Darmowy e-Book anyone?

Nie rozumiem fenomenu Newslettera, Calling Centers, naganiaczy od Philipiaka czy innego tam Zeptera. A propos Newsletera, zastanawiam się czy pojawiający się on na wielu stronach i blogach jest czymś pozytywnym czy raczej negatywnym? Zastanawialiście się kiedyś jaki jest cel dopisania się do Newslettera? Czy faktycznie chodzi o to aby być na bieżąco z danym blogiem? Za dopisanie się do Newslettera blogerzy często dają coś w zamian, np. e-Booka. Często jest chyba dokładnie na odwrót, czyli: Dopisz się a ja Ci dam za to e-Booka; lub: Hej, tu jest dla Ciebie darmowy e-Book! Ściągnij go sobie! Ale…zanim to zrobisz, musisz się dopisać do Newslettera, ot taki malutki warunek. To tak jak na spotkaniu u Philipiaka mówią: Masz tu trzy super teflonowe i całkowicie darmowe patelnie! Ale… zanim je schowasz do torby, zapłać za czwartą.  Czy faktycznie otrzymujemy coś za darmo? Czy może ktoś nas robi, mniej lub bardziej świadomie, w bambuko? Niedawno wpadłem na ciekawego bloga, którego autor rozdawał swojego e-Booka bez żadnych warunków. Jedynie zasugerował, że jeśli książka się spodoba, można mu postawić w zamian e-Piwo, dokonując przelewu. W pełni dobrowolnie.

Idąc tym tropem, postanowiłem podzielić się swoim e-Bookiem, który można ściągnąć poniżej – zupełnie za free i bez żadnych warunków. Nie musisz ani stawiać e-Piwa ani wspominać, że ściągnąłeś/-aś książkę. Jedyne co możesz zrobić, jeśli Gość w Chicago Ci się spodobał, to ewentualnie podać go dalej (a jeśli się nie spodobał, napisz dlaczego). Bo jedyne na czym mi zależy to to, żeby e-Book trafił do jak największej liczby czytelników, a jego treść inspirowała do działania i pozytywnego myślenia.

Pobierz e-Booka tutaj

Czytaj dalej

Reklamy

Pięć bloków – czyli ile?

Kto pyta nie błądzi?      

blokZapadała noc, więc postanowiłem obrać azymut na miejsce mojego noclegu. Miałem adres, ale kompletnie nie orientowałem się w topografii miasta. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wzięcie taksówki, jednak mając zakodowane w głowie, że taksówki są bardzo drogie, postanowiłem skorzystać z metra. Sturlałem więc po schodach bagaż i zatrzymałem się przy maszynie z biletami. Jak tu się kupuje te bilety? Zaraz zobaczę jak robią to inni. Kucnąłem, że niby sobie buta zawiązuję i tak obserwuję, co inni tam majstrują. Po chwili, z biletem w ręku i uśmiechem na twarzy, przekroczyłem małą bramkę i dostałem się na platformę, gdzie miałem czekać na pociąg. Czekam tak jakąś chwilę. Podjeżdża pociąg, tyle że póki co, ten jadący w przeciwnym kierunku. Daje mi to do myślenia, czy aby na pewno jestem po dobrej stronie. Aby to sprawdzić pytam stojącego obok człowieka, pokazując mu mój docelowy adres. Ten się jakoś tak rozgadał, a przy tym dużo gestykulował, że ja ni w ząb go nie zrozumiałem, ale widzę, że on ciągle pokazuje jeden kierunek, a ściślej mówiąc ten z którego niedawno przyszedłem. Niby że wszystko zrozumiałem – uśmiechnąłem się do niego dziękując za jakże cenne wskazówki, po czym poszedłem w stronę maszyny, w której kilka minut wcześniej kupowałem bilet. A gdzie teraz? – myślę sobie, rozglądając się w każdym kierunku. Po chwili pytam kobietę w kasie, jak dostać się na ten oto adres, pokazując jej moja kartkę z bazgrołami. Pani wzięła plan metra do ręki i tłumaczy mi, że żaden z pociągów odjeżdżających z platform tuż za mną mnie tam nie zawiezie, ale zrobią to pociągi innej linii, do której muszę pójść tędy. Tłumaczyła mi spokojnie, pokazując równocześnie kierunek w którym powinienem się udać. Zanim jednak odszedłem pani dała mi moją karteluszkę, na której napisała nazwę stacji, na której powinienem wysiąść. Podziękowałem, zarzuciłem torbę na ramię i ruszyłem ku nowej stacji. Niedługo później wysiadałem już na moim docelowym przystanku, skąd do hostelu, jak mnie poinformował młody Amerykanin, było już bardzo blisko, bo tylko jakieś pięć bloków. A niech to będzie nawet pięć wieżowców – myślę sobie obliczając, że za dziesięć minut będę brał prysznic. Wyjeżdżam na powierzchnię zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze wyszedłem, bo wcześniej zauważyłem jeszcze inne wyjście.

new york skyline nightJak tu ciemno – myślę, szukając tych bloków czy też wieżowców. Rozglądam się w każdym kierunku, ale wszystko co widzę, to coś, co raczej przypomina trzypiętrowe kamienice. Intuicyjnie idę najpierw w prawo, lecz pomimo wnikliwych poszukiwań, minąwszy ósmy blok, nie dotarłem do hostelu i zwątpiłem w swoją intuicję. To może w lewo spróbuję? – pomyślałem, ale i tam po mym hostelu ni widu, ni słychu. Zacząłem wątpić w swoją wrodzoną orientację w terenie, co skłoniło mnie do kolejnej rozmowy z przechodniem. Wywijając mu mapą przed oczyma zapytałem o zakreślony kółeczkiem adres, mając nadzieję, że wskaże mi zupełnie inną trasę, co by oznaczało koniec moich wątpliwie przyjemnych wędrówek po nowojorskim przedmieściu. Cóż, nic bardziej mylnego, gdyż i on był święcie przekonany, że cel moich poszukiwań jest nie dalej niż w promieniu pięciu bloków. Siadam, więc skonsternowany na plecaku w oczekiwaniu na cud, a przynajmniej na cudny pomysł. Eureka! Podjadę taksówką! Po kilkunastominutowym żmudnym wypatrywaniu żółtej taryfy, bez wahania stwierdzam na głos:

– Co za zadupie!

web-right-way-arrowsNie pozostało mi więc nic innego, jak skonfrontować moje topograficzne doświadczenia z kolejnym mieszkańcem tej zapyziałej dzielnicy. Jakby się zmówili, bo i ten uparcie powtarzał: „…five blocks, five blocks…”, niczym przygłuchawa wieśniaczka z kultowego polskiego filmu „Kogel Mogel”, tłumacząca drogę słowami: „Grabowo, Grabowo!”. Korzystając z okazji, że zmierzał we wskazanym kierunku, chciałem mu udowodnić, że się myli. Gdy tak idąc liczyłem mu kolejno mijane bloki zauważyłem, że gość zaraz wybuchnie śmiechem. Z pewnością nie wiedział, jaki byłem zmęczony i że miałem szczerą chęć przywalić mu plecakiem. Rozmówca jednak cierpliwie wytłumaczył mi w czym tkwi problem. Otóż amerykańskie bloki różnią się od polskich. U nich jeden blok równa się jednej przecznicy, podczas gdy u nas oznacza on jeden budynek. Chciało mi się śmiać i płakać, bo do hostelu zostało mi cztery i pół przecznicy, czyli nie lada spacerek, a moja torba podróżna to stary model, który kółeczek nigdy nie widział. Długo po tym, jak dzień powiedział dobranoc, dotarłem do upragnionej noclegowni i jedyne o czym marzyłem to prysznic, po którym usnąłem jak dziecko.

Podziemne schronienie – czyli życie w tzw. bejsmencie

basementW Dzienniku Związkowym, polskiej gazecie wydawanej w Chicago, widniało sporo ogłoszeń pod hasłem ‘wynajmę’. Nie marnowałem więc czasu.

Telefon nr 1:

– Pokój owszem mam, koszt to 400$ za miesiąc i 400$ kaucji.

– Za drogi, do widzenia – zakończyłem rozmowę.

Telefon nr 2:

– Przykro mi, ale ogłoszenie nieaktualne!

– To może byście o tym prasę poinformowali? – miałem już na końcu języka.

Telefon nr 3:

– Dzień dobry. Pokój znajduje się w okolicy krzyżówki ulic Belmont i Milwaukee (dobrze mi już znanych). Pokój jest duży i ma balkon. Cena to 350$ za miesiąc.

– Byłbym nim zainteresowany. A kiedy mógłbym go obejrzeć?

– Oglądać można od następnego weekendu, a pokój będzie wolny od października.

Telefony nr 4, 5 i 6 – podobne historie.

W końcu telefon nr 7. W słuchawce słyszę krzykliwą kobietę, nerwowo informującą, że pokój jest wolny od zaraz i jeśli chcę, to mogę go sobie dzisiaj obejrzeć.

– Adres to 4332 North Kerington. Tylko niech pan przyjeżdża zaraz, bo potem muszę wyjść – dodała odrobinę spokojniej.

chicago-streets-at-nightNa mapie podaną ulicę odnalazłem bez większych problemów, jednak te zaczęły się trochę później, gdy wyszedłem na miasto, a wszystko przez to, że nie zdawałem sobie sprawy, jak długie potrafią być tutejsze ulice. Proszę, jak łatwo luka w wiedzy o chicagowskiej infrastrukturze potrafi się zemścić na człowieku. Zaczęło się od tego, że odnalazłem na mapie ulicę Kerington i zaraz potem odszukałem większą ulicę, bezpośrednio ją przecinającą, o nazwie Fullerton. Wszystko odniosłem do mojego obecnego położenia i pewny swego poszedłem zapytać, jak najłatwiej tam dojechać.

– Najpierw autobusem do Armitage, a później w górę następnym – tłumaczył mi jeden z przechodniów, jeżdżąc palcem po mapie.

Do celu dojechałem w przeciągu godziny. Pytanie, czy to aby na pewno było to miejsce? Wysiadam i już czysto formalnie pytam na przystanku chłopaka o numer 4332. Z niedowierzaniem słyszę, że to kawałek drogi i najlepiej dojechać tam autobusem. Nieporozumienie, koleś pewnie nie jest stąd – pomyślałem. Po chwili pytam starszego faceta, wyrzucającego śmieci do kontenera przed sklepem – mając nadzieję, że tutejszy, no i wiekowy, więc poinformowany też chyba lepiej – lecz niczego nowego się nie dowiaduję. Nie dając za wygraną wyciągam mapę i pokazuję memu rozmówcy, o jaką dokładnie ulicę mi chodzi, na co on się uśmiecha, odsłaniając swoje miodowego koloru zęby i pokazuje mi, że owa ulica (jak większość chicagowskich) przebiega przez całe miasto, toteż tu, gdzie się obecnie znajdujemy, jest numer 2400 North Kerington, a ja potrzebuję się dostać na numer 4332, czyli jakieś piętnaście minut jazdy miejską komunikacją. Za jego radą wsiadłem do odpowiedniego autobusu i pojechałem pod wskazany adres. Dzielnica była bardzo przyjemna. Kerington to ulica jednokierunkowa, z ciągnącymi się po obu jej stronach, równiutko poustawianymi rzędami domków jednorodzinnych, z pieczołowicie przystrzyżonymi trawnikami i nietuzinkowo wyglądającymi ogrodami, niczym z katalogu o architekturze krajobrazu. W końcu dochodzę do tego właściwego domu. Dzwonię, mimo że bramka jest otwarta. Po chwili słyszę znajomo brzmiący, krzykliwy głos starszej kobiety.

– Niech pan wchodzi! – powtórzyła kilka razy, w tej samej chwili wyłaniając się zza rogu domu.

– Dzień dobry. Dzwoniłem w sprawie pokoju – mówię kłaniając się staruszce, na co ona, że zaraz mi go pokaże.

– Andrzej! Andrzej! – wykrzykuje do stojącego ze dwa metry od nas mężczyzny.         Na męża za młody – myślę sobie – choć w Stanach to wszystko możliwe. Z drugiej strony, po co wołałaby do mnie ogrodnika?

– To jest Andrzej – przedstawia mężczyznę staruszka. – Andrzej jest jednym z lokatorów i zaraz pokaże ci pokój.

Wchodzę do basementu, czyli przerobionej na mieszkanie piwnicy, po drodze wysłuchując informacji o panujących tu zasadach lub raczej ich braku.

– Babcia z reguły śpi jak kamień, więc my se tu czasem jakieś piwko przy weekendzie walniemy, a poza tym, jak zauważyłeś, ona to do nas raczej nie wchodzi. Z końcem miesiąca woła tylko, by przynieść jej pieniądze za wynajem i tyle – mówił Andrzej. – Oprócz mnie mieszka tu jeszcze dwóch kolesi: Marek, który wpadł do Chicago na parę miesięcy, by trochę dorobić i weteran Mietek, siedzący w Stanach już osiemnaście lat. Tak na marginesie, od dziesięciu pracuje w kotłowni, podobno dobra fucha, tyle że wiąże się z robotą na nocki, przez co rzadko go widać, bo zazwyczaj za dnia tknie komara. Mieszkał z nami jeszcze Bogdan, ale niedawno się wyprowadził. Ponoć brakowało mu przestrzeni i narzekał, że tu mamy ciemno.

– Klaustrofobik? – wtrąciłem.

– Nie sądzę bo w kibelku to potrafił przesiadywać godzinami – odparł pół żartem pół serio. – Ale z Bogdanem przynajmniej mogłem mecze pooglądać. Dla mnie piłka nożna to kapitalny sport, ale niestety, Marek z Mietkiem wolą wałkować te same, odtwarzane z DVD, polskie komedie. Dlatego jak tylko puszczają w telewizji jakiś ważniejszy meczyk, to zmykam na górę do babci lub do baru – kontynuował Andrzej. – Mówię ci, jak jest. My tu jesteśmy szczerzy i nic nie ukrywamy.

W tym samym momencie pokazał mi stary pokój Bogdana, w którym obecnie pomieszkuje Marek.

– A ten pokój, tu po prawej, jest wolny. Może nie jest za duży, ale ma okno, no i wygodne łóżko. My płacimy po 300$, ale ty będziesz dawał 250$, bo pokój mniejszy – Andrzej nacisnął na klamkę ciężkich, drewnianych drzwi.

Faktycznie pokój był mały, ale jak słusznie zaznaczył współlokator, miał okno, a raczej okienko. Po prawej komoda, naprzeciwko której stała szeroka i niewysoka szafa. Pod oknem łóżko, a przy nim malutki, zielony dywanik, odrobinę kryjący mocno porysowany parkiet. Potem Andrzej dorzucił jeszcze kilka słów o kuchni i łazience, i to by było na tyle w temacie mieszkania.

– A ty gdzie robisz? – zapytał znienacka.

– Co, co? – spytałem, zapatrzony na ciąg butelek po wódce, poukładanych starannie, niczym kostki domina.

– No, czy masz robotę? Na budowie, w sklepie, na dachach? – dociekał.

– A nie…- zacząłem. – To jest dopiero mój drugi dzień w Chicago, a poza tym chyba na razie nie zamierzam szukać roboty – dokończyłem.

Andrzej się jeszcze trochę pokręcił, dodał, jak to sam kiedyś pracował na dachach na Florydzie, po czym stwierdził, że musi spadać, bo obiecał babci zreperować coś w ogródku. Wyszliśmy na zewnątrz.

– Pani Zosiu, chłop się decyduje i będzie do nas pasował jak ulał – zawołał Andrzej do staruszki.

– To dobrze, bo martwiłam się, że pokój Bogdana będzie stał pusty – odpowiedziała kobieta pytając, o której dziś się wprowadzę. – Mamy tu też taki stary rower i możesz go pożyczyć do przewiezienia bagaży – uprzejmie zaproponowała.

Odpowiedziałem, że nie trzeba i że wrócę dopiero jutro, bo mam już wykupioną drugą nockę w hotelu.

Nazajutrz wprowadziłem się, jak się później okazało, do małego domu wariatów. Z dnia na dzień coraz bardziej się o tym przekonywałem, a to głównie za sprawą Andrzeja i Marka. Kwestia częstego przebywania Andrzeja w ogródku pani Zosi szybko się wyjaśniła. Stracił on bowiem pracę i był załamany brakiem perspektyw. Jako że pani Zosia miała tu i ówdzie trochę klamotów, na których zreperowanie czy posegregowanie nigdy nie było czasu, Andrzej chętnie podjął się wyzwania i w zamian za dach nad głową, przez kilka następnych tygodni opiekował się podwórzem. Po kilku bibach z udziałem wódki, piwa i wina, podobna sytuacja przydarzyła się Markowi. Stracił on pracę, bo najzwyczajniej w świecie się w niej nie pojawiał, a że pani Zosia roboty w ogrodzie dla dwóch osób nie miała, wspólnie zdecydowali, że Marek będzie chodził codziennie pod ‘ścianę płaczu’. Oznaczało to wczesnoranne meldowanie się na stacji benzynowej przy słynnej krzyżówce ulic Belmont i Milwaukee, gdzie codziennie podjeżdżają właściciele firm budowlanych, potrzebujący rąk do pracy. Dostał pracę i wyglądało na to, że zacznie mu się lepiej powodzić. Codziennie wracał zmęczony, ale pełen wrażeń i pozytywnego nastawienia, wychwalając swojego nowego szefa. Sielanka nie trwała zbyt długo, bo zaledwie po tygodniu wszystko odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni.

– Pracowałem u tego palanta już ponad tydzień – zaczął Marek podniosłym głosem, po tym jak wrócił z pracy w piątkowe popołudnie. – Pracowałem rzetelnie i przez ten czas nie piłem z nadzieją, że utrzymam tę fuchę na dłużej. I co? Nie tylko pracy nie utrzymałem, to jeszcze gnojek powiedział, że mi nie zapłaci – zakończył zdesperowany Marek.

– Uspokój się. Zaraz naleje ci jednego i poczujesz się lepiej – zaproponował Andrzej otwierając lodówkę. – Ty, ale nie mamy popity. Walniesz bez? – dodał.

– Nalewaj i nie pieprz głupot! – powiedział Marek, po czym wypił dwa kieliszki czystej.

– Słuchaj brachu, wszystko będzie dobrze. Golnijmy jeszcze po jednym a ja zaraz skoczę po następną – zaproponował pocieszyciel bezrobotnego, dodając jeszcze, że tym razem sam ją sfinansuje.

– To kup jeszcze jakieś chrupki, czy coś – wykrzyknął Marek zanim ten zdążył wybiec do sklepu.

Jak widać, o pretekst do popijawy w naszej piwnicy nie było trudno.

Cafe-Lura-fot.-Robert-WachowiakMarek, zniechęcony sytuacją z niewypłacalnym pracodawcą, postanowił być ostrożniejszy. Pod ‘ścianę płaczu’ nie chodził już jak wcześniej, na siódmą rano, a na ósma lub dziewiątą. Wychodził z założenia, że odpowiednia dawka snu to podstawa, by dobrze rozpocząć dzień i dodawał, że po ósmej to i konkurencja mniejsza. Konkurencja może i mniejsza, ale i pracodawców jak na lekarstwo, bo rzetelniejsi startowali o świcie. Wkrótce zaczęło mu brakować funduszy na jedzenie, nie wspominając już o kasie na czynsz. Jedynym solidnym pracownikiem, który mógł wspomóc Marka w kryzysie, był Mietek. Jednak był on cholerykiem i często wpadał w furię, zwłaszcza gdy nie zwracano mu na czas pieniędzy. Dlatego też Marek coraz częściej przychodził do mnie z prośbą o poratowanie. Wspomagałem go małymi sumkami, które po dwóch tygodniach urosły do kwoty równej połowie miesięcznego czynszu. Z każdym dniem sytuacja Marka pogarszała się. Nie wstawał do pracy twierdząc, że i tak nikt go nie zatrudni. Smutki topił w kieliszku, zazwyczaj w towarzystwie Andrzeja, bo jak sam twierdził, stracił motywację do walki z bezrobociem.

Dziesięć Wigilii i sześć Sylwestrów

Chicago_christmasWszystkie Wigilie były szczególne i wyjątkowe. Było ich w sumie dziesięć. Tak, jest to możliwe, by spędzić dziesięć Wigilii w sześć lat.
Moja pierwsza Wigilia w Chicago, była pierwszą spędzoną poza domem, więc chyba dość ważnym było to, by dobrze wypadła. I chyba się udało. Odbywała się w domu, który wynajmowałem wraz z przemiłymi białostoczankami. Zaprosiły one wielu znajomych, którzy, podobnie jak ja, nie mieli tu rodzin. Tym też sposobem, przy stole wigilijnym, było nas trzynaścioro, w większości nielegalnych imigrantów. Oprócz Polaków było dwóch Czechów. Na stole opłatek, barszcz z uszkami, karp, ryba po grecku i kilka innych świątecznych potraw. W odpowiednim czasie pojawił się Święty Mikołaj z workiem pełnym prezentów. Było także śpiewanie kolęd. Ogólnie mówiąc – bardzo fajna i ciepła Wigilia. Negatywną stroną było to, iż pierwszego dnia świąt, gdy wszyscy sobie słodko spali, ja musiałem niestety wstać do pracy, jako że pracowałem wówczas w tureckiej restauracji. Mnóstwo Amerykanów lubi w tym dniu pójść z najbliższymi do restauracji, tak więc musiał być tam też ktoś, kto jedzenie im zaserwuje.
ny_firewPierwszego Sylwestra najpierw spędzałem w pracy, potem w sąsiednim barze w gronie moich kolegów Turków, po czym pojechaliśmy do centrum na pokaz sztucznych ogni o północy. Wystrzały petard oglądaliśmy z autostrady Lake Shore Drive, na której utknęliśmy w korku. Fajnie jednak było wysiąść z auta i na środku szerokiej ulicy składać innym podróżnym życzenia, popijając przy tym szampana z butelki.
Swoją drugą Wigilię spędziłem w gronie bliskich przyjaciół z Meksyku. Była to niewielka rodzinka imigrantów, która osiadła na chicagowskiej ziemi. Punktualnie o dziewiętnastej stawiłem się na miejsce, z własnoręcznie zakupionym barszczem z uszkami. Jednak przestrzegając meksykańskiej tradycji, z wigilijną ucztą musieliśmy poczekać do północy. I choć pora była późna, nikomu spać się nie chciało. Efektem tej wizyty był krótki ‘zauroczeniowy’ epizod, związany z moją równolatką Brendą, który po niespełna miesiącu okazał się niepowodzeniem. Nie zmieniło to jednak faktu, że byliśmy dobrymi przyjaciółmi a ja częstym bywalcem w ich przytulnym, mieszkanku.
Potem zdarzały się lata z trzema wieczorami wigilijnymi w jednym. Nie sposób było nie spotkać się z rodzinami zaprzyjaźnionych Polaków, Meksykanów czy Kolumbijczyków. Jak tu odmówić zaproszenia na Wigilię?
resolutionsSzczególnie utkwiła mi w pamięci jedna z sylwestrowych nocy. Siedzieliśmy w pięć osób w niedużym pokoju hotelowym w Wisconsin Dells, tej samej mieścince, do której w 2003 roku wybrałem się z innymi znajomymi na pamiętny, wcześniej opisany weekend. Tym razem była zima, a my spędzaliśmy tu Sylwestra, którego połączyliśmy z jazdą na nartach. Popijając gorącą herbatkę, zmęczeni po całym dniu spędzonym na stoku, siedzieliśmy i gawędziliśmy sobie o błahostkach, a trochę o sprawach bardziej poważnych. Do takiej właśnie jednej poważniejszej dyskusji, jak się później okazało – dla mnie kluczowej, zaprowadziła nas propozycja Piotrka, która brzmiała:
– Przeanalizujmy kończący się właśnie rok.
– Czyli? – ktoś poprosił o wyjaśnienie.
– Chodzi o to, by każdy powiedział, jak spędził ostatnie dwanaście miesięcy, co zrobił, a czego nie, z czego jest zadowolony a czego żałuje – objaśniał Piotrek oferując, że chętnie będzie pierwszy, by dać nam przykład dla lepszego zrozumienia, o co mu dokładnie chodzi. – Tak więc zacznę od rzeczy pozytywnych – oznajmił. – Pierwszym i najważniejszym dla mnie wydarzeniem w tym roku był ślub z Martą – rozkręcał się Piotrek. – Oczywiście zadowolony jestem z naszej podróży poślubnej na Hawaje i z tego, że po powrocie zmieniłem pracę na ciekawszą i lepiej płatną. Poza tym zrobiłem kurs fotograficzny i udało mi się zaoszczędzić na nowy aparat. No i przeprowadziliśmy się z Martą ‘na swoje’.
Potem Marta przejęła pałeczkę, mówiąc o swej pracy w przedszkolu, kursie gastronomicznym i kilku jeszcze innych osiągnięciach. Potem przemówił Adam i jego żona – wspomnieli o wakacjach w Meksyku, wypadzie do Arizony i zwiedzeniu kilku parków narodowych; była też wymiana samochodu i lekcje jogi. Po nich przyszedł czas na mnie i tak jak moim poprzednikom wypowiedź średnio zajmowała kilka minut, tak ja uwinąłem się w niecałe pół.
– Chodzę do szkoły, ale już od kilku lat, więc nie mogę tego raczej zaliczyć do osiągnięć mijającego roku. Pracę mam też tą samą od lat dwóch. Poza tym tańczę trochę salsę i pogrywam w piłkę. Taka rutyna. A co do podróży, to jakoś ostatnio było ich brak, gdyż w wakacje chodziłem do szkoły, a i w pracy niechętni byli z dawaniem urlopów.
Kiedy skończyliśmy z mijającym rokiem, Piotrek zaproponował rozmowę o planach na przyszły rok:
– W takim razie przejdźmy do rundy numer dwa, w której będziemy mówili o rzeczach, jakie planujemy wykonać w nadchodzącym roku. No wiecie, naszych noworocznych postanowieniach.
Znów, po jakże treściwych i ciekawych wywodach moich poprzedników, zabrałem głos jako ostatni.
– Mógłbym powtórzyć to, co przed chwilą wy powiedzieliście, gdyż mówimy tu o mniej lub bardziej realnych planach i marzeniach – zacząłem. – Jak pokazało mi własne doświadczenie, jest bardzo łatwo coś powiedzieć, ale trudniej jest to później wykonać. Znam wielu tak zwanych ‘talkers’, czyli ludzi, którzy dużo gadają, a mało robią – kontynuowałem lekko podirytowany faktem, że inni osiągnęli tak wiele i mieli tyle planów. – Nie chciałbym należeć do tych ‘talkers’. Znam wielu, którym się udaje, ale ta grupa ludzi nie potrzebuje noworocznych postanowień, gdyż oni zaczynają coś nowego, nie czekając na styczeń. W tym roku nie będę rzucał słów na wiatr – zakończyłem swą wypowiedź dodając jeszcze, że w związku z tym nie będzie żadnych postanowień z mojej strony.
Na tym skończyła się nasza dyskusja o noworocznych postanowieniach i zaczęliśmy powoli zbierać się na wieczorny posiłek w pobliskiej pizzerii. Czekając na jedzenie, wszyscy się jakoś rozgadali, więc i ja postanowiłem zagadać do Piotrka.
– Ciągle myślę o tym, co mi powiedziałeś wcześniej – zacząłem. – Zastanawia mnie, że gdy nawet chciałbym coś zmienić, to przecież nie mogę. Weźmy pracę, w której tkwię od ponad dwóch lat. Oprócz tego, że wspiąłem się na dosyć dobre stanowisko, to pracuję teraz mniej niż wcześniej, zarabiając więcej. A do tego wiem, kiedy mogę się poobijać, czy posiedzieć przy kawie lub poszukać nowości w necie; tak więc jest i wygoda – dodałem, na co Piotrek odpowiedział, że to właśnie ta wygoda mnie blokuje, a szefowie podnosząc stawkę wypłaty dbają, by mi nawet temat zmiany pracy nie przyszedł do głowy. Dodał, że tkwię w systemie, który mnie blokuje i ogranicza.
– Ale szefowie idą mi na rękę – zaprotestowałem. – Pamiętam, jak zaczynałem tam pracować i często musiałem siedzieć w firmie od siódmej rano do siódmej wieczorem. Potem, kiedy rozpocząłem koledż, pozwolili mi wychodzić koło piątej, bym zdążył do szkoły.
Piotr wtrącił zdziwiony:
– Pracowałeś dwanaście godzin dziennie a jak ci skrócili czas pracy do dziesięciu to twierdzisz, że poszli ci na rękę? A nadgodziny ci chociaż płacą?
– No nie – odpowiedziałem.
– A poza tym, z tego co mówiłeś, mają jeszcze problem z dawaniem urlopów – dodał Piotrek. – Myślę, że powinieneś się zastanowić, czy chcesz się tam kisić tyle godzin dziennie. Nie czujesz, że cię coś omija?
– Masz rację! – wykrzyknąłem. – A poza tym to teraz muszę sam płacić za koledż, bo przez to, że musiałem zostawać dłużej w pracy, spóźniałem się do szkoły. Jedna z moich nauczycielek, pani Johanson, miała własny system oceniania. Sumując spóźnienia brutalnie obniżała stopnie. W efekcie spadła mi średnia ocen i utraciłem stypendium
– To cię załatwiła – stwierdził Piotrek. – Ale czekaj, czekaj. Ty nie z własnej woli spóźniałeś się na jej lekcje, tak? – zapytał Piotrek, po czym sam sobie odpowiedział, że niedocieranie na zajęcia było spowodowane tym, iż musiałem zostawać dłużej w pracy. – Czyli ci twoi szefowie niby zredukowali ci godziny pracy, po czym dawali ci więcej pracy, byś się nie wyrabiał? – zapytał retorycznie.
– Rezygnuję z tej cholernej pracy, z której i tak nikt nie jest zadowolony i która zabiera mi mój cenny czas! – padła z mojej strony mocna deklaracja. – Jeśli mam wprowadzić choćby jedną zmianę w nadchodzącym roku, będzie nią rzucenie tej roboty!
Piotrek spoglądał na mnie, trochę z niedowierzaniem, trochę z uśmiechem, jakby chciał mnie zapewnić, że wszystko się dobrze ułoży.

prezentZdrowia, szczęścia, zmian, prezentów, uśmiechu, miłości i spełniania marzeń..

~Gość w Chicago~

Rok po premierze Gościa

Dokładnie rok temu (29 lipca 2013) wydawnictwo WFW wydało niejakiego Gościa w Chicago.. Książka trafiła do pierwszych recenzentów – blogowych moli książkowych.. Znaleźli się też pierwsi nabywcy (oczywiście nie licząc rodziny i przyjaciół:-)).. Również patroni medialni.. W międzyczasie pojawił się audiobook a następnie ebook.. Był też wieczorek autorski i Letnia Czytelnia..Kilka słów do kamery czy radiowego mikrofonu.. Niektórzy brali Gościa w podróż..np. do Paryża lub Chicago.. Inni pili z Gościem Guinnessa.. Pewnie byli też tacy, którzy zalali go kawą, wysmarowali czekoladą lub wysypali na niego chrupki.. Ale najważniejsze dla Gościa było to, że po niego sięgnęliście i poświęciliście kilka chwil (lub nawet zarwaliście nockę) by zapoznać się z dziejami Kamiennogórzanina…

Jeszcze raz Wam wszystkim dziękuję i zapraszam na torta!! To dzięki Wam i dla Was Gość obchodzi dziś swe pierwsze urodziny 🙂

Pamiętajcie też, że ciekawymi historiami należy się dzielić, podawać dalej z nadzieję, że zainspirują innych…

~Karol Stefański~

rocznica gościa

Łatwo jest „być w zmianie” ale czy łatwo w nią wejść?

heraklitZgadzam się z powiedzeniem, że ‘jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana’ (Heraklit z Efezu). Każdego dnia (a nawet nocy) świadomie lub nieświadomie przechodzimy przez wiele zmian. Czasem jednak nasza świadomość wszystko nieco nam komplikuje gdy zauważa na swej drodze potencjalną zmianę. Podpowiada, byśmy dokładnie całość przeanalizowali i odpowiedzieli sobie na jakże ważne pytanie – Czy ja mam wystarczająco umiejętności aby ‘wejść w tę zmianę?

Nic bardziej błędnego! Powyższe pytanie (w większości przypadków) nas zastopuje przed podjęciem kroków ku zmianie. Bo przecież nie znam wystarczająco języka, bo nie mam skończonych dwóch kierunków czy nie potrafię negocjować.. Znacie to skądś? Lub powiedzenie – Musiałbym być szalony, żeby… Czasami jednak trzeba być szalonym.

Ostatnio rozmawiałem ze znajomym o mojej 6-letniej, pełnej zmian tułaczce po Stanach Zjednoczonych. Opowiadałem jak to wielokrotnie i regularnie zmieniałem pracę, otoczenie, mieszkanie, nawyki czy zainteresowania. Jak z dnia na dzień, nie znając języka angielskiego, zostałem pomocnikiem kelnera w samym centrum ‘gastronomicznego’ Chicago, gdzie musiałem radzić sobie z podstawowymi problemami komunikacyjnymi jak i zawodowymi.

Gdy niespełna rok później zostałem (znów z dnia na dzień i bez żadnego przygotowania) pracownikiem ogromnego sklepu z podłogami, doznałem kolejnego szoku. W pierwszym dniu szkolenia dano mi taką dawkę informacji na temat rodzajów drewna, lakierów czy bejc (po angielsku oczywiście), że nie byłem w stanie tego w żaden sposób ogarnąć. Aby urozmaicić mi kolejny dzień, inch in cmwłaściciele sklepu zaczęli do mnie coś mówić o stopach, łokciach i innych częściach cała. Nie była to bynajmniej lekcja anatomii a omówienie amerykańskiego systemu miar. Patrzyłem więc na mojego ‘nauczyciela’, który pokazał mi ze dwadzieścia różnych deseczek mówiąc, że ta to jest 3/4 a tamta 5/8. Że to jest brazylijska wiśnia a to amerykańska czereśnia. Że to jest miękkie drewno a to twarde. Że to przyjmuje bejce a to nie. Jedyne co wtedy potrafiłem rozpoznać to to, że jedno było drewnem solidnym a drugie tzw. panelem, czyli składające się z kilku warstw i tym samym mniej wytrzymałym. Cała reszta wychodząca z ust szkoleniowca była dla mnie niezrozumiałym bełkotem. Byłem jednak na tyle dzielny (i zainteresowany tematem), że trzeciego dnia, z uśmiechem na twarzy, wróciłem na kolejne wykłady i prezentacje. Mój przełożony zauważył, że nadmiar informacji w krótkim czasie mi nie służy, toteż zaproponował bym po prostu obserwował i przysłuchiwał się każdej jego ‘transakcji’ z klientem. Tak też uczyniłem. Powoli zacząłem dostrzegać powtarzające się schematy, jak np. że większość klientów wybierała niewykończony dąb czerwony o grubości deski 3/4 cala i szerokości 2 i 1/4 . Potem doszły szersze i te z innego drewna. Następnie bejca, lakiery, progi, papiery ścierne, uszczelniacze i cały arsenał innych ‘gadżetów’ podłogowych. Po kilku miesiącach czułem się jak ryba w wodzie zarówno ‘na sklepie’ jak i na magazynie. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze obsługa programów komputerowych do sprzedaży, obsługa płatności nie tyle gotówką co czekami i kartami kredytowymi, czy na wewnętrzny kredyt, co też było dla mnie nowością. Oby tego było mało, czeki należało sprawdzać telefonicznie z instytucjami windykacyjnymi. A przy tym wszystkim jeszcze na okrągło dzwonił telefon sam w sobie.

W sklepie z podłogami nabyłem wiedzy nie tylko z dziedziny drewna ale również obsługi klienta i wielofunkcyjności (część mnie była za ladą, część w magazynie, część ładowała lub rozładowywała ciężarówkę, część robiła dowózkę, inna część latała z mopem, jeszcze inna odrabiała szkolne zadanie domowe i odbierała pięć telefonów na raz).

Ballet shoesGdy tak opowiadałem o powyższych, jak i wielu innych przykładach (zamieszkanie z Kolumbijczykami, podróż na Alaskę, studia w szkole baletowej czy nauka hiszpańskiego po angielsku w koledżu), mój znajomy zapytał jaki miałem przepis na wdrażanie tych wszystkich zmian. I tu nastąpiło lekkie zaskoczenie, tudzież może nawet rozczarowanie mojego rozmówcy, który chyba spodziewał się bardziej skomplikowanego przepisu. A mój przepis był (i jest) bardzo prosty, wręcz banalny (ale taki chyba powinien być?). Ja się w tych wszystkich sytuacjach znalazłem (czasem ze swojej woli a czasem zostałem popchnięty przez innych) , co ważne – bez wcześniejszego zastanawiania czy podołam czy nie (choć chyba podświadomie wiedziałem, że dam radę). A jak już byłem na głębokiej wodzie (tkwiłem w zmianie) to robiłem wszystko by (wy)pływać jak najdalej od brzegu.

Teraz jak patrzę na to z perspektywy czasu, to wydaje mi się, że jakbym przed każdą zmianą kalkulował czy dam radę i czy w ogóle mam wystarczające umiejętności by ‘wypłynąć na głębokie morze’, jestem pewien, że bym nawet nie spróbował, nie ‘wszedł w zmianę’. Bo przecież nie miałem nawet podstawowych umiejętności i wiedzy z dziedzin, w które wchodziłem.

Postępowałem chyba trochę jak dziecko, które nie ma hamującego go bagażu złych doświadczeń (porażek). Ale tak właśnie należy postępować. W innym wypadku jest wielce prawdopodobne, że w kalkulacjach i analizie ‘za’ i ‘przeciw’, znajdziemy więcej tych drugich.

Tak więc zachęcam wszystkich do spalenia swoich statków przed wejściem na wyspę, którą chcecie zdobyć. Zachęcam do wiary w siebie i w to, że jesteśmy w stanie nauczyć się takich rzeczy, o których nam się nawet nie śniło.. Do dzieła!

burn the boats

podWieczorek z Autorem Gościa już 11-go Maja w Krośnie!

Mieszkańców ziemi krośnieńskiej i okolic serdecznie zapraszam na Spotkanie z cyklu „Pozytywnie Zakręceni z Wielkim Sercem”

Podwieczorek z autorem książki ‘Gość w Chicago’

Gdzie: klubokawiarnia Ferment, Krosno
Kiedy: 11 maj (niedziela) 2014, godz. 14:00

Gość w Chicago podWieczorek Krosno

link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/454897954656192/