Fragmenty

WSTĘP

Pay_Phone

– Halo? Tomek? – powiedziałem do słuchawki.
Tomek był współlokatorem Filipa i w czasie jego nieobecności zarządzał mieszkaniem. Filip dał mi numer do Tomka, ustaliwszy z nim wcześniej kwestię mojego pobytu.
– Cześć Tomek, tu Karol! Jestem już w Chicago! Na lotnisku.
– Gdzie jesteś? – usłyszałem przytłumiony głos w słuchawce.
– Na lotnisku! Jak się mają sprawy? – szybko zapytałem.
– Zależy jakie sprawy – odpowiedział Tomek sugerując, bym zadzwonił do niego za kwadrans, bo jest w tej chwili zajęty. Nie wiedzieć czemu wyczuwałem, że coś jest nie tak. Po krótkiej przerwie zadzwoniłem ponownie.
– Masz coś do pisania? – zapytał głos w słuchawce.
– Mam, a co? Nie możesz po mnie wyjechać? Mam dojechać sam? – zasypałem go pytaniami.
– Nie, nie – odpowiedział dodając, że poda mi numer do Artura. – Może Artur będzie w stanie ci… – Tomek nagle przerwał. – Słuchaj, sprawa przedstawia się następująco… Jakby ci to powiedzieć? – mamrotał.
– Wal prosto z mostu – mówię mu myśląc, że przecież w najgorszym wypadku mogę podjechać sam albo poczekać dłużej na lotnisku.
– Słuchaj – kontynuował Tomek. – mamy mały problem. Ty już jesteś w Chicago?
– No nie da się ukryć – przytaknąłem.
– A my tu właśnie mamy na mieszkaniu taką dosyć niespotykaną sytuację. Obecnie są u nas dwie osoby, stare znajome. Niedawno przyleciały i okazało się, że zostaną na dłużej. Tak więc, innymi słowy, nie bardzo miałbyś gdzie spać. Ale jak byś przyjechał dwa tygodnie wcześniej lub później, to wszystko pasowałoby idealnie. Mamy materace, no i tych dwóch osób też by nie było, więc spokojnie byśmy się pomieścili – jednym tchem wyrecytował Tomek, a mnie to jakoś dziwnie zapowietrzyło. – Podam ci więc numer do Artura; może on będzie w stanie ci pomóc.
Zaraz po tym, jak go zanotowałem, Tomek odłożył słuchawkę. Pomimo rozczarowania i fizycznego roztrzęsienia, nie chcąc tkwić w niepewności ani chwili dłużej, postanowiłem bezzwłocznie zadzwonić do Artura. Nasza rozmowa była krótka, a jej skutek jeszcze bardziej pogrążył mnie w bezradności. A miało być tak pięknie – pomyślałem. Miałem spędzić swoje pierwsze dwa tygodnie w gronie osób, które zadeklarowały pomoc w znalezieniu pracy, szkoły, wyrobieniu dowodu osobistego i prawa jazdy. Doskonale też znali Chicago, co miało mi bardzo pomóc w szybkim zaaklimatyzowaniu. I tak mój bajecznie wyglądający początek pobytu w Chicago w przeciągu kilku minut stał się, delikatnie mówiąc, do bani. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że nie opłaca się zbytnio niczego planować, bo plany, z reguły, nie wypalają, więc zdecydowanie lepiej jest działać spontanicznie. Jednak w momencie, gdy mój plan nagle runął w gruzach, nie bardzo miałem ochotę na jakiekolwiek, a zwłaszcza spontaniczne działanie. Ale czy miałem jakieś inne wyjście? Otóż miałem, nawet kilka.
Ale zanim o nich opowiem, wróćmy do samego początku, bo przed wylądowaniem w Chicago, odwiedziłem jeszcze Nowy Jork, Alaskę i Kanadę, w których sporo się wydarzyło. Obym jednak za dużo na wstępie nie zdradził, zacznijmy chronologicznie.

 welcome to alaska

Witamy w Juneau

Tuż po dwunastej miałem samolot do Juneau, z przesiadką w Seattle. W sumie leciałem jakieś osiem godzin, czyli byłem na miejscu przed godziną siedemnastą, a to dlatego, iż przekraczając kolejne strefy czasowe należało odjąć cztery godziny. Jeszcze przed opuszczeniem lotniska w Juneau poczułem, że jestem na Alasce, a to za sprawą znajdującego się na nim mini muzeum, gdzie zobaczyć można m.in. wypchane postacie Eskimosów, niedźwiedzie i inne futrzaki.

Po odebraniu swoich tobołków ruszyłem na zewnątrz, gdzie miałem nadzieję znaleźć jakiś środek transportu lądowego, który zabrałby mnie do znajdującego się po drugiej stronie miasta portu, skąd odpływał prom do Skagway – mojego docelowego miasteczka. Okazało się, że autobus jest, ale dopiero co odjechał, zaś kolejny będzie za minut pięćdziesiąt i jadąc nim nie zdążę na prom, który odpływał o godzinie osiemnastej. Nie wiedzieć też czemu nie było widać taksówek, a żeby iść na nogach, to też za daleko, bo jakieś osiem mil czyli dobrze ponad dziesięć kilometrów. Może jest jakiś samolot – natchnęła mnie nowa myśl, po czym szybko wróciłem do terminalu. Zerkam na rozkład i okazuje się, że tego dnia są jeszcze dwa samoloty do Skagway. Pytam o cenę biletu no i w porównaniu do ceny promu w wysokości trzydziestu dolarów samolot to wydatek o pięćdziesiąt dolarów większy. Nie tanio – myślę sobie, szczególnie, że wszystkiego co miałem, to było niespełna trzysta dolarów, a przecież nie wiadomo kiedy jakaś pierwsza wypłata będzie. Z drugiej strony raczej nie miałem wyjścia, bo na prom z pewnością nie zdążę, a kolejny jest jutro w południe. Postanowiłem lecieć samolotem, a tam, w Skagway, będę się martwił, jak przeżyć do pierwszej wypłaty. Podchodzę do stanowiska z biletami, wyciągam pieniądze, odliczam należytą kwotę i mówię, że chcę jeden bilecik na ten pierwszy lot. Pani dziwnie na mnie patrzy, coś przy tym mówiąc, ale biletu mi nie daje. Może mnie nie zrozumiała lub pyta się, o który mi lot chodzi, więc na wszelki wypadek dodaję, że chodzi mi o ten o 18:15. Pani znów mi coś tam tłumaczy, ale wszystko, co jestem w stanie zrozumieć, to jej kiwanie głową raz w lewo, raz w prawo. Nie daję za wygraną i szybko pytam o ten drugi lot, o 20:15, ale orientuję się, że gest wykonywany jej głową pozostaje taki sam i z pewnością nie działa na moją korzyść. Zanim jednak odchodzę, pani od biletów sama zaczyna zadawać mi jakieś pytania, czy nie zechciałbym biletu, ale na jutrzejszy lot. A ja że nie, dziękuję i kieruję się znów na zewnątrz, gdzie mam nadzieję zobaczyć jakikolwiek pojazd z napisem „Do portu”. Na zewnątrz jednak pustki.

– Za niespełna godzinkę mam ostatni prom i muszę na niego zdążyć – mruczę sobie pod nosem. – Ale jak? Jak? Jak??? – Na co sobie szybko odpowiadam – No jak to jak? Na stopa!

Chwilę później stałem już na poboczu jednej z ulic z bananikiem na twarzy i kciukiem skierowanym ku niebu. Kilku pierwszych kierowców przejeżdżając odwzajemniło moje gesty, co wskazywało na to, że przynajmniej mnie zauważali. Ale mi zależało na czymś więcej. Na szczęście kierowcy nie dali się długo prosić, bo już po jakichś piętnastu minutach siedziałem wygodnie w pojeździe typu mini van, wraz z przesympatycznym amerykańskim małżeństwem. Podwieźli mnie pod samiutki prom, za co byłem im niezwykle wdzięczny, gdyż dzięki nim zdążyłem na rejs. Ale zanim się rozstaliśmy – to było śmiesznie – zacząłem im się kłaniać i po stokroć dziękować za podwózkę, na co oni za każdym razem odpowiadali: „Welcome!”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Witamy!”. Ale oni są sympatyczni, że tak mnie witają – pomyślałem idąc już w stronę promu. Niby łatwo zauważyć, że ja nietutejszy i może dlatego tak mówili, bym się tu, na Alasce, miło poczuł. W Nowym Jorku nikt mnie tak nie witał – pomyślałem. – To musi być coś w tych tutejszych ludziach z Alaski, że oni pewnie są jacyś milsi – kontynuowałem monolog w swej głowie. Później często opowiadałem o tym wydarzeniu swym znajomym, jak to mnie witali ludzie na alaskańskiej ziemi mówiąc ‘Welcome!’. Pewnego razu kolega Kris zapytał mnie o szczegóły i gdy powiedziałem, jak było, to Kris zaczął się śmiać. Zastanawiając się o co mu chodzi, pytam:

– Kris, coś ci się przypomniało, że tak się zacząłeś śmiać? – a on na to, że to nieporozumienie, bo źle ich zrozumiałem.

I teraz Krisa, śmiejącego się i próbującego coś w przerwach od śmiechu mówić, by znów zamienić to w głośny rechot, w ogóle nie rozumiałem. W końcu mój rozbawiony rozmówca uspokoił się i można było dalej toczyć naszą konwersację, jednak na pytanie czemu się tak przed chwilą śmiał, on znów, jak zaprogramowany, wpadł w stan śmiechowy.

– Masz u mnie piwo! – wykrzyknął w końcu dodając, że nawet by nie pomyślał, żeby ktoś mógł w ten sposób to zrozumieć.

– Co zrozumieć? – próbowałem się dowiedzieć, na co Kris w końcu wyjaśnił powód swojego dobrego nastroju.

– Słuchaj – zaczął Kris. – To całe twoje ‘welcome’, które ci ludzie wtedy mówili, to ma inne znaczenie.

– To znaczy? – zapytałem.

– No więc w języku angielskim jest wiele podobnych słów czy fraz, które mają kompletnie różne znaczenie i tak właśnie jest w przypadku tego twojego ‘welcome’.

– To jakie jest to właściwe znaczenie? – szybko zapytałem.

– No więc jest tak. Samo ‘welcome’ znaczy witaj/witamy, np. w naszym kraju – tak jak ty to zrozumiałeś. Natomiast fraza ‘You’re Welcome’, bardzo podobna w wymowie do samego ‘welcome’, ma kompletnie inne znaczenie, a mianowicie jest odpowiedzią na ‘dziękuję’ – po polsku znaczyłoby to ‘proszę’ – zakończył swą wypowiedź Kris, po czym zaczęliśmy się obaj śmiać i długo nie mogliśmy przestać. A ja nauczyłem się przy okazji nowej angielskiej frazy.

Od tamtej pory jakoś często słyszałem ludzi używających frazy ’You’re Welcome’, czy to w barze, kawiarni, sklepie czy na ulicy i gdyby nie sprostowanie Krisa, to nadal bym myślał, że się wzajemnie witają.

Wow

ferryBiletu na prom do Skagway na szczęście nie trzeba było wcześniej rezerwować (w przeciwieństwie do biletu na samolot), toteż sympatyczna ekspedientka sprzedała mi wejściówkę na statek, którym miałem płynąć przez kolejne sześć i pół godziny. Nie chciało mi się siedzieć, więc pokręciłem się tu i ówdzie, po czym znalazłem się w promowym barze gdzie zamówiłem dużą kanapkę, kawę i parę owoców. Po posiłku postanowiłem pójść na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wylądowałem na górnym pokładzie, gdzie wyłożyłem się jak długi na wygodnym leżaczku, zażywając słonecznej witaminy D. Po chwili zjawiło się tu sporo ludzi i tak trzaskali leżakami, że nie można było spokojnie poleżeć. Jako że wszyscy rozkrzyczani goście układali się po prawej stronie pokładu, ja przeniosłem swój leżak na lewą, skąd patrzyłem, jak oni się tam po drugiej stronie gnieżdżą. Co chwilę pojawiali się kolejni ludzie i jakby byli przyciągani magnesem – mknęli od razu na prawo. A ja sobie tu poleżę i nie będę lazł tam gdzie wszyscy, jakby nie wiadomo co tam dawali – pomyślałem sobie zamykając oczy. Słońce jednak po chwili zniknęło. Ale ludzi zamiast ubywać zaczęło przybywać. I ci nowi również kumulowali się przy prawej burcie. Jak tak
dalej pójdzie – pomyślałem – to statek się przechyli i mój leżak tam do nich zjedzie, a ja razem z nim. Nie chciało mi się jednak wstawać, więc postanowiłem znów zmrużyć oczy i spróbować usnąć. Czy mi się udało? Usnąć – nie, ale usłyszeć, a po chwili i ujrzeć kolejnych głośno zachowujących się turystów i owszem; kolejna tura miała już przygotowane aparaty, tudzież kamery. Co oni tam takiego widzą, czego ja nie widzę, że cały ten ich gwar zamienia się w wypowiadanie na zmianę lub też równocześnie, jednego słowa: „Wow!”. Niedźwiedź jakiś, czy foka im się ukazała? – zastanawiam się co mogą tak tam podziwiać. Postanowiłem zebrać siły, by wstać i dołączyć do owej, dość już sporej grupy ludzi przy prawej burcie. Ledwo wstałem i pierwsze słowo, które niby sam do siebie, a jednak na głos wypowiedziałem, brzmiało: „Wow!”. To co ujrzałem, nie było foką, ani wielorybem. Nie było też niedźwiedziem polarnym, choć kolorem mogło go przypominać. Ale chwila, przecież to nie jest tylko biały kolor – zauważyłem wytężając wzrok. Wyglądem przypominało stok narciarski z zakrętem w lewo. Ogromna masa lodowa, mieniąca się paletą barw od czystej bieli przez błękit i różne odcienie brązu. „Wow!” – powtórzyłem. To jest przecież lodowiec! Jaki piękny! Jaki duży! – nie mogłem się napatrzyć. Przez kolejne pół godziny byłem przekonany, że był to jeden z najpiękniejszych widoków, jaki kiedykolwiek widziałem. Wszystko się jednak zmieniło, gdy dopływaliśmy do zatoki Bernersa, w której ujrzałem na własne oczy jeszcze większy lodowiec, ogromny w porównaniu do poprzedniego, którego oderwane kawałki pływały po wodzie. Poczułem wtedy, że jestem na Alasce i wiedziałem, że uczucie to będzie mi towarzyszyć podczas mojego pobytu w tym jakże pięknym zakątku świata przez następne trzy miesiące.glacier
Powoli robiło się chłodno, a i widoki już nie zaskakiwały niczym podobnym do poprzednich, więc postanowiłem zwijać się do środka. Klapnąłem sobie na jednej z ławek, gdzieś na tyłach promu. Powoli zamykam oczy i czuję, że ktoś mnie budzi. Otwieram je, cały czas nie wiedząc, czy to jawa, czy sen, i widzę stojącą przede mną postać – coś na wzór kapitana statku. Ma ładny niebieski mundur i granatową czapkę. Ale dlaczego on mnie budzi? Nie widzi, że próbuję usnąć? – pomyślałem niezbyt się tym wszystkim przejmując i dochodząc do wniosku, że śnię. Dziwne też okazuje się to, iż inne ławki, które wcześniej były okupowane przez innych turystów, teraz są puste. Ów kapitan znów mną potrząsa i tym razem przemawia. Widzę jego twarz i słyszę, że coś mówi ale jakoś nic do mnie nie dociera, no może za wyjątkiem jednego słowa – Skagway. A Skagway to mieścinka, do której płyniemy. A propos, czy my właściwie płyniemy czy stoimy? – myślę sobie. Może i stoimy. Pewnie znów jakiś lodowiec, a ludzie, którzy wcześniej siedzieli tu na ławkach, poszli znów
pstrykać fotki. Nagle nachodzi mnie myśl – czyżbyśmy już dopłynęli? Pytam kapitana, czy już jesteśmy w Skagway, a on z deko ironicznym uśmiechem odpowiada, że i owszem, jesteśmy, że czas na wysiadkę. No to idę – myślę sobie biorąc bagaże. Jak się okazuje, opuszczam pokład jako ostatni, nie licząc załogi i pana kapitana, który gdzieś się za mną kręci i coś sprawdza. Przy westmarkprzystani czeka bus – taksówka, której kierowca oferuje mi podwózkę za jedyne pięć dolarów. – Do hotelu Westmark – mówię, po czym ruszamy. Po około trzech minutach byliśmy już na miejscu, a kierowca usłużnie wyskoczył i wyciąga moje bagaże licząc na napiwek. Tym razem taryfiarz się przeliczył, bo nie skumałem o co mu biega, roztkliwiając się nad tym, jacy tutejsi ludzie są uprzejmi. W hotelu przywitała mnie pracująca na nocna zmianę młoda kobieta, która szybko zaprowadziła mnie do pokoju, w którym spędziłem swoją pierwszą białą noc na Alasce.

 Dziesięć Wigilii i sześć Sylwestrów

Chicago_christmasWszystkie Wigilie były szczególne i wyjątkowe. Było ich w sumie dziesięć. Tak, jest to możliwe, by spędzić dziesięć Wigilii w sześć lat.
Moja pierwsza Wigilia w Chicago, była pierwszą spędzoną poza domem, więc chyba dość ważnym było to, by dobrze wypadła. I chyba się udało. Odbywała się w domu, który wynajmowałem wraz z przemiłymi białostoczankami. Zaprosiły one wielu znajomych, którzy, podobnie jak ja, nie mieli tu rodzin. Tym też sposobem, przy stole wigilijnym, było nas trzynaścioro, w większości nielegalnych imigrantów. Oprócz Polaków było dwóch Czechów. Na stole opłatek, barszcz z uszkami, karp, ryba po grecku i kilka innych świątecznych potraw. W odpowiednim czasie pojawił się Święty Mikołaj z workiem pełnym prezentów. Było także śpiewanie kolęd. Ogólnie mówiąc – bardzo fajna i ciepła Wigilia. Negatywną stroną było to, iż pierwszego dnia świąt, gdy wszyscy sobie słodko spali, ja musiałem niestety wstać do pracy, jako że pracowałem wówczas w tureckiej restauracji. Mnóstwo Amerykanów lubi w tym dniu pójść z najbliższymi do restauracji, tak więc musiał być tam też ktoś, kto jedzenie im zaserwuje.
ny_firewPierwszego Sylwestra najpierw spędzałem w pracy, potem w sąsiednim barze w gronie moich kolegów Turków, po czym pojechaliśmy do centrum na pokaz sztucznych ogni o północy. Wystrzały petard oglądaliśmy z autostrady Lake Shore Drive, na której utknęliśmy w korku. Fajnie jednak było wysiąść z auta i na środku szerokiej ulicy składać innym podróżnym życzenia, popijając przy tym szampana z butelki.
Swoją drugą Wigilię spędziłem w gronie bliskich przyjaciół z Meksyku. Była to niewielka rodzinka imigrantów, która osiadła na chicagowskiej ziemi. Punktualnie o dziewiętnastej stawiłem się na miejsce, z własnoręcznie zakupionym barszczem z uszkami. Jednak przestrzegając meksykańskiej tradycji, z wigilijną ucztą musieliśmy poczekać do północy. I choć pora była późna, nikomu spać się nie chciało. Efektem tej wizyty był krótki ‘zauroczeniowy’ epizod, związany z moją równolatką Brendą, który po niespełna miesiącu okazał się niepowodzeniem. Nie zmieniło to jednak faktu, że byliśmy dobrymi przyjaciółmi a ja częstym bywalcem w ich przytulnym, mieszkanku.
Potem zdarzały się lata z trzema wieczorami wigilijnymi w jednym. Nie sposób było nie spotkać się z rodzinami zaprzyjaźnionych Polaków, Meksykanów czy Kolumbijczyków. Jak tu odmówić zaproszenia na Wigilię?
resolutionsSzczególnie utkwiła mi w pamięci jedna z sylwestrowych nocy. Siedzieliśmy w pięć osób w niedużym pokoju hotelowym w Wisconsin Dells, tej samej mieścince, do której w 2003 roku wybrałem się z innymi znajomymi na pamiętny, wcześniej opisany weekend. Tym razem była zima, a my spędzaliśmy tu Sylwestra, którego połączyliśmy z jazdą na nartach. Popijając gorącą herbatkę, zmęczeni po całym dniu spędzonym na stoku, siedzieliśmy i gawędziliśmy sobie o błahostkach, a trochę o sprawach bardziej poważnych. Do takiej właśnie jednej poważniejszej dyskusji, jak się później okazało – dla mnie kluczowej, zaprowadziła nas propozycja Piotrka, która brzmiała:
– Przeanalizujmy kończący się właśnie rok.
– Czyli? – ktoś poprosił o wyjaśnienie.
– Chodzi o to, by każdy powiedział, jak spędził ostatnie dwanaście miesięcy, co zrobił, a czego nie, z czego jest zadowolony a czego żałuje – objaśniał Piotrek oferując, że chętnie będzie pierwszy, by dać nam przykład dla lepszego zrozumienia, o co mu dokładnie chodzi. – Tak więc zacznę od rzeczy pozytywnych – oznajmił. – Pierwszym i najważniejszym dla mnie wydarzeniem w tym roku był ślub z Martą – rozkręcał się Piotrek. – Oczywiście zadowolony jestem z naszej podróży poślubnej na Hawaje i z tego, że po powrocie zmieniłem pracę na ciekawszą i lepiej płatną. Poza tym zrobiłem kurs fotograficzny i udało mi się zaoszczędzić na nowy aparat. No i przeprowadziliśmy się z Martą ‘na swoje’.
Potem Marta przejęła pałeczkę, mówiąc o swej pracy w przedszkolu, kursie gastronomicznym i kilku jeszcze innych osiągnięciach. Potem przemówił Adam i jego żona – wspomnieli o wakacjach w Meksyku, wypadzie do Arizony i zwiedzeniu kilku parków narodowych; była też wymiana samochodu i lekcje jogi. Po nich przyszedł czas na mnie i tak jak moim poprzednikom wypowiedź średnio zajmowała kilka minut, tak ja uwinąłem się w niecałe pół.
– Chodzę do szkoły, ale już od kilku lat, więc nie mogę tego raczej zaliczyć do osiągnięć mijającego roku. Pracę mam też tą samą od lat dwóch. Poza tym tańczę trochę salsę i pogrywam w piłkę. Taka rutyna. A co do podróży, to jakoś ostatnio było ich brak, gdyż w wakacje chodziłem do szkoły, a i w pracy niechętni byli z dawaniem urlopów.
Kiedy skończyliśmy z mijającym rokiem, Piotrek zaproponował rozmowę o planach na przyszły rok:
– W takim razie przejdźmy do rundy numer dwa, w której będziemy mówili o rzeczach, jakie planujemy wykonać w nadchodzącym roku. No wiecie, naszych noworocznych postanowieniach.
Znów, po jakże treściwych i ciekawych wywodach moich poprzedników, zabrałem głos jako ostatni.
– Mógłbym powtórzyć to, co przed chwilą wy powiedzieliście, gdyż mówimy tu o mniej lub bardziej realnych planach i marzeniach – zacząłem. – Jak pokazało mi własne doświadczenie, jest bardzo łatwo coś powiedzieć, ale trudniej jest to później wykonać. Znam wielu tak zwanych ‘talkers’, czyli ludzi, którzy dużo gadają, a mało robią – kontynuowałem lekko podirytowany faktem, że inni osiągnęli tak wiele i mieli tyle planów. – Nie chciałbym należeć do tych ‘talkers’. Znam wielu, którym się udaje, ale ta grupa ludzi nie potrzebuje noworocznych postanowień, gdyż oni zaczynają coś nowego, nie czekając na styczeń. W tym roku nie będę rzucał słów na wiatr – zakończyłem swą wypowiedź dodając jeszcze, że w związku z tym nie będzie żadnych postanowień z mojej strony.
Na tym skończyła się nasza dyskusja o noworocznych postanowieniach i zaczęliśmy powoli zbierać się na wieczorny posiłek w pobliskiej pizzerii. Czekając na jedzenie, wszyscy się jakoś rozgadali, więc i ja postanowiłem zagadać do Piotrka.
– Ciągle myślę o tym, co mi powiedziałeś wcześniej – zacząłem. – Zastanawia mnie, że gdy nawet chciałbym coś zmienić, to przecież nie mogę. Weźmy pracę, w której tkwię od ponad dwóch lat. Oprócz tego, że wspiąłem się na dosyć dobre stanowisko, to pracuję teraz mniej niż wcześniej, zarabiając więcej. A do tego wiem, kiedy mogę się poobijać, czy posiedzieć przy kawie lub poszukać nowości w necie; tak więc jest i wygoda – dodałem, na co Piotrek odpowiedział, że to właśnie ta wygoda mnie blokuje, a szefowie podnosząc stawkę wypłaty dbają, by mi nawet temat zmiany pracy nie przyszedł do głowy. Dodał, że tkwię w systemie, który mnie blokuje i ogranicza.
– Ale szefowie idą mi na rękę – zaprotestowałem. – Pamiętam, jak zaczynałem tam pracować i często musiałem siedzieć w firmie od siódmej rano do siódmej wieczorem. Potem, kiedy rozpocząłem koledż, pozwolili mi wychodzić koło piątej, bym zdążył do szkoły.
Piotr wtrącił zdziwiony:
– Pracowałeś dwanaście godzin dziennie a jak ci skrócili czas pracy do dziesięciu to twierdzisz, że poszli ci na rękę? A nadgodziny ci chociaż płacą?
– No nie – odpowiedziałem.
– A poza tym, z tego co mówiłeś, mają jeszcze problem z dawaniem urlopów – dodał Piotrek. – Myślę, że powinieneś się zastanowić, czy chcesz się tam kisić tyle godzin dziennie. Nie czujesz, że cię coś omija?
– Masz rację! – wykrzyknąłem. – A poza tym to teraz muszę sam płacić za koledż, bo przez to, że musiałem zostawać dłużej w pracy, spóźniałem się do szkoły. Jedna z moich nauczycielek, pani Johanson, miała własny system oceniania. Sumując spóźnienia brutalnie obniżała stopnie. W efekcie spadła mi średnia ocen i utraciłem stypendium
– To cię załatwiła – stwierdził Piotrek. – Ale czekaj, czekaj. Ty nie z własnej woli spóźniałeś się na jej lekcje, tak? – zapytał Piotrek, po czym sam sobie odpowiedział, że niedocieranie na zajęcia było spowodowane tym, iż musiałem zostawać dłużej w pracy. – Czyli ci twoi szefowie niby zredukowali ci godziny pracy, po czym dawali ci więcej pracy, byś się nie wyrabiał? – zapytał retorycznie.
– Rezygnuję z tej cholernej pracy, z której i tak nikt nie jest zadowolony i która zabiera mi mój cenny czas! – padła z mojej strony mocna deklaracja. – Jeśli mam wprowadzić choćby jedną zmianę w nadchodzącym roku, będzie nią rzucenie tej roboty!
Piotrek spoglądał na mnie, trochę z niedowierzaniem, trochę z uśmiechem, jakby chciał mnie zapewnić, że wszystko się dobrze ułoży.

Podziemne schronienie

basementW Dzienniku Związkowym, polskiej gazecie wydawanej w Chicago, widniało sporo ogłoszeń pod hasłem ‘wynajmę’. Nie marnowałem więc czasu.

Telefon nr 1:

– Pokój owszem mam, koszt to 400$ za miesiąc i 400$ kaucji.

– Za drogi, do widzenia – zakończyłem rozmowę.

Telefon nr 2:

– Przykro mi, ale ogłoszenie nieaktualne!

– To może byście o tym prasę poinformowali? – miałem już na końcu języka.

Telefon nr 3:

– Dzień dobry. Pokój znajduje się w okolicy krzyżówki ulic Belmont i Milwaukee (dobrze mi już znanych). Pokój jest duży i ma balkon. Cena to 350$ za miesiąc.

– Byłbym nim zainteresowany. A kiedy mógłbym go obejrzeć?

– Oglądać można od następnego weekendu, a pokój będzie wolny od października.

Telefony nr 4, 5 i 6 – podobne historie.

W końcu telefon nr 7. W słuchawce słyszę krzykliwą kobietę, nerwowo informującą, że pokój jest wolny od zaraz i jeśli chcę, to mogę go sobie dzisiaj obejrzeć.

– Adres to 4332 North Kerington. Tylko niech pan przyjeżdża zaraz, bo potem muszę wyjść – dodała odrobinę spokojniej.

chicago-streets-at-nightNa mapie podaną ulicę odnalazłem bez większych problemów, jednak te zaczęły się trochę później, gdy wyszedłem na miasto, a wszystko przez to, że nie zdawałem sobie sprawy, jak długie potrafią być tutejsze ulice. Proszę, jak łatwo luka w wiedzy o chicagowskiej infrastrukturze potrafi się zemścić na człowieku. Zaczęło się od tego, że odnalazłem na mapie ulicę Kerington i zaraz potem odszukałem większą ulicę, bezpośrednio ją przecinającą, o nazwie Fullerton. Wszystko odniosłem do mojego obecnego położenia i pewny swego poszedłem zapytać, jak najłatwiej tam dojechać.

– Najpierw autobusem do Armitage, a później w górę następnym – tłumaczył mi jeden z przechodniów, jeżdżąc palcem po mapie.

Do celu dojechałem w przeciągu godziny. Pytanie, czy to aby na pewno było to miejsce? Wysiadam i już czysto formalnie pytam na przystanku chłopaka o numer 4332. Z niedowierzaniem słyszę, że to kawałek drogi i najlepiej dojechać tam autobusem. Nieporozumienie, koleś pewnie nie jest stąd – pomyślałem. Po chwili pytam starszego faceta, wyrzucającego śmieci do kontenera przed sklepem – mając nadzieję, że tutejszy, no i wiekowy, więc poinformowany też chyba lepiej – lecz niczego nowego się nie dowiaduję. Nie dając za wygraną wyciągam mapę i pokazuję memu rozmówcy, o jaką dokładnie ulicę mi chodzi, na co on się uśmiecha, odsłaniając swoje miodowego koloru zęby i pokazuje mi, że owa ulica (jak większość chicagowskich) przebiega przez całe miasto, toteż tu, gdzie się obecnie znajdujemy, jest numer 2400 North Kerington, a ja potrzebuję się dostać na numer 4332, czyli jakieś piętnaście minut jazdy miejską komunikacją. Za jego radą wsiadłem do odpowiedniego autobusu i pojechałem pod wskazany adres. Dzielnica była bardzo przyjemna. Kerington to ulica jednokierunkowa, z ciągnącymi się po obu jej stronach, równiutko poustawianymi rzędami domków jednorodzinnych, z pieczołowicie przystrzyżonymi trawnikami i nietuzinkowo wyglądającymi ogrodami, niczym z katalogu o architekturze krajobrazu. W końcu dochodzę do tego właściwego domu. Dzwonię, mimo że bramka jest otwarta. Po chwili słyszę znajomo brzmiący, krzykliwy głos starszej kobiety.

– Niech pan wchodzi! – powtórzyła kilka razy, w tej samej chwili wyłaniając się zza rogu domu.

– Dzień dobry. Dzwoniłem w sprawie pokoju – mówię kłaniając się staruszce, na co ona, że zaraz mi go pokaże.

– Andrzej! Andrzej! – wykrzykuje do stojącego ze dwa metry od nas mężczyzny.         Na męża za młody – myślę sobie – choć w Stanach to wszystko możliwe. Z drugiej strony, po co wołałaby do mnie ogrodnika?

– To jest Andrzej – przedstawia mężczyznę staruszka. – Andrzej jest jednym z lokatorów i zaraz pokaże ci pokój.

Wchodzę do basementu, czyli przerobionej na mieszkanie piwnicy, po drodze wysłuchując informacji o panujących tu zasadach lub raczej ich braku.

– Babcia z reguły śpi jak kamień, więc my se tu czasem jakieś piwko przy weekendzie walniemy, a poza tym, jak zauważyłeś, ona to do nas raczej nie wchodzi. Z końcem miesiąca woła tylko, by przynieść jej pieniądze za wynajem i tyle – mówił Andrzej. – Oprócz mnie mieszka tu jeszcze dwóch kolesi: Marek, który wpadł do Chicago na parę miesięcy, by trochę dorobić i weteran Mietek, siedzący w Stanach już osiemnaście lat. Tak na marginesie, od dziesięciu pracuje w kotłowni, podobno dobra fucha, tyle że wiąże się z robotą na nocki, przez co rzadko go widać, bo zazwyczaj za dnia tknie komara. Mieszkał z nami jeszcze Bogdan, ale niedawno się wyprowadził. Ponoć brakowało mu przestrzeni i narzekał, że tu mamy ciemno.

– Klaustrofobik? – wtrąciłem.

– Nie sądzę bo w kibelku to potrafił przesiadywać godzinami – odparł pół żartem pół serio. – Ale z Bogdanem przynajmniej mogłem mecze pooglądać. Dla mnie piłka nożna to kapitalny sport, ale niestety, Marek z Mietkiem wolą wałkować te same, odtwarzane z DVD, polskie komedie. Dlatego jak tylko puszczają w telewizji jakiś ważniejszy meczyk, to zmykam na górę do babci lub do baru – kontynuował Andrzej. – Mówię ci, jak jest. My tu jesteśmy szczerzy i nic nie ukrywamy.

W tym samym momencie pokazał mi stary pokój Bogdana, w którym obecnie pomieszkuje Marek.

– A ten pokój, tu po prawej, jest wolny. Może nie jest za duży, ale ma okno, no i wygodne łóżko. My płacimy po 300$, ale ty będziesz dawał 250$, bo pokój mniejszy – Andrzej nacisnął na klamkę ciężkich, drewnianych drzwi.

Faktycznie pokój był mały, ale jak słusznie zaznaczył współlokator, miał okno, a raczej okienko. Po prawej komoda, naprzeciwko której stała szeroka i niewysoka szafa. Pod oknem łóżko, a przy nim malutki, zielony dywanik, odrobinę kryjący mocno porysowany parkiet. Potem Andrzej dorzucił jeszcze kilka słów o kuchni i łazience, i to by było na tyle w temacie mieszkania.

– A ty gdzie robisz? – zapytał znienacka.

– Co, co? – spytałem, zapatrzony na ciąg butelek po wódce, poukładanych starannie, niczym kostki domina.

– No, czy masz robotę? Na budowie, w sklepie, na dachach? – dociekał.

– A nie…- zacząłem. – To jest dopiero mój drugi dzień w Chicago, a poza tym chyba na razie nie zamierzam szukać roboty – dokończyłem.

Andrzej się jeszcze trochę pokręcił, dodał, jak to sam kiedyś pracował na dachach na Florydzie, po czym stwierdził, że musi spadać, bo obiecał babci zreperować coś w ogródku. Wyszliśmy na zewnątrz.

– Pani Zosiu, chłop się decyduje i będzie do nas pasował jak ulał – zawołał Andrzej do staruszki.

– To dobrze, bo martwiłam się, że pokój Bogdana będzie stał pusty – odpowiedziała kobieta pytając, o której dziś się wprowadzę. – Mamy tu też taki stary rower i możesz go pożyczyć do przewiezienia bagaży – uprzejmie zaproponowała.

Odpowiedziałem, że nie trzeba i że wrócę dopiero jutro, bo mam już wykupioną drugą nockę w hotelu.

Nazajutrz wprowadziłem się, jak się później okazało, do małego domu wariatów. Z dnia na dzień coraz bardziej się o tym przekonywałem, a to głównie za sprawą Andrzeja i Marka. Kwestia częstego przebywania Andrzeja w ogródku pani Zosi szybko się wyjaśniła. Stracił on bowiem pracę i był załamany brakiem perspektyw. Jako że pani Zosia miała tu i ówdzie trochę klamotów, na których zreperowanie czy posegregowanie nigdy nie było czasu, Andrzej chętnie podjął się wyzwania i w zamian za dach nad głową, przez kilka następnych tygodni opiekował się podwórzem. Po kilku bibach z udziałem wódki, piwa i wina, podobna sytuacja przydarzyła się Markowi. Stracił on pracę, bo najzwyczajniej w świecie się w niej nie pojawiał, a że pani Zosia roboty w ogrodzie dla dwóch osób nie miała, wspólnie zdecydowali, że Marek będzie chodził codziennie pod ‘ścianę płaczu’. Oznaczało to wczesnoranne meldowanie się na stacji benzynowej przy słynnej krzyżówce ulic Belmont i Milwaukee, gdzie codziennie podjeżdżają właściciele firm budowlanych, potrzebujący rąk do pracy. Dostał pracę i wyglądało na to, że zacznie mu się lepiej powodzić. Codziennie wracał zmęczony, ale pełen wrażeń i pozytywnego nastawienia, wychwalając swojego nowego szefa. Sielanka nie trwała zbyt długo, bo zaledwie po tygodniu wszystko odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni.

– Pracowałem u tego palanta już ponad tydzień – zaczął Marek podniosłym głosem, po tym jak wrócił z pracy w piątkowe popołudnie. – Pracowałem rzetelnie i przez ten czas nie piłem z nadzieją, że utrzymam tę fuchę na dłużej. I co? Nie tylko pracy nie utrzymałem, to jeszcze gnojek powiedział, że mi nie zapłaci – zakończył zdesperowany Marek.

– Uspokój się. Zaraz naleje ci jednego i poczujesz się lepiej – zaproponował Andrzej otwierając lodówkę. – Ty, ale nie mamy popity. Walniesz bez? – dodał.

– Nalewaj i nie pieprz głupot! – powiedział Marek, po czym wypił dwa kieliszki czystej.

– Słuchaj brachu, wszystko będzie dobrze. Golnijmy jeszcze po jednym a ja zaraz skoczę po następną – zaproponował pocieszyciel bezrobotnego, dodając jeszcze, że tym razem sam ją sfinansuje.

– To kup jeszcze jakieś chrupki, czy coś – wykrzyknął Marek zanim ten zdążył wybiec do sklepu.

Jak widać, o pretekst do popijawy w naszej piwnicy nie było trudno.

Cafe-Lura-fot.-Robert-WachowiakMarek, zniechęcony sytuacją z niewypłacalnym pracodawcą, postanowił być ostrożniejszy. Pod ‘ścianę płaczu’ nie chodził już jak wcześniej, na siódmą rano, a na ósma lub dziewiątą. Wychodził z założenia, że odpowiednia dawka snu to podstawa, by dobrze rozpocząć dzień i dodawał, że po ósmej to i konkurencja mniejsza. Konkurencja może i mniejsza, ale i pracodawców jak na lekarstwo, bo rzetelniejsi startowali o świcie. Wkrótce zaczęło mu brakować funduszy na jedzenie, nie wspominając już o kasie na czynsz. Jedynym solidnym pracownikiem, który mógł wspomóc Marka w kryzysie, był Mietek. Jednak był on cholerykiem i często wpadał w furię, zwłaszcza gdy nie zwracano mu na czas pieniędzy. Dlatego też Marek coraz częściej przychodził do mnie z prośbą o poratowanie. Wspomagałem go małymi sumkami, które po dwóch tygodniach urosły do kwoty równej połowie miesięcznego czynszu. Z każdym dniem sytuacja Marka pogarszała się. Nie wstawał do pracy twierdząc, że i tak nikt go nie zatrudni. Smutki topił w kieliszku, zazwyczaj w towarzystwie Andrzeja, bo jak sam twierdził, stracił motywację do walki z bezrobociem.

Kto pyta nie błądzi?      

blokZapadała noc, więc postanowiłem obrać azymut na miejsce mojego noclegu. Miałem adres, ale kompletnie nie orientowałem się w topografii miasta. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wzięcie taksówki, jednak mając zakodowane w głowie, że taksówki są bardzo drogie, postanowiłem skorzystać z metra. Sturlałem więc po schodach bagaż i zatrzymałem się przy maszynie z biletami. Jak tu się kupuje te bilety? Zaraz zobaczę jak robią to inni. Kucnąłem, że niby sobie buta zawiązuję i tak obserwuję, co inni tam majstrują. Po chwili, z biletem w ręku i uśmiechem na twarzy, przekroczyłem małą bramkę i dostałem się na platformę, gdzie miałem czekać na pociąg. Czekam tak jakąś chwilę. Podjeżdża pociąg, tyle że póki co, ten jadący w przeciwnym kierunku. Daje mi to do myślenia, czy aby na pewno jestem po dobrej stronie. Aby to sprawdzić pytam stojącego obok człowieka, pokazując mu mój docelowy adres. Ten się jakoś tak rozgadał, a przy tym dużo gestykulował, że ja ni w ząb go nie zrozumiałem, ale widzę, że on ciągle pokazuje jeden kierunek, a ściślej mówiąc ten z którego niedawno przyszedłem. Niby że wszystko zrozumiałem – uśmiechnąłem się do niego dziękując za jakże cenne wskazówki, po czym poszedłem w stronę maszyny, w której kilka minut wcześniej kupowałem bilet. A gdzie teraz? – myślę sobie, rozglądając się w każdym kierunku. Po chwili pytam kobietę w kasie, jak dostać się na ten oto adres, pokazując jej moja kartkę z bazgrołami. Pani wzięła plan metra do ręki i tłumaczy mi, że żaden z pociągów odjeżdżających z platform tuż za mną mnie tam nie zawiezie, ale zrobią to pociągi innej linii, do której muszę pójść tędy. Tłumaczyła mi spokojnie, pokazując równocześnie kierunek w którym powinienem się udać. Zanim jednak odszedłem pani dała mi moją karteluszkę, na której napisała nazwę stacji, na której powinienem wysiąść. Podziękowałem, zarzuciłem torbę na ramię i ruszyłem ku nowej stacji. Niedługo później wysiadałem już na moim docelowym przystanku, skąd do hostelu, jak mnie poinformował młody Amerykanin, było już bardzo blisko, bo tylko jakieś pięć bloków. A niech to będzie nawet pięć wieżowców – myślę sobie obliczając, że za dziesięć minut będę brał prysznic. Wyjeżdżam na powierzchnię zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze wyszedłem, bo wcześniej zauważyłem jeszcze inne wyjście.

new york skyline nightJak tu ciemno – myślę, szukając tych bloków czy też wieżowców. Rozglądam się w każdym kierunku, ale wszystko co widzę, to coś, co raczej przypomina trzypiętrowe kamienice. Intuicyjnie idę najpierw w prawo, lecz pomimo wnikliwych poszukiwań, minąwszy ósmy blok, nie dotarłem do hostelu i zwątpiłem w swoją intuicję. To może w lewo spróbuję? – pomyślałem, ale i tam po mym hostelu ni widu, ni słychu. Zacząłem wątpić w swoją wrodzoną orientację w terenie, co skłoniło mnie do kolejnej rozmowy z przechodniem. Wywijając mu mapą przed oczyma zapytałem o zakreślony kółeczkiem adres, mając nadzieję, że wskaże mi zupełnie inną trasę, co by oznaczało koniec moich wątpliwie przyjemnych wędrówek po nowojorskim przedmieściu. Cóż, nic bardziej mylnego, gdyż i on był święcie przekonany, że cel moich poszukiwań jest nie dalej niż w promieniu pięciu bloków. Siadam, więc skonsternowany na plecaku w oczekiwaniu na cud, a przynajmniej na cudny pomysł. Eureka! Podjadę taksówką! Po kilkunastominutowym żmudnym wypatrywaniu żółtej taryfy, bez wahania stwierdzam na głos:

– Co za zadupie!

web-right-way-arrowsNie pozostało mi więc nic innego, jak skonfrontować moje topograficzne doświadczenia z kolejnym mieszkańcem tej zapyziałej dzielnicy. Jakby się zmówili, bo i ten uparcie powtarzał: „…five blocks, five blocks…”, niczym przygłuchawa wieśniaczka z kultowego polskiego filmu „Kogel Mogel”, tłumacząca drogę słowami: „Grabowo, Grabowo!”. Korzystając z okazji, że zmierzał we wskazanym kierunku, chciałem mu udowodnić, że się myli. Gdy tak idąc liczyłem mu kolejno mijane bloki zauważyłem, że gość zaraz wybuchnie śmiechem. Z pewnością nie wiedział, jaki byłem zmęczony i że miałem szczerą chęć przywalić mu plecakiem. Rozmówca jednak cierpliwie wytłumaczył mi w czym tkwi problem. Otóż amerykańskie bloki różnią się od polskich. U nich jeden blok równa się jednej przecznicy, podczas gdy u nas oznacza on jeden budynek. Chciało mi się śmiać i płakać, bo do hostelu zostało mi cztery i pół przecznicy, czyli nie lada spacerek, a moja torba podróżna to stary model, który kółeczek nigdy nie widział. Długo po tym, jak dzień powiedział dobranoc, dotarłem do upragnionej noclegowni i jedyne o czym marzyłem to prysznic, po którym usnąłem jak dziecko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s