząc, co one robią nie wytrzymałem i sam wykrzyknąłem:
– Pogięło ich? Kąpać się w jeziorze w takie zimno? I jeszcze przy takiej mgle?
– To jest miejsce, do którego was chciałem zabrać – zaczął „przewodnik” Dave. – Co do mgły, to nie jest mgła, a co do kąpania – to zaraz do nich dołączymy. I wy też – dodał, odwracając głowę w stronę dziewczyn.
Zanim zdążyły coś powiedzieć, Dave objaśniał:
– Moi mili. To są jeziorka termalne, a ręczniki wziąłem, byśmy użyli ich po kąpieli. W związku z tym, iż na zewnątrz jest wciąż dość zimno, a woda gorąca, tu będzie ten efekt, o którym wspominałem wcześniej – ciągnął już do połowy rozebrany. – A ta niby unosząca się mgła, to para pochodząca z gorącej niczym w jacuzzi wody – wykrzyknął Dave chwilę przed całkowitym zanurzeniem.
– No to dziewczyny mamy dwa wyjścia; albo tu marzniemy, albo wskakujemy – powiedziałem, na co one wymruczały, że później, przy wychodzeniu, będzie jeszcze zimniej.
Nie zmieniło to jednak faktu, że przez następne pół godziny wszyscy wygrzewaliśmy się w tej ogromnej wannie. Faktycznie, efekt piorunujący – szczególnie przy opuszczaniu jeziorka. Drżeliśmy z zimna wychodząc na zewnątrz. Gdy Dave przyniósł ręczniki okazało się, że wchłonęły sporo wilgoci, więc były zimne, mokre i całkowicie bezużyteczne. Szybkim krokiem udaliśmy się z powrotem na parking, by dosuszyć się i przebrać w coś cieplejszego.
Niedługo potem ruszyliśmy w dalszą drogę, z przystankiem na obiecaną wcześniej kawę, a później jeszcze na obiad. Około piętnastej dotarliśmy do Port St. John, czyli mojego przystanku końcowego.
Rozstaliśmy się na parkingu Greyhounda, skąd za ponad godzinę miałem autobus do Edmonton. Niki podeszła do mnie jako ostatnia.
– Szkoda, że dalej jedziemy bez ciebie, Karol – zaczęła. – A w ogóle to szkoda, że wcześniej się nie spotkaliśmy, jeszcze w Skagway.
Czy ona musiała to mówić? – pomyślałem, czując jak przyśpiesza mi tętno.
– Wyjęłaś mi to z ust – odpowiedziałem.
– No to jak wyjęłam, to teraz oddam – mówiąc to Niki zbliżyła się i mnie pocałowała.
Jak wcześniej starałem się nie sprawiać Dave’owi przykrości, tak w tym momencie nie miałem nic do powiedzenia – odpłynąłem, gdy zaczęliśmy się całować.
– Muszę już iść – powiedziała. – Ale będziemy w kontakcie. Masz tu mój numer i adres e-mail. Będę czekać na wiadomość od ciebie.bye for now
– Pa, Niki – odprowadziłem ją wzrokiem do samochodu. Karteczkę gdzieś zgubiłem. Jedynym pośrednikiem, przez którego mógłbym się z nią skontaktować był Dave. Nigdy jednak go o jej adres nie zapytałem, a i nasz kontakt umarł wkrótce śmiercią naturalną. W Edmonton byłem grubo po północy, a najbliższy autokar do Winnipeg podjeżdżał o drugiej. Zafundowałem więc sobie dużą kawę z mlekiem i sączyłem ją przysypiając na ławce w poczekalni.

Kanada 2 – Tajna misja

visa canadaDwoma samochodami wyjechaliśmy 16 września o świcie. Była nas czwórka – dwie dziewczyny: Niki i Mary, czyli koleżanki Dave’a jadące w jednym aucie i dwóch facetów w drugim, czyli wspomniany już Dave – barman z Fish Co. i ja.
Wcześniej pytałem Dave’a, czy nie będzie problemu z moja wizą, bo z tego co się orientowałem, Polacy muszą ją posiadać przy wjeździe do Kanady.
– Nie przejmuj się! – zapewniał mnie Dave. Amerykanie, by wjechać na teren Kanady, nie muszą mieć paszportów. Wystarczy, że śmigną kartą ID (odpowiednikiem naszego dowodu osobistego) przed oczami strażnika i on od razu otwiera szlaban. Często widząc że jadą Amerykanie, nawet nie pytają o dokument.
– Ale ja nie jestem Amerykaninem i nie mam czym śmignąć przed oczyma owemu strażnikowi – wyjaśniłem.
– Spoko, spoko. Wezmą cię za jednego z nas i nie będzie problemu – zapewniał Dave.
– No dobra – ufnie przytaknąłem wiedząc, że i tak nie mam czasu na wyrobienie kanadyjskiej wizy.
Po około pół godzinie dojechaliśmy do granicy. Ale granica – myślę widząc dwa szlabany i nieduży barak po lewej stronie. Dziewczyny przed nami zwalniają, przez otwarte okno podają swoje dokumenty ID i prawa jazdy podchodzącemu strażnikowi, ten im je oddaje, okno się zamyka i dziewczyny są już w Kanadzie. Teraz nasza kolej. Strażnik podchodzi a nasze okno się otwiera. Dave od razu zagaduje, jaka to ładna pogoda i że my jesteśmy razem z tymi dziewczynami, które wjechały przed nami – mówi pokazując w kierunku auta dziewczyn. Strażnik rozglądając się po naszym samochodzie, grzecznie zapytał o dokumenty. Ustaliliśmy wcześniej z Dave’m, że w takiej sytuacji na pierwszy ogień mam mu dać moje ID, które wyrobiłem sobie w Skagway. Nie było ono stanowym dokumentem, a raczej identyfikatorem dla obcokrajowców, którzy pozostawali na Alasce dłużej niż miesiąc. Na kartę Dave’a strażnik tylko zerknął a mojej jakoś się tak przyglądał. Padła pierwsza seria pytań, na które Dave pomagał mi odpowiadać. Strażnik po chwili poprosił o paszport. I tu znów zaczął się przyglądać, sprawdzać i Canada-USA-Borderszeleścić moim dokumentem, po czym stwierdził, że widzi wizę. Fajnie, więc wszystko okej – pomyślałem, ale on dodał, że owa wiza uprawnia do przebywania na terenie Stanów Zjednoczonych, a Kanada do nich nie należy.
– Na wjazd do Kanady potrzebna jest wiza kanadyjska! – oświecił nas strażnik, jakbyśmy tego nie wiedzieli.
Dave, szybciej mówiąc niż myśląc, zaproponował strażnikowi, by mi taką wizę tu wbili i będzie po kłopocie. Powymieniali między sobą jakieś uwagi, po czym strażnik poprosił mnie do baraku. Oczywiście nie miałem żadnych sprzeciwów i grzecznie wysiadłem widząc, jak twarz Dave’a przybiera wyraz zakłopotania. W baraku musiałem przejść rutynową kontrolę, jak i odpowiedzieć na serię pytań, takich jak np. gdzie jadę, dlaczego przez Kanadę, ile mam pieniędzy, itp.
Zacząłem wyciągać na stół wszystkie swoje rzeczy próbując przekonać teraz już dwóch strażników, że zamierzam pozostać w Kanadzie tylko tydzień. Nie wyglądali jednak na chętnych, by mi uwierzyć. I było tak dopóty, dopóki nie dałem im wizytówki wujka z Winnipeg mówiąc, by zadzwonili i zapytali, czy do niego właśnie jadę. Oprócz tego pokazałem też mój bilet lotniczy, na którym widniała data powrotu na 28 września. Powyższe argumenty jakby pomogły, ale wciąż nie rozwiązały mojego problemu wjazdu do Kanady.
– Na granicach wiz się nie wydaje – powiedział jeden ze strażników.
– Chyba że, momencik – przerwał mu drugi.
Coś tam między sobą pogadali i po chwili zwrócili się do mnie mówiąc, że istnieje jeszcze inna opcja, a mianowicie mogliby się skontaktować z kanadyjską ambasadą i poprosić o przefaksowanie wizy. Usłyszawszy to czułem, jak mi rosną skrzydła.
– Możemy spróbować, ale to nic pewnego – dodał jeden z nich, gdy już pakowałem swoje rzeczy.
Strażnicy zatrzymali mój paszport i pozwolili wrócić do samochodu.
– Co oni ci tam robili przez tyle czasu? – wykrzyknął Dave. – Wszystko OK.? – szybko dodał.
– Chyba musimy uzbroić się w cierpliwość – odpowiedziałem tłumacząc, co zaszło w baraku.– A gdzie dziewczyny?
– Zgłodniały, więc pojechały na omleta do pobliskiego miasteczka, gdzie mamy się później spotkać – odpowiedział Dave.
– Mam nadzieję, że w takim samym składzie – dodałem.
Dave wpakował mnie do samochodu, bo ze zdenerwowania łaziłem w kółko jak głupi. Puścił jakąś badgeśmieszną muzykę, by oderwać trochę moje myśli.
– Panie Karol Stefansky – rzekł do mnie zbliżający się z moim paszportem w ręku strażnik. – Tak więc, panie Stefansky – powtórzył. – Mam tu pana paszport a w nim. – kontynuował, na co moje myśli same odpowiedziały, że pewnie w paszporcie mi wbili misia z zakazem wjazdu na lat dziesięć. Pomimo tego starałem się odepchnąć negatywne myśli na drugi tor i skupić na tym, co miał mi do powiedzenia strażnik.
– No więc w paszporcie znajdzie pan trzydziestodniową kopię jednorazowej wizy, która upoważnia pana. – dalej już nie słuchałem, choć oddając mi paszport strażnik usilnie zaznaczał, żebym uważał na przyszłość. Podziękowałem za fatygę i po chwili skierowałem swój wzrok na otwierający się szlaban słysząc, jak Dave dzwoni do dziewczyn wykrzykując – „On the way!”, czyli, że jesteśmy w drodze.

Kanada klonem pachnąca – Po drodze

canada-635x382Po stu dniach spędzonych na Alasce przyszedł czas, by ją opuścić. Zamierzałem udać się do Chicago, jednak postanowiłem pojechać tam przez Kanadę i odwiedzić swoją rodzinkę, która mieszkała w Winnipeg od 1981 roku. Składała się ona z czterech osób: cioci Michaliny, jej męża Adama i ich dzieci Moniki i Sebastiana. Gdy emigrowali do Kanady, miałem roczek. Teraz, będąc tak blisko Kanady pomyślałem, że mógłbym do nich zajechać na dzień lub dwa, by ich poznać. Skontaktowałem się z nimi telefonicznie.
– Przyjeżdżaj choćby dzisiaj, drzwi zawsze otwarte. – Ciocia Michalina nawet nie przypuszczała, jak szybko do nich zawitam.
Może ciocia nie potrafiła sobie wyobrazić, że byłem tak blisko granicy z Kanadą. Blisko jej domu, rodziny, której nigdy na oczy nie widziałem, z wyjątkiem paru polaroidowych zdjęć, ale to było tak dawno. Bardzo chciałem ich poznać i nic nie mogło stanąć mi na drodze do zrealizowania tego planu, tak więc zdecydowałem pojechać jako jednoosobowa delegacja, by poznać mój „klonowy” klan. Byłem niesamowicie podekscytowany i codziennie o tym myślałem próbując wyobrazić sobie, jak będzie wyglądało nasze spotkanie. Od tej pory poświęcałem cały swój wolny czas na planowaniu wycieczki do Kanady. Z wielu różnych pomysłów poprzestałem na dwóch opcjach dojazdu do Winnipeg. Pierwsza zakładała odwiedzenie Anchorage i Fairbanks – dwóch dużych miast na Alasce, jak i parku narodowego Denali, skąd samolotem miałem lecieć do Winnipeg. Druga zakładała podróż do Kanady autobusem. Granicę miałem przekroczyć w pobliskim mieście Fraser, udając się do większej mieściny zwanej Whitehorse, skąd dalej Greyhoundem (autobusem dalekobieżnym) słynną drogą Alaskan Highway. Zajęłoby mi to kilka dni, ale czyż nie kusząca jest perspektywa obcowania z pięknem Alaski?
Wybrałem opcję drugą. Rzuciłem szybko okiem na mapę Kanady, by znaleźć warte odwiedzenia miasta. Vancouver jest piękne – pomyślałem. Calgary kojarzyło mi się z zimową olimpiadą, która się tam odbywała w roku 1988. Hmm… Byłem wtedy ośmioletnim brzdącem. Niestety, żadne z powyższych miast nie było po drodze do Winnipeg. Musiałem je odrzucić.
Pierwszy tydzień września powoli się kończył a ja kończyłem swoje kontrakty z pracodawcami. kanada mapWyjazd planowałem na 10 września. W przedostatnim dniu pracy w restauracji Fish Co., zgadałem się z jednym z barmanów i okazało się, że on, wraz z dwójką znajomych, będzie niebawem wyjeżdżał i jeśli chcę, to do Chicago może nie, ale do Montany mnie zawiezie.
– Muszę to przemyśleć – odpowiedziałem, jakbym to ja jemu robił przysługę.
– A kiedy wyjeżdżacie? – zapytałem, na co padła odpowiedź, że za tydzień, w poniedziałek. Zgodziłem się i tak ruszyliśmy do Prince George, skąd później autobusem do Edmonton, a stamtąd dalej do Winnipeg.

Sto dni bez stu nocy

Skagway_aerial_viewW Skagway pozostałem do 16 września, czyli dokładnie sto dni. Jako że przyjechałem tu w celach zarobkowych, większą część mojego czasu poświęcałem na pracę, a dokładniej mówiąc na trzy różne zajęcia, które tu miałem. Skagway to niewielka mieścinka, z jedną główną ulicą przypominającą trochę tą, którą widywałem w Westernach. Miasteczko liczy około ośmiuset mieszkańców.
Właścicielem hotelu Westmark, w którym pracowałem przez całe lato w 2002 roku, jest Jim Sager. Ja byłem członkiem grupy zwanej „Housekeeping”, co po naszemu znaczy „sprzątacz pokoi”. Dziennie należało wysprzątać ich średnio trzynaście. Czasem zdarzało się, że na liście widniał pokój uprzednio wysprzątany, co wynikało z błędu przełożonej. Dla housekeepera było to jak najbardziej na rękę, szczególnie jak pokój miał kilka łóżek. Pracownicy znający lepiej język angielski (lub Amerykanie), umiejętnie migali się od sprzątania na rzecz pracy w pralni lub restauracji. Mój sukces, to dostanie się po miesiącu pobytu do składania pościeli i ręczników, lecz po kilku dniach znowu wróciłem do housekeepingu. W pralni bywałem od czasu do czasu, ale moje imię zawsze widniało na liście chętnych i jak któryś pracownik zachorował, wówczas brano mnie. Wracając jednak do sprzątania, aby pokój można było oddać, należało wykonać następujące czynności: sypialnia – odkurzanie podłóg i ścieranie kurzów, przecieranie luster, okien, lamp i telewizora, zmiana pościeli; łazienka – szorowanie wanny, kabiny, ścian, toalety i zlewu, przecieranie luster, wymiana mydeł i szamponów, wymiana ręczników (a te zużyte można było znaleźć naprawdę w dziwnych miejscach, tj. pod łóżkiem, w wannie, a czasem nawet w koszu), jak i mycie podłogi. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze jedna, najważniejsza dla pracującego czynność. Należało ją wykonać przed wjechaniem na „teren” z wózeczkiem pełnym pościeli, ręczników i środków czyszczących. Najlepiej też było wykonać ją od razu we wszystkich pokojach, a to ze względu na to że, jak później odkryliśmy, czynność owa była wykonywana przez kogoś innego, a bliżej – przez naszą przełożoną, która „badała” wszystkie pokoje skoro świt. Co było tą czynnością i dlaczego była ona najważniejsza i najprzyjemniejsza? Otóż było to sprawdzanie, czy są i ewentualne zbieranie zostawionych przez turystów napiwków. Bywały lepsze i gorsze dni, ale zawsze około dziesięciu dolarów dziennie wpadało, czasem czekoladka, coś do picia lub krótki list z podziękowaniami za posprzątanie (jeden z nich mam do dziś). Wszystko to polepszało samopoczucie i znacznie motywowało do pracy. Po paru tygodniach tipsnastąpił przełom – zaczęło brakować napiwków. Czyżby nagle przyjeżdżali inni klienci, czy jakiś kryzys? – każdy się zastanawiał. Pewnego dnia ktoś zauważył wybiegającą z nie swojego pokoju przełożoną, po czym wbiegającą na kilka sekund do kolejnego. Kwestia braku napiwków i porannego ptaszka, czyli naszej przełożonej, została poruszona na zebraniu. Szefowa tłumaczyła, że specjalnie wstaje rano przed nami, by wszystkie pokoje posprawdzać, czy rzekomo są gotowe do sprzątania. Oczywiście nie mogliśmy jej o nic posądzać, bo brak było jakichkolwiek dowodów, a to, że odwiedzała pokoje, to była tylko część faktów. Ciekawym zdarzeniem było to, że po zebraniu napiwki zaczęły się znów pojawiać jak grzyby po deszczu, a i szefowa pracowała od tego czasu w innych częściach hotelu, nikomu nie rzucając się w oczy.
Podczas całego swojego pobytu w Stanach, regularnie korespondowałem z Arkiem (ksywa Kolo), moim dobrym przyjacielem ze szkolnej ławki, z którym dzieliłem się ciekawszymi wrażeniami.

E-MAIL DO KOLA:
„Udało się Kolo! Jestem na Alasce! Pamiętasz jak jeszcze w technikum mówiłeś, że tu co drugi to Eskimos, niedźwiedź lub renifer? Jestem już tu prawie miesiąc i żadnego z powyższych nie widziałem. I nie że ciemno, bo póki co białe noce panują. Ale spać się da. Zimno też nie jest – około 20 stopni, ale przecież jest lato. Jak na razie jestem pod wielkim wrażeniem tutejszych gór, strumyków i krajobrazów. A my się Kolo, naszą Śnieżką zachwycaliśmy. Jak zobaczę niedźwiedzia i przeżyję to napiszę. Elo!”

Wracając do Jima Sagera, czyli szefa hotelu, to był z niego fajny gość. Pochodził z Florydy, a na Alasce spędzał pięciomiesięczny sezon letni, kierując hotelem. Hotel posiadał sto pięćdziesiąt jeden pokoi i dużą restaurację. Klientami byli głównie turyści z przybijających tu, opływających Alaskę promów. Dziennie przypływało ich tu trzy do czterech, co dawało od pięciu do ośmiu tysięcy schodzących na ląd ludzi, co z kolei daje ponad siedemset tysięcy ludzi każdego sezonu.
Inna grupa turystów to ci, którzy przybywali tu na własną rękę. W grupie tej było wielu Kanadyjczyków, jak i Amerykanów z południowych stanów. Mowa jednak o turystach trochę bogatszych, a to ze względu na to, iż Alaska do tanich miejsc nie należy. Sam przelot może być czterokrotnie droższy od lotów do innych urlopowych miejsc, takich jak Floryda czy Kalifornia. Jim nie narzekał więc na brak klientów, a tym samym brak pracy. Pięciomiesięczny pobyt w Skagway dawał mu ten komfort, że był w stanie zarobić wystarczająco, by kolejne siedem miesięcy spędzić spokojnie w gronie rodziny na Florydzie, gdzie miał spory domek i dwie restauracje, które prowadził bardziej hobbistycznie.
Pracę w hotelu miałem załatwioną jeszcze przed wyjazdem na Work & Travel. Jak jednak szybko się dowiedziałem, wielu moich kompanów dodatkowo dorabiało w innych miejscach. Któregoś dnia rozmawiając z Czechem o imieniu Martin dowiedziałem się, że od tygodnia jest pomywaczem w pobliskiej restauracji.
– Słuchaj, idę dziennie na parę godzin i wracam zadowolony i najedzony, no a oprócz tego jeszcze mi za to płacą – opowiadał Martin.
dishwashingDziwiło mnie, jak praca na zmywaku mogła być aż tak satysfakcjonująca. Martin jednak zachwycał się tym, jak to czasem ludzie zostawiają na talerzu stertę nie ruszonych krewetek, które on ze smakiem zjada. Czy jak czasem jakaś pizza kucharzowi nie wyjdzie i trafia do niego. Trzeba przyznać, że wyglądał na takiego, co to zjada sporo tych „nieudanych” pizz.
– A co do samej pracy, to jest przyjemniejsza niż jej nazwa – tłumaczył. – Najpierw kelnerzy przynoszą ci w takich miskach stertę naczyń – Martin postanowił dokładnie odtworzyć swój dzień pracy. – Ty spryskujesz talerze wodą pod ciśnieniem, a następnie układasz na plastikowej podstawce. A kiedy jest pełna przesuwasz ją do zmywarki.
Zmywarkę zamykasz i po chwili wyciągasz czyściutkie naczynka, które układasz na półkach.
– No a szef? Jaki on jest? – zapytałem.
– Fajny gość! Ogólnie zajmuje się klientami, czyli w kuchni prawie go nie ma. Czasem wpadnie na chwilę pomarudzić, żebym tyle nie chlapał lub żebym poszedł do pomocy na kuchnię, gdy na zmywaku luzy. A w ogóle to mi powiedział, że potrzeba więcej rąk do pracy. Nie chciałbyś trochę dorobić? – zapytał mnie Martin.
– Ale ja tu w hotelu od ósmej do czwartej jestem – odpowiedziałem jakoś nie wyobrażając sobie tego, że można pociągnąć dwie prace na raz.
– Ja też na pokojach do czwartej, a od piątej do dziesiątej w restauracji. Ale nie codziennie! – dorzucił Martin, widząc zdziwienie na mojej twarzy. – Ja tam chodzę tylko trzy razy w tygodniu – dodał.
– W sumie kilka wieczorów to nie jest tak źle. A ile płacą? – zapytałem.
– Więcej niż w hotelu!
– Czyli ile?
– No, siedem dolców.
– To faktycznie nieźle – odpowiedziałem coraz bardziej zainteresowany tą pracą. Postanowiłem czym prędzej napisać CV i dać je Martinowi, by ten przekazał je szefowi restauracji Portobello. Dwa kolejne dni były nerwówką, bo dowiedziałem się, że chętnych na stanowisko pomywacza było więcej. A ja przecież byłem tak bardzo nastawiony na tę robotę, że już sobie obliczałem, ile zielonych będę wyciągał tygodniowo.
W końcu dorwałem Martina, a konkretniej on sam mnie w pralni odnalazł.
– Sorry że tak późno, ale miałem trochę nadgodzin w Portobello i styrany byłem – zaczął Martin.
– Spoko, nic się nie dzieje. Dałeś szefowi moje CV? – zapytałem.
– Dałem i kazał ci dzisiaj przyjść.
– Dzisiaj? – wykrztusiłem z siebie, sam nie wiem, czy bardziej jako okrzyk zdziwienia i zaskoczenia, czy szczęścia i radości. – A na którą? Na piątą?
– Tak.
– Dobra, będę. A ty dziś pracujesz? – zapytałem.
– Ja mam wolne przez parę dni. Sorry, muszę lecieć, bo Mandy dała mi dziś piętnaście pokoi – zakończył Martin, po czym wybiegł z pralni.
Ja wróciłem do składania ręczników, myśląc od teraz tylko o moim pierwszym dniu w nowej pracy. A może szef chciał tylko omówić moje CV? Co ja w nim tam nawypisywałem – próbowałem sobie przypomnieć.
Nadeszła w końcu jakże oczekiwana godzina siedemnasta. Udałem się do Portobello.
– Szefa nie ma! – oznajmił mi jeden z kucharzy.
– A będzie? – zapytałem.
– Powinien, a co?
– No bo ja miałem z nim spotkanie na piątą, w sprawie pracy.
– Ty od Martina?
– Właśnie – sprostowałem.
– No to siadaj! Czego się napijesz? – zaproponował kucharz. Podziękowałem i poprosiłem o szklankę wody. Po chwili przybyła głowa restauracji, czyli szef – Farid. Szybko wyczuł, że ja w konwersacji po angielsku nie bardzo i zaprosił mnie do kuchni. Ubrał fartuch i zaczął prezentować proces mycia garów. Wszystko wyglądało tak, jak mi to kilka dni wcześniej objaśniał Martin, czyli natryskanie, moczenie tych bardziej zaschniętych talerzy, wjazd do zmywarki, wyjazd z niej i na półeczki. Po chwili przejąłem pałeczkę, to znaczy fartuch i zacząłem swoje pierwsze zmywanie, pamiętając przy tym o radzie Martina, aby zbytnio nie chlapać. Szef, nie chcąc chyba dodatkowo mnie stresować, poszedł na pogawędkę z kucharzami, po czym całkowicie zniknął. Minęła godzina, a tu ani szef, ani inny pomywacz się nie zjawił. Czyżby szef założył, że ja się zdecydowałem i mnie przyjął? No to nieźle – rozmyślałem. Skoncentrowałem się na pracy. Około godziny dwudziestej platespierwszej, gdy większość klientów wracała na promy, kelner zawołał mnie na salę, abym mu pomógł zebrać tony talerzy. Podjechałem więc metalowym wózkiem i zacząłem napełniać wanienki szklankami i sztućcami. Nagle słyszę donośny głos dochodzący zza moich pleców. Głos był podniesiony a osoba zdenerwowana – sztorcowała kelnera, z którym pracowałem.
– To ty nie wiesz, że każdy ma tu swoje obowiązki? – zaczął Farid, właściciel donośnego głosu. Bardziej czytając gesty, niż rozumiejąc co mówi wywnioskowałem, że ja powinienem robić swoją robotę w kuchni, a kelner sam przywozić mi talerze do mycia. Widząc, że rozmowa bezpośrednio mnie nie dotyczyła, postanowiłem wrócić do kuchni i kontynuować zmywanie. Farid widząc to zatrzymał mnie i powiedział, że kelner mi pomoże, to znaczy zrobi to za mnie. Czułem się jak między młotem, a kowadłem, ale Farid szybko rozładował sytuację wysyłając kelnera do kuchni, a mnie w zamian wziął do stolika, gdzie zaczął wypytywać, jak mi minął pierwszy dzień w pracy.
– Very good – odpowiedziałem.
Zanim mnie puścił z powrotem do kuchni powiedział, abym trzymał się swojego zajęcia i nie dawał wykorzystywać czy to kelnerom, czy barmanom.
– A jak chcą, byś robił to za nich, to zażądaj od nich połowy napiwków – podpowiedział.
Lekko po dwudziestej drugiej wrzuciłem ostatnią turę naczyń do zmywarki.
– Leć już do domu – krzyknął kucharz. – Jak się gary umyją, to ja maszynę wyłączę, a na półki poukładasz jutro albo ktoś inny to zrobi – zakończył.
Zdjąłem więc gumowy fartuch, powiesiłem na zwisającym haku, po czym pożegnałem się ze wszystkimi i wyszedłem. A wracając skocznym krokiem do domu liczyłem sobie, ile to będę zarabiał w swojej nowej pracy.
Po dwóch tygodniach pracy w Portobello, mój grafik uległ zmianie. Zamiast jak wcześniej pięciu wieczorów, teraz miałem pracować dwa wieczory i dwa przedpołudnia w te dni, które miałem wolne w hotelu. Chcąc nie chcąc miałem teraz zajęte wszystkie przedpołudnia i dwa wieczory.
Będąc na fali zarabiania stwierdziłem, że pięć wolnych wieczorów to za dużo. Popytałem tu i ówdzie, i po kilku dniach miałem już nagraną robotę w innej restauracji, na identycznym stanowisku jak w Portobello. Innymi słowy, do mojego grafiku doszły cztery wieczory w Fish Co. – restauracji specjalizującej się w owocach morza, czyli krewetkach, małżach, krabach i innych słono – jak też i słodkowodnych stworzeniach. Fish Co. różniło się od Portobello. Było mniejsze i nastawione na jakość, a nie ilość. Obsługa była milsza. Na przykład kelnerzy, zamiast wykorzystywać mnie do znoszenia talerzy z sali, chętnie robili to sami, a za ich mycie dzielili się ze mną swymi napiwkami. Każdy był tu tak samo ważny. Tworzyliśmy nierozerwalną i zgraną grupę. Inną ciekawą rzeczą, która podkreślała panującą tu ciepłą i rodzinną atmosferę było to, że całą obsługa dobrze się znała. Byli to ludzie od lat spędzający swoje wakacje w Skagway. Pochodzili z różnych stanów i z Kanady. Mieli różne zajęcia, prace, wiek czy zainteresowania, ale jak zbliżał się lipiec, wszyscy się pakowali i wpadali na przynajmniej dwa miesiące na Alaskę. Do tego wszystkiego jeszcze lepiej płacili – osiem lub dziewięć dolców na godzinę, nie licząc napiwków. W jednym dniu robiłem siedem godzin, a takich dni w tygodniu miałem cztery. Tak więc pojawiał się całkiem niezły dopływ gotówki.
Ile miałem teraz wolnego? Można by rzec, że tylko środowe popołudnie. I tak faktycznie było. Jednak może dziwnie to zabrzmi, ale każdą godzinę spędzoną w Fish Co. nigdy pracą nie nazwałem. Myślę, że ma to coś wspólnego z powiedzeniem – „Rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednej godziny w swoim życiu”. I na tamten czas faktycznie kochałem to zajęcie, tych ludzi i całe to miejsce. Tam też podszkoliłem swój angielski. Moje stanowisko było oddalone o kilka metrów od tego, gdzie znajdowali się kucharze, tak więc nieustannie do mnie zagadywali. Słuchałem też, jak ze sobą rozmawiali i z każdym dniem coraz więcej z tego rozumiałem. Nie obyło się oczywiście od językowych wpadek, ale te często były obracane w miły dla mnie żart. Na przykład pewnego razu podeszła do mnie żona szefa i zapytała, czy mógłbym jej podać sztućce. Bez wahania odpowiedziałem:
– Yes!
yesTyle, że ona nie przypuszczała, że jej nie zrozumiem. Przytakując miałem cichą nadzieję, że moje „yes” będzie wystarczające. Jak się później okazało, nic bardziej mylnego, bo szefowa nie odpuściła i ponownie zapytała. Tym razem o szklanki i talerze. A ja dalej jak zdarta płyta:
– Yes! Yes! – nie ruszając się ze stanowiska pracy.
Wyszła. Po chwili wróciła i domyślając się, dlaczego wciąż stoję przy zmywaku nie wykonując poleceń, zapytała sarkastycznie, czy długo tak zamierzam ją jeszcze olewać, po czym ja bez chwili zastanowienia, krótko i stanowczo odrzekłem:
– Yes!
Tym razem zdębiała, a oprócz niej jeszcze kilku innych pracowników, którzy przy tym byli. Ups – myślę sobie. – Coś chyba palnąłem. Może coś źle zrozumiałem? – zgadywałem. Szefowa wchodzi do mojego „biura” i pokazuje na sztućce pytając, dlaczego ich nie przyniosłem.
– A to pani o sztućce chodziło? – skwitowałem zdziwiony, jednocześnie łapiąc się za głowę i czując jak czerwienieję na twarzy.
– Yes, yes, chodziło o sztućce – odpowiedziała, po czym wszyscy jak tam stali, łącznie z Betty, bo tak miała na imię prowodyrka całej tej sytuacji, zaczęli się śmiać. Ktoś podszedł i poklepał mnie po ramieniu mówiąc, że i tak już dużo rozumiem po angielsku i żebym się czasem nie przejmował drobnym nieporozumieniem.
Wracając do mojego jedynego wolnego popołudnia, to tak się złożyło, że w tym dniu, na pobliskim boisku, zbierali się pasjonaci piłki nożnej, aby trochę pokopać. Jako wielki zapaleniec tego sportu, któregoś dnia dołączyłem do nich i od tamtej pory środy miałem już także wypełnione.
A gdzie w takim razie życie towarzyskie? – ktoś mógłby zapytać. Oprócz godzin w Fish Co. i na piłce, co tak naprawdę było przyjemnym towarzyskim spędzaniem czasu, bywałem również na późnowieczornych imprezkach. Jedne z nich odbywały się w pracowniczym baraku ekipy hotelowej, a inne na powietrzu, pod gołym niebem czy w prywatnym mieszkaniu ludzi z Fish Co. Okazji oczywiście nie brakowało. Czy to były czyjeś urodziny, czy jakieś święto państwowe lub lokalne, zawsze mieliśmy chęć, by razem posiedzieć przy dobrej muzyce i zimnym piwku. Pamiętam jak na jednej z takich imprez, oprócz ciastek i czekoladek, nagle zaczęli podawać galaretkę. Nie była to jednak galaretka w salaterkach, którą się je łyżeczką. Na dużej tacy było mnóstwo małych papierowych kubeczków z galaretką w środku. Sam smak też różnił się od tego, który znałem. Te tutejsze były ostrzejsze, a to za sprawą dodawanego do nich alkoholu. Jadło się je podobnie jak je się małże, czyli wciągało do ust całą porcję na raz. Po kilku takich kubeczkach i puszce piwka można było poczuć niezły szum w głowie. A przecież większość z nas miała na ósmą do pracy! Czasami zdarzało się nam za sprawą białych nocy tracić poczucie czasu i przedłużać imprezowanie. Tak na marginesie, jest to bardzo ciekawe zjawisko, tyle że wymagające grubych okiennych kotar, by móc zmrużyć oczy.

E-MAIL DO KOLA:
„Kolo, co tam jakieś białe noce! Zorze polarne to dopiero zjawisko! Niczym zjawy na niebie błyszczące. Pamiętasz kolo chłopca z baśni „Niekończąca się opowieść”? Tą fantazyjną krainę? No to od dzisiaj mów do mnie Bastian! Szkoda tylko, że pomimo dłuższych dni, czas jakoś szybko zleciał i niebawem czas Alaskę opuścić. Elo!”

Na jednej z takich imprez poznałem Jesusa, Meksykanina pracującego w kuchni hotelowej restauracji. Jesus oprócz tego, że był smakoszem alkoholowych galaretek, lubił również dobrą muzykę. Pamiętam, jak któregoś dnia zapuścił coś meksykańskiego. Zespół nazywał się Mana. Co do samej nazwy, to często mu powtarzałem:
mana„Wy macie w Meksyku Mana, a my w Polsce mamy Maanam”. On jednak nie mógł załapać, o co mi chodziło. Jesus zaraził mnie utworami Mana i od tamtej pory często ich słuchałem, podśpiewując do podrzucanych przez niego tekstów. Rok później, w Chicago, udało mi się posłuchać chłopaków na żywo. Słucham ich do dziś, a do moich ulubionych utworów należą: „Vivir sin Aire” i „Rayando del Sol”. Nagrali kawałek z Carlosem Santaną, jak również ścieżkę dźwiękową do serialu Smalville.
Urozmaicając sobie czas na tym niewątpliwie cudownym lądzie, oprócz pracy i imprezowania, chodziłem po górach, grałem we wcześniej wspomnianą, ukochaną piłeczkę czy w pokera na centówki, a także zwiedzałem miasto i okolicę. Jednym słowem zakochałem się, a moja miłość miała na imię Alaska.

Wow, czyli w drodze do Skagway

ferryBiletu na prom do Skagway na szczęście nie trzeba było wcześniej rezerwować (w przeciwieństwie do biletu na samolot), toteż sympatyczna ekspedientka sprzedała mi wejściówkę na statek, którym miałem płynąć przez kolejne sześć i pół godziny. Nie chciało mi się siedzieć, więc pokręciłem się tu i ówdzie, po czym znalazłem się w promowym barze gdzie zamówiłem dużą kanapkę, kawę i parę owoców. Po posiłku postanowiłem pójść na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wylądowałem na górnym pokładzie, gdzie wyłożyłem się jak długi na wygodnym leżaczku, zażywając słonecznej witaminy D. Po chwili zjawiło się tu sporo ludzi i tak trzaskali leżakami, że nie można było spokojnie poleżeć. Jako że wszyscy rozkrzyczani goście układali się po prawej stronie pokładu, ja przeniosłem swój leżak na lewą, skąd patrzyłem, jak oni się tam po drugiej stronie gnieżdżą. Co chwilę pojawiali się kolejni ludzie i jakby byli przyciągani magnesem – mknęli od razu na prawo. A ja sobie tu poleżę i nie będę lazł tam gdzie wszyscy, jakby nie wiadomo co tam dawali – pomyślałem sobie zamykając oczy. Słońce jednak po chwili zniknęło. Ale ludzi zamiast ubywać zaczęło przybywać. I ci nowi również kumulowali się przy prawej burcie. Jak tak
dalej pójdzie – pomyślałem – to statek się przechyli i mój leżak tam do nich zjedzie, a ja razem z nim. Nie chciało mi się jednak wstawać, więc postanowiłem znów zmrużyć oczy i spróbować usnąć. Czy mi się udało? Usnąć – nie, ale usłyszeć, a po chwili i ujrzeć kolejnych głośno zachowujących się turystów i owszem; kolejna tura miała już przygotowane aparaty, tudzież kamery. Co oni tam takiego widzą, czego ja nie widzę, że cały ten ich gwar zamienia się w wypowiadanie na zmianę lub też równocześnie, jednego słowa: „Wow!”. Niedźwiedź jakiś, czy foka im się ukazała? – zastanawiam się co mogą tak tam podziwiać. Postanowiłem zebrać siły, by wstać i dołączyć do owej, dość już sporej grupy ludzi przy prawej burcie. Ledwo wstałem i pierwsze słowo, które niby sam do siebie, a jednak na głos wypowiedziałem, brzmiało: „Wow!”. To co ujrzałem, nie było foką, ani wielorybem. Nie było też niedźwiedziem polarnym, choć kolorem mogło go przypominać. Ale chwila, przecież to nie jest tylko biały kolor – zauważyłem wytężając wzrok. Wyglądem przypominało stok narciarski z zakrętem w lewo. Ogromna masa lodowa, mieniąca się paletą barw od czystej bieli przez błękit i różne odcienie brązu. „Wow!” – powtórzyłem. To jest przecież lodowiec! Jaki piękny! Jaki duży! – nie mogłem się napatrzyć. Przez kolejne pół godziny byłem przekonany, że był to jeden z najpiękniejszych widoków, jaki kiedykolwiek widziałem. Wszystko się jednak zmieniło, gdy dopływaliśmy do zatoki Bernersa, w której ujrzałem na własne oczy jeszcze większy lodowiec, ogromny w porównaniu do poprzedniego, którego oderwane kawałki pływały po wodzie. Poczułem wtedy, że jestem na Alasce i wiedziałem, że uczucie to będzie mi towarzyszyć podczas mojego pobytu w tym jakże pięknym zakątku świata przez następne trzy miesiące.glacier
Powoli robiło się chłodno, a i widoki już nie zaskakiwały niczym podobnym do poprzednich, więc postanowiłem zwijać się do środka. Klapnąłem sobie na jednej z ławek, gdzieś na tyłach promu. Powoli zamykam oczy i czuję, że ktoś mnie budzi. Otwieram je, cały czas nie wiedząc, czy to jawa, czy sen, i widzę stojącą przede mną postać – coś na wzór kapitana statku. Ma ładny niebieski mundur i granatową czapkę. Ale dlaczego on mnie budzi? Nie widzi, że próbuję usnąć? – pomyślałem niezbyt się tym wszystkim przejmując i dochodząc do wniosku, że śnię. Dziwne też okazuje się to, iż inne ławki, które wcześniej były okupowane przez innych turystów, teraz są puste. Ów kapitan znów mną potrząsa i tym razem przemawia. Widzę jego twarz i słyszę, że coś mówi ale jakoś nic do mnie nie dociera, no może za wyjątkiem jednego słowa – Skagway. A Skagway to mieścinka, do której płyniemy. A propos, czy my właściwie płyniemy czy stoimy? – myślę sobie. Może i stoimy. Pewnie znów jakiś lodowiec, a ludzie, którzy wcześniej siedzieli tu na ławkach, poszli znów
pstrykać fotki. Nagle nachodzi mnie myśl – czyżbyśmy już dopłynęli? Pytam kapitana, czy już jesteśmy w Skagway, a on z deko ironicznym uśmiechem odpowiada, że i owszem, jesteśmy, że czas na wysiadkę. No to idę – myślę sobie biorąc bagaże. Jak się okazuje, opuszczam pokład jako ostatni, nie licząc załogi i pana kapitana, który gdzieś się za mną kręci i coś sprawdza. Przy westmarkprzystani czeka bus – taksówka, której kierowca oferuje mi podwózkę za jedyne pięć dolarów. – Do hotelu Westmark – mówię, po czym ruszamy. Po około trzech minutach byliśmy już na miejscu, a kierowca usłużnie wyskoczył i wyciąga moje bagaże licząc na napiwek. Tym razem taryfiarz się przeliczył, bo nie skumałem o co mu biega, roztkliwiając się nad tym, jacy tutejsi ludzie są uprzejmi. W hotelu przywitała mnie pracująca na nocna zmianę młoda kobieta, która szybko zaprowadziła mnie do pokoju, w którym spędziłem swoją pierwszą białą noc na Alasce.