Darmowy e-Book anyone?

Nie rozumiem fenomenu Newslettera, Calling Centers, naganiaczy od Philipiaka czy innego tam Zeptera. A propos Newsletera, zastanawiam się czy pojawiający się on na wielu stronach i blogach jest czymś pozytywnym czy raczej negatywnym? Zastanawialiście się kiedyś jaki jest cel dopisania się do Newslettera? Czy faktycznie chodzi o to aby być na bieżąco z danym blogiem? Za dopisanie się do Newslettera blogerzy często dają coś w zamian, np. e-Booka. Często jest chyba dokładnie na odwrót, czyli: Dopisz się a ja Ci dam za to e-Booka; lub: Hej, tu jest dla Ciebie darmowy e-Book! Ściągnij go sobie! Ale…zanim to zrobisz, musisz się dopisać do Newslettera, ot taki malutki warunek. To tak jak na spotkaniu u Philipiaka mówią: Masz tu trzy super teflonowe i całkowicie darmowe patelnie! Ale… zanim je schowasz do torby, zapłać za czwartą.  Czy faktycznie otrzymujemy coś za darmo? Czy może ktoś nas robi, mniej lub bardziej świadomie, w bambuko? Niedawno wpadłem na ciekawego bloga, którego autor rozdawał swojego e-Booka bez żadnych warunków. Jedynie zasugerował, że jeśli książka się spodoba, można mu postawić w zamian e-Piwo, dokonując przelewu. W pełni dobrowolnie.

Idąc tym tropem, postanowiłem podzielić się swoim e-Bookiem, który można ściągnąć poniżej – zupełnie za free i bez żadnych warunków. Nie musisz ani stawiać e-Piwa ani wspominać, że ściągnąłeś/-aś książkę. Jedyne co możesz zrobić, jeśli Gość w Chicago Ci się spodobał, to ewentualnie podać go dalej (a jeśli się nie spodobał, napisz dlaczego). Bo jedyne na czym mi zależy to to, żeby e-Book trafił do jak największej liczby czytelników, a jego treść inspirowała do działania i pozytywnego myślenia.

Pobierz e-Booka tutaj

Czytaj dalej

Reklamy

Sto dni bez stu nocy

Skagway_aerial_viewW Skagway pozostałem do 16 września, czyli dokładnie sto dni. Jako że przyjechałem tu w celach zarobkowych, większą część mojego czasu poświęcałem na pracę, a dokładniej mówiąc na trzy różne zajęcia, które tu miałem. Skagway to niewielka mieścinka, z jedną główną ulicą przypominającą trochę tą, którą widywałem w Westernach. Miasteczko liczy około ośmiuset mieszkańców.
Właścicielem hotelu Westmark, w którym pracowałem przez całe lato w 2002 roku, jest Jim Sager. Ja byłem członkiem grupy zwanej „Housekeeping”, co po naszemu znaczy „sprzątacz pokoi”. Dziennie należało wysprzątać ich średnio trzynaście. Czasem zdarzało się, że na liście widniał pokój uprzednio wysprzątany, co wynikało z błędu przełożonej. Dla housekeepera było to jak najbardziej na rękę, szczególnie jak pokój miał kilka łóżek. Pracownicy znający lepiej język angielski (lub Amerykanie), umiejętnie migali się od sprzątania na rzecz pracy w pralni lub restauracji. Mój sukces, to dostanie się po miesiącu pobytu do składania pościeli i ręczników, lecz po kilku dniach znowu wróciłem do housekeepingu. W pralni bywałem od czasu do czasu, ale moje imię zawsze widniało na liście chętnych i jak któryś pracownik zachorował, wówczas brano mnie. Wracając jednak do sprzątania, aby pokój można było oddać, należało wykonać następujące czynności: sypialnia – odkurzanie podłóg i ścieranie kurzów, przecieranie luster, okien, lamp i telewizora, zmiana pościeli; łazienka – szorowanie wanny, kabiny, ścian, toalety i zlewu, przecieranie luster, wymiana mydeł i szamponów, wymiana ręczników (a te zużyte można było znaleźć naprawdę w dziwnych miejscach, tj. pod łóżkiem, w wannie, a czasem nawet w koszu), jak i mycie podłogi. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze jedna, najważniejsza dla pracującego czynność. Należało ją wykonać przed wjechaniem na „teren” z wózeczkiem pełnym pościeli, ręczników i środków czyszczących. Najlepiej też było wykonać ją od razu we wszystkich pokojach, a to ze względu na to że, jak później odkryliśmy, czynność owa była wykonywana przez kogoś innego, a bliżej – przez naszą przełożoną, która „badała” wszystkie pokoje skoro świt. Co było tą czynnością i dlaczego była ona najważniejsza i najprzyjemniejsza? Otóż było to sprawdzanie, czy są i ewentualne zbieranie zostawionych przez turystów napiwków. Bywały lepsze i gorsze dni, ale zawsze około dziesięciu dolarów dziennie wpadało, czasem czekoladka, coś do picia lub krótki list z podziękowaniami za posprzątanie (jeden z nich mam do dziś). Wszystko to polepszało samopoczucie i znacznie motywowało do pracy. Po paru tygodniach tipsnastąpił przełom – zaczęło brakować napiwków. Czyżby nagle przyjeżdżali inni klienci, czy jakiś kryzys? – każdy się zastanawiał. Pewnego dnia ktoś zauważył wybiegającą z nie swojego pokoju przełożoną, po czym wbiegającą na kilka sekund do kolejnego. Kwestia braku napiwków i porannego ptaszka, czyli naszej przełożonej, została poruszona na zebraniu. Szefowa tłumaczyła, że specjalnie wstaje rano przed nami, by wszystkie pokoje posprawdzać, czy rzekomo są gotowe do sprzątania. Oczywiście nie mogliśmy jej o nic posądzać, bo brak było jakichkolwiek dowodów, a to, że odwiedzała pokoje, to była tylko część faktów. Ciekawym zdarzeniem było to, że po zebraniu napiwki zaczęły się znów pojawiać jak grzyby po deszczu, a i szefowa pracowała od tego czasu w innych częściach hotelu, nikomu nie rzucając się w oczy.
Podczas całego swojego pobytu w Stanach, regularnie korespondowałem z Arkiem (ksywa Kolo), moim dobrym przyjacielem ze szkolnej ławki, z którym dzieliłem się ciekawszymi wrażeniami.

E-MAIL DO KOLA:
„Udało się Kolo! Jestem na Alasce! Pamiętasz jak jeszcze w technikum mówiłeś, że tu co drugi to Eskimos, niedźwiedź lub renifer? Jestem już tu prawie miesiąc i żadnego z powyższych nie widziałem. I nie że ciemno, bo póki co białe noce panują. Ale spać się da. Zimno też nie jest – około 20 stopni, ale przecież jest lato. Jak na razie jestem pod wielkim wrażeniem tutejszych gór, strumyków i krajobrazów. A my się Kolo, naszą Śnieżką zachwycaliśmy. Jak zobaczę niedźwiedzia i przeżyję to napiszę. Elo!”

Wracając do Jima Sagera, czyli szefa hotelu, to był z niego fajny gość. Pochodził z Florydy, a na Alasce spędzał pięciomiesięczny sezon letni, kierując hotelem. Hotel posiadał sto pięćdziesiąt jeden pokoi i dużą restaurację. Klientami byli głównie turyści z przybijających tu, opływających Alaskę promów. Dziennie przypływało ich tu trzy do czterech, co dawało od pięciu do ośmiu tysięcy schodzących na ląd ludzi, co z kolei daje ponad siedemset tysięcy ludzi każdego sezonu.
Inna grupa turystów to ci, którzy przybywali tu na własną rękę. W grupie tej było wielu Kanadyjczyków, jak i Amerykanów z południowych stanów. Mowa jednak o turystach trochę bogatszych, a to ze względu na to, iż Alaska do tanich miejsc nie należy. Sam przelot może być czterokrotnie droższy od lotów do innych urlopowych miejsc, takich jak Floryda czy Kalifornia. Jim nie narzekał więc na brak klientów, a tym samym brak pracy. Pięciomiesięczny pobyt w Skagway dawał mu ten komfort, że był w stanie zarobić wystarczająco, by kolejne siedem miesięcy spędzić spokojnie w gronie rodziny na Florydzie, gdzie miał spory domek i dwie restauracje, które prowadził bardziej hobbistycznie.
Pracę w hotelu miałem załatwioną jeszcze przed wyjazdem na Work & Travel. Jak jednak szybko się dowiedziałem, wielu moich kompanów dodatkowo dorabiało w innych miejscach. Któregoś dnia rozmawiając z Czechem o imieniu Martin dowiedziałem się, że od tygodnia jest pomywaczem w pobliskiej restauracji.
– Słuchaj, idę dziennie na parę godzin i wracam zadowolony i najedzony, no a oprócz tego jeszcze mi za to płacą – opowiadał Martin.
dishwashingDziwiło mnie, jak praca na zmywaku mogła być aż tak satysfakcjonująca. Martin jednak zachwycał się tym, jak to czasem ludzie zostawiają na talerzu stertę nie ruszonych krewetek, które on ze smakiem zjada. Czy jak czasem jakaś pizza kucharzowi nie wyjdzie i trafia do niego. Trzeba przyznać, że wyglądał na takiego, co to zjada sporo tych „nieudanych” pizz.
– A co do samej pracy, to jest przyjemniejsza niż jej nazwa – tłumaczył. – Najpierw kelnerzy przynoszą ci w takich miskach stertę naczyń – Martin postanowił dokładnie odtworzyć swój dzień pracy. – Ty spryskujesz talerze wodą pod ciśnieniem, a następnie układasz na plastikowej podstawce. A kiedy jest pełna przesuwasz ją do zmywarki.
Zmywarkę zamykasz i po chwili wyciągasz czyściutkie naczynka, które układasz na półkach.
– No a szef? Jaki on jest? – zapytałem.
– Fajny gość! Ogólnie zajmuje się klientami, czyli w kuchni prawie go nie ma. Czasem wpadnie na chwilę pomarudzić, żebym tyle nie chlapał lub żebym poszedł do pomocy na kuchnię, gdy na zmywaku luzy. A w ogóle to mi powiedział, że potrzeba więcej rąk do pracy. Nie chciałbyś trochę dorobić? – zapytał mnie Martin.
– Ale ja tu w hotelu od ósmej do czwartej jestem – odpowiedziałem jakoś nie wyobrażając sobie tego, że można pociągnąć dwie prace na raz.
– Ja też na pokojach do czwartej, a od piątej do dziesiątej w restauracji. Ale nie codziennie! – dorzucił Martin, widząc zdziwienie na mojej twarzy. – Ja tam chodzę tylko trzy razy w tygodniu – dodał.
– W sumie kilka wieczorów to nie jest tak źle. A ile płacą? – zapytałem.
– Więcej niż w hotelu!
– Czyli ile?
– No, siedem dolców.
– To faktycznie nieźle – odpowiedziałem coraz bardziej zainteresowany tą pracą. Postanowiłem czym prędzej napisać CV i dać je Martinowi, by ten przekazał je szefowi restauracji Portobello. Dwa kolejne dni były nerwówką, bo dowiedziałem się, że chętnych na stanowisko pomywacza było więcej. A ja przecież byłem tak bardzo nastawiony na tę robotę, że już sobie obliczałem, ile zielonych będę wyciągał tygodniowo.
W końcu dorwałem Martina, a konkretniej on sam mnie w pralni odnalazł.
– Sorry że tak późno, ale miałem trochę nadgodzin w Portobello i styrany byłem – zaczął Martin.
– Spoko, nic się nie dzieje. Dałeś szefowi moje CV? – zapytałem.
– Dałem i kazał ci dzisiaj przyjść.
– Dzisiaj? – wykrztusiłem z siebie, sam nie wiem, czy bardziej jako okrzyk zdziwienia i zaskoczenia, czy szczęścia i radości. – A na którą? Na piątą?
– Tak.
– Dobra, będę. A ty dziś pracujesz? – zapytałem.
– Ja mam wolne przez parę dni. Sorry, muszę lecieć, bo Mandy dała mi dziś piętnaście pokoi – zakończył Martin, po czym wybiegł z pralni.
Ja wróciłem do składania ręczników, myśląc od teraz tylko o moim pierwszym dniu w nowej pracy. A może szef chciał tylko omówić moje CV? Co ja w nim tam nawypisywałem – próbowałem sobie przypomnieć.
Nadeszła w końcu jakże oczekiwana godzina siedemnasta. Udałem się do Portobello.
– Szefa nie ma! – oznajmił mi jeden z kucharzy.
– A będzie? – zapytałem.
– Powinien, a co?
– No bo ja miałem z nim spotkanie na piątą, w sprawie pracy.
– Ty od Martina?
– Właśnie – sprostowałem.
– No to siadaj! Czego się napijesz? – zaproponował kucharz. Podziękowałem i poprosiłem o szklankę wody. Po chwili przybyła głowa restauracji, czyli szef – Farid. Szybko wyczuł, że ja w konwersacji po angielsku nie bardzo i zaprosił mnie do kuchni. Ubrał fartuch i zaczął prezentować proces mycia garów. Wszystko wyglądało tak, jak mi to kilka dni wcześniej objaśniał Martin, czyli natryskanie, moczenie tych bardziej zaschniętych talerzy, wjazd do zmywarki, wyjazd z niej i na półeczki. Po chwili przejąłem pałeczkę, to znaczy fartuch i zacząłem swoje pierwsze zmywanie, pamiętając przy tym o radzie Martina, aby zbytnio nie chlapać. Szef, nie chcąc chyba dodatkowo mnie stresować, poszedł na pogawędkę z kucharzami, po czym całkowicie zniknął. Minęła godzina, a tu ani szef, ani inny pomywacz się nie zjawił. Czyżby szef założył, że ja się zdecydowałem i mnie przyjął? No to nieźle – rozmyślałem. Skoncentrowałem się na pracy. Około godziny dwudziestej platespierwszej, gdy większość klientów wracała na promy, kelner zawołał mnie na salę, abym mu pomógł zebrać tony talerzy. Podjechałem więc metalowym wózkiem i zacząłem napełniać wanienki szklankami i sztućcami. Nagle słyszę donośny głos dochodzący zza moich pleców. Głos był podniesiony a osoba zdenerwowana – sztorcowała kelnera, z którym pracowałem.
– To ty nie wiesz, że każdy ma tu swoje obowiązki? – zaczął Farid, właściciel donośnego głosu. Bardziej czytając gesty, niż rozumiejąc co mówi wywnioskowałem, że ja powinienem robić swoją robotę w kuchni, a kelner sam przywozić mi talerze do mycia. Widząc, że rozmowa bezpośrednio mnie nie dotyczyła, postanowiłem wrócić do kuchni i kontynuować zmywanie. Farid widząc to zatrzymał mnie i powiedział, że kelner mi pomoże, to znaczy zrobi to za mnie. Czułem się jak między młotem, a kowadłem, ale Farid szybko rozładował sytuację wysyłając kelnera do kuchni, a mnie w zamian wziął do stolika, gdzie zaczął wypytywać, jak mi minął pierwszy dzień w pracy.
– Very good – odpowiedziałem.
Zanim mnie puścił z powrotem do kuchni powiedział, abym trzymał się swojego zajęcia i nie dawał wykorzystywać czy to kelnerom, czy barmanom.
– A jak chcą, byś robił to za nich, to zażądaj od nich połowy napiwków – podpowiedział.
Lekko po dwudziestej drugiej wrzuciłem ostatnią turę naczyń do zmywarki.
– Leć już do domu – krzyknął kucharz. – Jak się gary umyją, to ja maszynę wyłączę, a na półki poukładasz jutro albo ktoś inny to zrobi – zakończył.
Zdjąłem więc gumowy fartuch, powiesiłem na zwisającym haku, po czym pożegnałem się ze wszystkimi i wyszedłem. A wracając skocznym krokiem do domu liczyłem sobie, ile to będę zarabiał w swojej nowej pracy.
Po dwóch tygodniach pracy w Portobello, mój grafik uległ zmianie. Zamiast jak wcześniej pięciu wieczorów, teraz miałem pracować dwa wieczory i dwa przedpołudnia w te dni, które miałem wolne w hotelu. Chcąc nie chcąc miałem teraz zajęte wszystkie przedpołudnia i dwa wieczory.
Będąc na fali zarabiania stwierdziłem, że pięć wolnych wieczorów to za dużo. Popytałem tu i ówdzie, i po kilku dniach miałem już nagraną robotę w innej restauracji, na identycznym stanowisku jak w Portobello. Innymi słowy, do mojego grafiku doszły cztery wieczory w Fish Co. – restauracji specjalizującej się w owocach morza, czyli krewetkach, małżach, krabach i innych słono – jak też i słodkowodnych stworzeniach. Fish Co. różniło się od Portobello. Było mniejsze i nastawione na jakość, a nie ilość. Obsługa była milsza. Na przykład kelnerzy, zamiast wykorzystywać mnie do znoszenia talerzy z sali, chętnie robili to sami, a za ich mycie dzielili się ze mną swymi napiwkami. Każdy był tu tak samo ważny. Tworzyliśmy nierozerwalną i zgraną grupę. Inną ciekawą rzeczą, która podkreślała panującą tu ciepłą i rodzinną atmosferę było to, że całą obsługa dobrze się znała. Byli to ludzie od lat spędzający swoje wakacje w Skagway. Pochodzili z różnych stanów i z Kanady. Mieli różne zajęcia, prace, wiek czy zainteresowania, ale jak zbliżał się lipiec, wszyscy się pakowali i wpadali na przynajmniej dwa miesiące na Alaskę. Do tego wszystkiego jeszcze lepiej płacili – osiem lub dziewięć dolców na godzinę, nie licząc napiwków. W jednym dniu robiłem siedem godzin, a takich dni w tygodniu miałem cztery. Tak więc pojawiał się całkiem niezły dopływ gotówki.
Ile miałem teraz wolnego? Można by rzec, że tylko środowe popołudnie. I tak faktycznie było. Jednak może dziwnie to zabrzmi, ale każdą godzinę spędzoną w Fish Co. nigdy pracą nie nazwałem. Myślę, że ma to coś wspólnego z powiedzeniem – „Rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednej godziny w swoim życiu”. I na tamten czas faktycznie kochałem to zajęcie, tych ludzi i całe to miejsce. Tam też podszkoliłem swój angielski. Moje stanowisko było oddalone o kilka metrów od tego, gdzie znajdowali się kucharze, tak więc nieustannie do mnie zagadywali. Słuchałem też, jak ze sobą rozmawiali i z każdym dniem coraz więcej z tego rozumiałem. Nie obyło się oczywiście od językowych wpadek, ale te często były obracane w miły dla mnie żart. Na przykład pewnego razu podeszła do mnie żona szefa i zapytała, czy mógłbym jej podać sztućce. Bez wahania odpowiedziałem:
– Yes!
yesTyle, że ona nie przypuszczała, że jej nie zrozumiem. Przytakując miałem cichą nadzieję, że moje „yes” będzie wystarczające. Jak się później okazało, nic bardziej mylnego, bo szefowa nie odpuściła i ponownie zapytała. Tym razem o szklanki i talerze. A ja dalej jak zdarta płyta:
– Yes! Yes! – nie ruszając się ze stanowiska pracy.
Wyszła. Po chwili wróciła i domyślając się, dlaczego wciąż stoję przy zmywaku nie wykonując poleceń, zapytała sarkastycznie, czy długo tak zamierzam ją jeszcze olewać, po czym ja bez chwili zastanowienia, krótko i stanowczo odrzekłem:
– Yes!
Tym razem zdębiała, a oprócz niej jeszcze kilku innych pracowników, którzy przy tym byli. Ups – myślę sobie. – Coś chyba palnąłem. Może coś źle zrozumiałem? – zgadywałem. Szefowa wchodzi do mojego „biura” i pokazuje na sztućce pytając, dlaczego ich nie przyniosłem.
– A to pani o sztućce chodziło? – skwitowałem zdziwiony, jednocześnie łapiąc się za głowę i czując jak czerwienieję na twarzy.
– Yes, yes, chodziło o sztućce – odpowiedziała, po czym wszyscy jak tam stali, łącznie z Betty, bo tak miała na imię prowodyrka całej tej sytuacji, zaczęli się śmiać. Ktoś podszedł i poklepał mnie po ramieniu mówiąc, że i tak już dużo rozumiem po angielsku i żebym się czasem nie przejmował drobnym nieporozumieniem.
Wracając do mojego jedynego wolnego popołudnia, to tak się złożyło, że w tym dniu, na pobliskim boisku, zbierali się pasjonaci piłki nożnej, aby trochę pokopać. Jako wielki zapaleniec tego sportu, któregoś dnia dołączyłem do nich i od tamtej pory środy miałem już także wypełnione.
A gdzie w takim razie życie towarzyskie? – ktoś mógłby zapytać. Oprócz godzin w Fish Co. i na piłce, co tak naprawdę było przyjemnym towarzyskim spędzaniem czasu, bywałem również na późnowieczornych imprezkach. Jedne z nich odbywały się w pracowniczym baraku ekipy hotelowej, a inne na powietrzu, pod gołym niebem czy w prywatnym mieszkaniu ludzi z Fish Co. Okazji oczywiście nie brakowało. Czy to były czyjeś urodziny, czy jakieś święto państwowe lub lokalne, zawsze mieliśmy chęć, by razem posiedzieć przy dobrej muzyce i zimnym piwku. Pamiętam jak na jednej z takich imprez, oprócz ciastek i czekoladek, nagle zaczęli podawać galaretkę. Nie była to jednak galaretka w salaterkach, którą się je łyżeczką. Na dużej tacy było mnóstwo małych papierowych kubeczków z galaretką w środku. Sam smak też różnił się od tego, który znałem. Te tutejsze były ostrzejsze, a to za sprawą dodawanego do nich alkoholu. Jadło się je podobnie jak je się małże, czyli wciągało do ust całą porcję na raz. Po kilku takich kubeczkach i puszce piwka można było poczuć niezły szum w głowie. A przecież większość z nas miała na ósmą do pracy! Czasami zdarzało się nam za sprawą białych nocy tracić poczucie czasu i przedłużać imprezowanie. Tak na marginesie, jest to bardzo ciekawe zjawisko, tyle że wymagające grubych okiennych kotar, by móc zmrużyć oczy.

E-MAIL DO KOLA:
„Kolo, co tam jakieś białe noce! Zorze polarne to dopiero zjawisko! Niczym zjawy na niebie błyszczące. Pamiętasz kolo chłopca z baśni „Niekończąca się opowieść”? Tą fantazyjną krainę? No to od dzisiaj mów do mnie Bastian! Szkoda tylko, że pomimo dłuższych dni, czas jakoś szybko zleciał i niebawem czas Alaskę opuścić. Elo!”

Na jednej z takich imprez poznałem Jesusa, Meksykanina pracującego w kuchni hotelowej restauracji. Jesus oprócz tego, że był smakoszem alkoholowych galaretek, lubił również dobrą muzykę. Pamiętam, jak któregoś dnia zapuścił coś meksykańskiego. Zespół nazywał się Mana. Co do samej nazwy, to często mu powtarzałem:
mana„Wy macie w Meksyku Mana, a my w Polsce mamy Maanam”. On jednak nie mógł załapać, o co mi chodziło. Jesus zaraził mnie utworami Mana i od tamtej pory często ich słuchałem, podśpiewując do podrzucanych przez niego tekstów. Rok później, w Chicago, udało mi się posłuchać chłopaków na żywo. Słucham ich do dziś, a do moich ulubionych utworów należą: „Vivir sin Aire” i „Rayando del Sol”. Nagrali kawałek z Carlosem Santaną, jak również ścieżkę dźwiękową do serialu Smalville.
Urozmaicając sobie czas na tym niewątpliwie cudownym lądzie, oprócz pracy i imprezowania, chodziłem po górach, grałem we wcześniej wspomnianą, ukochaną piłeczkę czy w pokera na centówki, a także zwiedzałem miasto i okolicę. Jednym słowem zakochałem się, a moja miłość miała na imię Alaska.

Pięć bloków – czyli ile?

Kto pyta nie błądzi?      

blokZapadała noc, więc postanowiłem obrać azymut na miejsce mojego noclegu. Miałem adres, ale kompletnie nie orientowałem się w topografii miasta. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wzięcie taksówki, jednak mając zakodowane w głowie, że taksówki są bardzo drogie, postanowiłem skorzystać z metra. Sturlałem więc po schodach bagaż i zatrzymałem się przy maszynie z biletami. Jak tu się kupuje te bilety? Zaraz zobaczę jak robią to inni. Kucnąłem, że niby sobie buta zawiązuję i tak obserwuję, co inni tam majstrują. Po chwili, z biletem w ręku i uśmiechem na twarzy, przekroczyłem małą bramkę i dostałem się na platformę, gdzie miałem czekać na pociąg. Czekam tak jakąś chwilę. Podjeżdża pociąg, tyle że póki co, ten jadący w przeciwnym kierunku. Daje mi to do myślenia, czy aby na pewno jestem po dobrej stronie. Aby to sprawdzić pytam stojącego obok człowieka, pokazując mu mój docelowy adres. Ten się jakoś tak rozgadał, a przy tym dużo gestykulował, że ja ni w ząb go nie zrozumiałem, ale widzę, że on ciągle pokazuje jeden kierunek, a ściślej mówiąc ten z którego niedawno przyszedłem. Niby że wszystko zrozumiałem – uśmiechnąłem się do niego dziękując za jakże cenne wskazówki, po czym poszedłem w stronę maszyny, w której kilka minut wcześniej kupowałem bilet. A gdzie teraz? – myślę sobie, rozglądając się w każdym kierunku. Po chwili pytam kobietę w kasie, jak dostać się na ten oto adres, pokazując jej moja kartkę z bazgrołami. Pani wzięła plan metra do ręki i tłumaczy mi, że żaden z pociągów odjeżdżających z platform tuż za mną mnie tam nie zawiezie, ale zrobią to pociągi innej linii, do której muszę pójść tędy. Tłumaczyła mi spokojnie, pokazując równocześnie kierunek w którym powinienem się udać. Zanim jednak odszedłem pani dała mi moją karteluszkę, na której napisała nazwę stacji, na której powinienem wysiąść. Podziękowałem, zarzuciłem torbę na ramię i ruszyłem ku nowej stacji. Niedługo później wysiadałem już na moim docelowym przystanku, skąd do hostelu, jak mnie poinformował młody Amerykanin, było już bardzo blisko, bo tylko jakieś pięć bloków. A niech to będzie nawet pięć wieżowców – myślę sobie obliczając, że za dziesięć minut będę brał prysznic. Wyjeżdżam na powierzchnię zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze wyszedłem, bo wcześniej zauważyłem jeszcze inne wyjście.

new york skyline nightJak tu ciemno – myślę, szukając tych bloków czy też wieżowców. Rozglądam się w każdym kierunku, ale wszystko co widzę, to coś, co raczej przypomina trzypiętrowe kamienice. Intuicyjnie idę najpierw w prawo, lecz pomimo wnikliwych poszukiwań, minąwszy ósmy blok, nie dotarłem do hostelu i zwątpiłem w swoją intuicję. To może w lewo spróbuję? – pomyślałem, ale i tam po mym hostelu ni widu, ni słychu. Zacząłem wątpić w swoją wrodzoną orientację w terenie, co skłoniło mnie do kolejnej rozmowy z przechodniem. Wywijając mu mapą przed oczyma zapytałem o zakreślony kółeczkiem adres, mając nadzieję, że wskaże mi zupełnie inną trasę, co by oznaczało koniec moich wątpliwie przyjemnych wędrówek po nowojorskim przedmieściu. Cóż, nic bardziej mylnego, gdyż i on był święcie przekonany, że cel moich poszukiwań jest nie dalej niż w promieniu pięciu bloków. Siadam, więc skonsternowany na plecaku w oczekiwaniu na cud, a przynajmniej na cudny pomysł. Eureka! Podjadę taksówką! Po kilkunastominutowym żmudnym wypatrywaniu żółtej taryfy, bez wahania stwierdzam na głos:

– Co za zadupie!

web-right-way-arrowsNie pozostało mi więc nic innego, jak skonfrontować moje topograficzne doświadczenia z kolejnym mieszkańcem tej zapyziałej dzielnicy. Jakby się zmówili, bo i ten uparcie powtarzał: „…five blocks, five blocks…”, niczym przygłuchawa wieśniaczka z kultowego polskiego filmu „Kogel Mogel”, tłumacząca drogę słowami: „Grabowo, Grabowo!”. Korzystając z okazji, że zmierzał we wskazanym kierunku, chciałem mu udowodnić, że się myli. Gdy tak idąc liczyłem mu kolejno mijane bloki zauważyłem, że gość zaraz wybuchnie śmiechem. Z pewnością nie wiedział, jaki byłem zmęczony i że miałem szczerą chęć przywalić mu plecakiem. Rozmówca jednak cierpliwie wytłumaczył mi w czym tkwi problem. Otóż amerykańskie bloki różnią się od polskich. U nich jeden blok równa się jednej przecznicy, podczas gdy u nas oznacza on jeden budynek. Chciało mi się śmiać i płakać, bo do hostelu zostało mi cztery i pół przecznicy, czyli nie lada spacerek, a moja torba podróżna to stary model, który kółeczek nigdy nie widział. Długo po tym, jak dzień powiedział dobranoc, dotarłem do upragnionej noclegowni i jedyne o czym marzyłem to prysznic, po którym usnąłem jak dziecko.

Podziemne schronienie – czyli życie w tzw. bejsmencie

basementW Dzienniku Związkowym, polskiej gazecie wydawanej w Chicago, widniało sporo ogłoszeń pod hasłem ‘wynajmę’. Nie marnowałem więc czasu.

Telefon nr 1:

– Pokój owszem mam, koszt to 400$ za miesiąc i 400$ kaucji.

– Za drogi, do widzenia – zakończyłem rozmowę.

Telefon nr 2:

– Przykro mi, ale ogłoszenie nieaktualne!

– To może byście o tym prasę poinformowali? – miałem już na końcu języka.

Telefon nr 3:

– Dzień dobry. Pokój znajduje się w okolicy krzyżówki ulic Belmont i Milwaukee (dobrze mi już znanych). Pokój jest duży i ma balkon. Cena to 350$ za miesiąc.

– Byłbym nim zainteresowany. A kiedy mógłbym go obejrzeć?

– Oglądać można od następnego weekendu, a pokój będzie wolny od października.

Telefony nr 4, 5 i 6 – podobne historie.

W końcu telefon nr 7. W słuchawce słyszę krzykliwą kobietę, nerwowo informującą, że pokój jest wolny od zaraz i jeśli chcę, to mogę go sobie dzisiaj obejrzeć.

– Adres to 4332 North Kerington. Tylko niech pan przyjeżdża zaraz, bo potem muszę wyjść – dodała odrobinę spokojniej.

chicago-streets-at-nightNa mapie podaną ulicę odnalazłem bez większych problemów, jednak te zaczęły się trochę później, gdy wyszedłem na miasto, a wszystko przez to, że nie zdawałem sobie sprawy, jak długie potrafią być tutejsze ulice. Proszę, jak łatwo luka w wiedzy o chicagowskiej infrastrukturze potrafi się zemścić na człowieku. Zaczęło się od tego, że odnalazłem na mapie ulicę Kerington i zaraz potem odszukałem większą ulicę, bezpośrednio ją przecinającą, o nazwie Fullerton. Wszystko odniosłem do mojego obecnego położenia i pewny swego poszedłem zapytać, jak najłatwiej tam dojechać.

– Najpierw autobusem do Armitage, a później w górę następnym – tłumaczył mi jeden z przechodniów, jeżdżąc palcem po mapie.

Do celu dojechałem w przeciągu godziny. Pytanie, czy to aby na pewno było to miejsce? Wysiadam i już czysto formalnie pytam na przystanku chłopaka o numer 4332. Z niedowierzaniem słyszę, że to kawałek drogi i najlepiej dojechać tam autobusem. Nieporozumienie, koleś pewnie nie jest stąd – pomyślałem. Po chwili pytam starszego faceta, wyrzucającego śmieci do kontenera przed sklepem – mając nadzieję, że tutejszy, no i wiekowy, więc poinformowany też chyba lepiej – lecz niczego nowego się nie dowiaduję. Nie dając za wygraną wyciągam mapę i pokazuję memu rozmówcy, o jaką dokładnie ulicę mi chodzi, na co on się uśmiecha, odsłaniając swoje miodowego koloru zęby i pokazuje mi, że owa ulica (jak większość chicagowskich) przebiega przez całe miasto, toteż tu, gdzie się obecnie znajdujemy, jest numer 2400 North Kerington, a ja potrzebuję się dostać na numer 4332, czyli jakieś piętnaście minut jazdy miejską komunikacją. Za jego radą wsiadłem do odpowiedniego autobusu i pojechałem pod wskazany adres. Dzielnica była bardzo przyjemna. Kerington to ulica jednokierunkowa, z ciągnącymi się po obu jej stronach, równiutko poustawianymi rzędami domków jednorodzinnych, z pieczołowicie przystrzyżonymi trawnikami i nietuzinkowo wyglądającymi ogrodami, niczym z katalogu o architekturze krajobrazu. W końcu dochodzę do tego właściwego domu. Dzwonię, mimo że bramka jest otwarta. Po chwili słyszę znajomo brzmiący, krzykliwy głos starszej kobiety.

– Niech pan wchodzi! – powtórzyła kilka razy, w tej samej chwili wyłaniając się zza rogu domu.

– Dzień dobry. Dzwoniłem w sprawie pokoju – mówię kłaniając się staruszce, na co ona, że zaraz mi go pokaże.

– Andrzej! Andrzej! – wykrzykuje do stojącego ze dwa metry od nas mężczyzny.         Na męża za młody – myślę sobie – choć w Stanach to wszystko możliwe. Z drugiej strony, po co wołałaby do mnie ogrodnika?

– To jest Andrzej – przedstawia mężczyznę staruszka. – Andrzej jest jednym z lokatorów i zaraz pokaże ci pokój.

Wchodzę do basementu, czyli przerobionej na mieszkanie piwnicy, po drodze wysłuchując informacji o panujących tu zasadach lub raczej ich braku.

– Babcia z reguły śpi jak kamień, więc my se tu czasem jakieś piwko przy weekendzie walniemy, a poza tym, jak zauważyłeś, ona to do nas raczej nie wchodzi. Z końcem miesiąca woła tylko, by przynieść jej pieniądze za wynajem i tyle – mówił Andrzej. – Oprócz mnie mieszka tu jeszcze dwóch kolesi: Marek, który wpadł do Chicago na parę miesięcy, by trochę dorobić i weteran Mietek, siedzący w Stanach już osiemnaście lat. Tak na marginesie, od dziesięciu pracuje w kotłowni, podobno dobra fucha, tyle że wiąże się z robotą na nocki, przez co rzadko go widać, bo zazwyczaj za dnia tknie komara. Mieszkał z nami jeszcze Bogdan, ale niedawno się wyprowadził. Ponoć brakowało mu przestrzeni i narzekał, że tu mamy ciemno.

– Klaustrofobik? – wtrąciłem.

– Nie sądzę bo w kibelku to potrafił przesiadywać godzinami – odparł pół żartem pół serio. – Ale z Bogdanem przynajmniej mogłem mecze pooglądać. Dla mnie piłka nożna to kapitalny sport, ale niestety, Marek z Mietkiem wolą wałkować te same, odtwarzane z DVD, polskie komedie. Dlatego jak tylko puszczają w telewizji jakiś ważniejszy meczyk, to zmykam na górę do babci lub do baru – kontynuował Andrzej. – Mówię ci, jak jest. My tu jesteśmy szczerzy i nic nie ukrywamy.

W tym samym momencie pokazał mi stary pokój Bogdana, w którym obecnie pomieszkuje Marek.

– A ten pokój, tu po prawej, jest wolny. Może nie jest za duży, ale ma okno, no i wygodne łóżko. My płacimy po 300$, ale ty będziesz dawał 250$, bo pokój mniejszy – Andrzej nacisnął na klamkę ciężkich, drewnianych drzwi.

Faktycznie pokój był mały, ale jak słusznie zaznaczył współlokator, miał okno, a raczej okienko. Po prawej komoda, naprzeciwko której stała szeroka i niewysoka szafa. Pod oknem łóżko, a przy nim malutki, zielony dywanik, odrobinę kryjący mocno porysowany parkiet. Potem Andrzej dorzucił jeszcze kilka słów o kuchni i łazience, i to by było na tyle w temacie mieszkania.

– A ty gdzie robisz? – zapytał znienacka.

– Co, co? – spytałem, zapatrzony na ciąg butelek po wódce, poukładanych starannie, niczym kostki domina.

– No, czy masz robotę? Na budowie, w sklepie, na dachach? – dociekał.

– A nie…- zacząłem. – To jest dopiero mój drugi dzień w Chicago, a poza tym chyba na razie nie zamierzam szukać roboty – dokończyłem.

Andrzej się jeszcze trochę pokręcił, dodał, jak to sam kiedyś pracował na dachach na Florydzie, po czym stwierdził, że musi spadać, bo obiecał babci zreperować coś w ogródku. Wyszliśmy na zewnątrz.

– Pani Zosiu, chłop się decyduje i będzie do nas pasował jak ulał – zawołał Andrzej do staruszki.

– To dobrze, bo martwiłam się, że pokój Bogdana będzie stał pusty – odpowiedziała kobieta pytając, o której dziś się wprowadzę. – Mamy tu też taki stary rower i możesz go pożyczyć do przewiezienia bagaży – uprzejmie zaproponowała.

Odpowiedziałem, że nie trzeba i że wrócę dopiero jutro, bo mam już wykupioną drugą nockę w hotelu.

Nazajutrz wprowadziłem się, jak się później okazało, do małego domu wariatów. Z dnia na dzień coraz bardziej się o tym przekonywałem, a to głównie za sprawą Andrzeja i Marka. Kwestia częstego przebywania Andrzeja w ogródku pani Zosi szybko się wyjaśniła. Stracił on bowiem pracę i był załamany brakiem perspektyw. Jako że pani Zosia miała tu i ówdzie trochę klamotów, na których zreperowanie czy posegregowanie nigdy nie było czasu, Andrzej chętnie podjął się wyzwania i w zamian za dach nad głową, przez kilka następnych tygodni opiekował się podwórzem. Po kilku bibach z udziałem wódki, piwa i wina, podobna sytuacja przydarzyła się Markowi. Stracił on pracę, bo najzwyczajniej w świecie się w niej nie pojawiał, a że pani Zosia roboty w ogrodzie dla dwóch osób nie miała, wspólnie zdecydowali, że Marek będzie chodził codziennie pod ‘ścianę płaczu’. Oznaczało to wczesnoranne meldowanie się na stacji benzynowej przy słynnej krzyżówce ulic Belmont i Milwaukee, gdzie codziennie podjeżdżają właściciele firm budowlanych, potrzebujący rąk do pracy. Dostał pracę i wyglądało na to, że zacznie mu się lepiej powodzić. Codziennie wracał zmęczony, ale pełen wrażeń i pozytywnego nastawienia, wychwalając swojego nowego szefa. Sielanka nie trwała zbyt długo, bo zaledwie po tygodniu wszystko odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni.

– Pracowałem u tego palanta już ponad tydzień – zaczął Marek podniosłym głosem, po tym jak wrócił z pracy w piątkowe popołudnie. – Pracowałem rzetelnie i przez ten czas nie piłem z nadzieją, że utrzymam tę fuchę na dłużej. I co? Nie tylko pracy nie utrzymałem, to jeszcze gnojek powiedział, że mi nie zapłaci – zakończył zdesperowany Marek.

– Uspokój się. Zaraz naleje ci jednego i poczujesz się lepiej – zaproponował Andrzej otwierając lodówkę. – Ty, ale nie mamy popity. Walniesz bez? – dodał.

– Nalewaj i nie pieprz głupot! – powiedział Marek, po czym wypił dwa kieliszki czystej.

– Słuchaj brachu, wszystko będzie dobrze. Golnijmy jeszcze po jednym a ja zaraz skoczę po następną – zaproponował pocieszyciel bezrobotnego, dodając jeszcze, że tym razem sam ją sfinansuje.

– To kup jeszcze jakieś chrupki, czy coś – wykrzyknął Marek zanim ten zdążył wybiec do sklepu.

Jak widać, o pretekst do popijawy w naszej piwnicy nie było trudno.

Cafe-Lura-fot.-Robert-WachowiakMarek, zniechęcony sytuacją z niewypłacalnym pracodawcą, postanowił być ostrożniejszy. Pod ‘ścianę płaczu’ nie chodził już jak wcześniej, na siódmą rano, a na ósma lub dziewiątą. Wychodził z założenia, że odpowiednia dawka snu to podstawa, by dobrze rozpocząć dzień i dodawał, że po ósmej to i konkurencja mniejsza. Konkurencja może i mniejsza, ale i pracodawców jak na lekarstwo, bo rzetelniejsi startowali o świcie. Wkrótce zaczęło mu brakować funduszy na jedzenie, nie wspominając już o kasie na czynsz. Jedynym solidnym pracownikiem, który mógł wspomóc Marka w kryzysie, był Mietek. Jednak był on cholerykiem i często wpadał w furię, zwłaszcza gdy nie zwracano mu na czas pieniędzy. Dlatego też Marek coraz częściej przychodził do mnie z prośbą o poratowanie. Wspomagałem go małymi sumkami, które po dwóch tygodniach urosły do kwoty równej połowie miesięcznego czynszu. Z każdym dniem sytuacja Marka pogarszała się. Nie wstawał do pracy twierdząc, że i tak nikt go nie zatrudni. Smutki topił w kieliszku, zazwyczaj w towarzystwie Andrzeja, bo jak sam twierdził, stracił motywację do walki z bezrobociem.

Jak (nie)wiadomo, emigracja nie jest dla każdego

emigracjaWitam wszystkich emigrantów – zarówno tych narzekających, którym trudniej, jak i tych którzy potrafią się wtopić, jak kameleon, w każdą gałązkę..lub drzewo..

Uważam, że łatwość emigrowania sprawiła, iż wyjeżdżać zaczęli również ci, którym nie było to pisane.. To tak, jakby wszystkich tych co wyjechali, zapisać na balet (załóżmy, że staje się on modny). Nie trudno powiedzieć ilu sobie poradzi a ilu będzie narzekało, że rajtuzki za obcisłe, lub że piwka już nie można tak często się napić, itp. Wyślijmy więc wszystkich na szachy i zobaczmy ilu przyszłych Kasparowów z tego wyjdzie a ilu sobie nie poradzi..

Myślę, że emigracja jest właśnie dziedziną, jak balet czy szachy i tym samym nie jest dla każdego – stąd tylu narzekających i nieporadnych ‚niedopałków’ mamy.

Może, gdyby były jakieś wymagania stawiane przed wyjazdem (znajomość, języka, kultury i historii kraju do którego się jedzie, kultura osobista, cel i kilka innych), nasi emigranci byliby nieco inni, lepsi.. Takiego pokroju, jak autorka tego artykułu🙂 Aż miło się robi na sercu widząc ukierunkowaną osobę, która dociera do celu..niełatwą drogą..ale dociera.. I co ważne – jak czasem narzeka – to ma świadomość dlaczego..a nie robi tego dla samego narzekania..

Wszystkim emigrantom życzę wyznaczania i osiągania celów, bycia odważnymi kameleonami!