Dziesięć Wigilii i sześć Sylwestrów

 Dziesięć Wigilii i sześć Sylwestrów

Chicago_christmasWszystkie Wigilie były szczególne i wyjątkowe. Było ich w sumie dziesięć. Tak, jest to możliwe, by spędzić dziesięć Wigilii w sześć lat.
Moja pierwsza Wigilia w Chicago, była pierwszą spędzoną poza domem, więc chyba dość ważnym było to, by dobrze wypadła. I chyba się udało. Odbywała się w domu, który wynajmowałem wraz z przemiłymi białostoczankami. Zaprosiły one wielu znajomych, którzy, podobnie jak ja, nie mieli tu rodzin. Tym też sposobem, przy stole wigilijnym, było nas trzynaścioro, w większości nielegalnych imigrantów. Oprócz Polaków było dwóch Czechów. Na stole opłatek, barszcz z uszkami, karp, ryba po grecku i kilka innych świątecznych potraw. W odpowiednim czasie pojawił się Święty Mikołaj z workiem pełnym prezentów. Było także śpiewanie kolęd. Ogólnie mówiąc – bardzo fajna i ciepła Wigilia. Negatywną stroną było to, iż pierwszego dnia świąt, gdy wszyscy sobie słodko spali, ja musiałem niestety wstać do pracy, jako że pracowałem wówczas w tureckiej restauracji. Mnóstwo Amerykanów lubi w tym dniu pójść z najbliższymi do restauracji, tak więc musiał być tam też ktoś, kto jedzenie im zaserwuje.
ny_firewPierwszego Sylwestra najpierw spędzałem w pracy, potem w sąsiednim barze w gronie moich kolegów Turków, po czym pojechaliśmy do centrum na pokaz sztucznych ogni o północy. Wystrzały petard oglądaliśmy z autostrady Lake Shore Drive, na której utknęliśmy w korku. Fajnie jednak było wysiąść z auta i na środku szerokiej ulicy składać innym podróżnym życzenia, popijając przy tym szampana z butelki.
Swoją drugą Wigilię spędziłem w gronie bliskich przyjaciół z Meksyku. Była to niewielka rodzinka imigrantów, która osiadła na chicagowskiej ziemi. Punktualnie o dziewiętnastej stawiłem się na miejsce, z własnoręcznie zakupionym barszczem z uszkami. Jednak przestrzegając meksykańskiej tradycji, z wigilijną ucztą musieliśmy poczekać do północy. I choć pora była późna, nikomu spać się nie chciało. Efektem tej wizyty był krótki ‘zauroczeniowy’ epizod, związany z moją równolatką Brendą, który po niespełna miesiącu okazał się niepowodzeniem. Nie zmieniło to jednak faktu, że byliśmy dobrymi przyjaciółmi a ja częstym bywalcem w ich przytulnym, mieszkanku.
Potem zdarzały się lata z trzema wieczorami wigilijnymi w jednym. Nie sposób było nie spotkać się z rodzinami zaprzyjaźnionych Polaków, Meksykanów czy Kolumbijczyków. Jak tu odmówić zaproszenia na Wigilię?
resolutionsSzczególnie utkwiła mi w pamięci jedna z sylwestrowych nocy. Siedzieliśmy w pięć osób w niedużym pokoju hotelowym w Wisconsin Dells, tej samej mieścince, do której w 2003 roku wybrałem się z innymi znajomymi na pamiętny, wcześniej opisany weekend. Tym razem była zima, a my spędzaliśmy tu Sylwestra, którego połączyliśmy z jazdą na nartach. Popijając gorącą herbatkę, zmęczeni po całym dniu spędzonym na stoku, siedzieliśmy i gawędziliśmy sobie o błahostkach, a trochę o sprawach bardziej poważnych. Do takiej właśnie jednej poważniejszej dyskusji, jak się później okazało – dla mnie kluczowej, zaprowadziła nas propozycja Piotrka, która brzmiała:
– Przeanalizujmy kończący się właśnie rok.
– Czyli? – ktoś poprosił o wyjaśnienie.
– Chodzi o to, by każdy powiedział, jak spędził ostatnie dwanaście miesięcy, co zrobił, a czego nie, z czego jest zadowolony a czego żałuje – objaśniał Piotrek oferując, że chętnie będzie pierwszy, by dać nam przykład dla lepszego zrozumienia, o co mu dokładnie chodzi. – Tak więc zacznę od rzeczy pozytywnych – oznajmił. – Pierwszym i najważniejszym dla mnie wydarzeniem w tym roku był ślub z Martą – rozkręcał się Piotrek. – Oczywiście zadowolony jestem z naszej podróży poślubnej na Hawaje i z tego, że po powrocie zmieniłem pracę na ciekawszą i lepiej płatną. Poza tym zrobiłem kurs fotograficzny i udało mi się zaoszczędzić na nowy aparat. No i przeprowadziliśmy się z Martą ‘na swoje’.
Potem Marta przejęła pałeczkę, mówiąc o swej pracy w przedszkolu, kursie gastronomicznym i kilku jeszcze innych osiągnięciach. Potem przemówił Adam i jego żona – wspomnieli o wakacjach w Meksyku, wypadzie do Arizony i zwiedzeniu kilku parków narodowych; była też wymiana samochodu i lekcje jogi. Po nich przyszedł czas na mnie i tak jak moim poprzednikom wypowiedź średnio zajmowała kilka minut, tak ja uwinąłem się w niecałe pół.
– Chodzę do szkoły, ale już od kilku lat, więc nie mogę tego raczej zaliczyć do osiągnięć mijającego roku. Pracę mam też tą samą od lat dwóch. Poza tym tańczę trochę salsę i pogrywam w piłkę. Taka rutyna. A co do podróży, to jakoś ostatnio było ich brak, gdyż w wakacje chodziłem do szkoły, a i w pracy niechętni byli z dawaniem urlopów.
Kiedy skończyliśmy z mijającym rokiem, Piotrek zaproponował rozmowę o planach na przyszły rok:
– W takim razie przejdźmy do rundy numer dwa, w której będziemy mówili o rzeczach, jakie planujemy wykonać w nadchodzącym roku. No wiecie, naszych noworocznych postanowieniach.
Znów, po jakże treściwych i ciekawych wywodach moich poprzedników, zabrałem głos jako ostatni.
– Mógłbym powtórzyć to, co przed chwilą wy powiedzieliście, gdyż mówimy tu o mniej lub bardziej realnych planach i marzeniach – zacząłem. – Jak pokazało mi własne doświadczenie, jest bardzo łatwo coś powiedzieć, ale trudniej jest to później wykonać. Znam wielu tak zwanych ‘talkers’, czyli ludzi, którzy dużo gadają, a mało robią – kontynuowałem lekko podirytowany faktem, że inni osiągnęli tak wiele i mieli tyle planów. – Nie chciałbym należeć do tych ‘talkers’. Znam wielu, którym się udaje, ale ta grupa ludzi nie potrzebuje noworocznych postanowień, gdyż oni zaczynają coś nowego, nie czekając na styczeń. W tym roku nie będę rzucał słów na wiatr – zakończyłem swą wypowiedź dodając jeszcze, że w związku z tym nie będzie żadnych postanowień z mojej strony.
Na tym skończyła się nasza dyskusja o noworocznych postanowieniach i zaczęliśmy powoli zbierać się na wieczorny posiłek w pobliskiej pizzerii. Czekając na jedzenie, wszyscy się jakoś rozgadali, więc i ja postanowiłem zagadać do Piotrka.
– Ciągle myślę o tym, co mi powiedziałeś wcześniej – zacząłem. – Zastanawia mnie, że gdy nawet chciałbym coś zmienić, to przecież nie mogę. Weźmy pracę, w której tkwię od ponad dwóch lat. Oprócz tego, że wspiąłem się na dosyć dobre stanowisko, to pracuję teraz mniej niż wcześniej, zarabiając więcej. A do tego wiem, kiedy mogę się poobijać, czy posiedzieć przy kawie lub poszukać nowości w necie; tak więc jest i wygoda – dodałem, na co Piotrek odpowiedział, że to właśnie ta wygoda mnie blokuje, a szefowie podnosząc stawkę wypłaty dbają, by mi nawet temat zmiany pracy nie przyszedł do głowy. Dodał, że tkwię w systemie, który mnie blokuje i ogranicza.
– Ale szefowie idą mi na rękę – zaprotestowałem. – Pamiętam, jak zaczynałem tam pracować i często musiałem siedzieć w firmie od siódmej rano do siódmej wieczorem. Potem, kiedy rozpocząłem koledż, pozwolili mi wychodzić koło piątej, bym zdążył do szkoły.
Piotr wtrącił zdziwiony:
– Pracowałeś dwanaście godzin dziennie a jak ci skrócili czas pracy do dziesięciu to twierdzisz, że poszli ci na rękę? A nadgodziny ci chociaż płacą?
– No nie – odpowiedziałem.
– A poza tym, z tego co mówiłeś, mają jeszcze problem z dawaniem urlopów – dodał Piotrek. – Myślę, że powinieneś się zastanowić, czy chcesz się tam kisić tyle godzin dziennie. Nie czujesz, że cię coś omija?
– Masz rację! – wykrzyknąłem. – A poza tym to teraz muszę sam płacić za koledż, bo przez to, że musiałem zostawać dłużej w pracy, spóźniałem się do szkoły. Jedna z moich nauczycielek, pani Johanson, miała własny system oceniania. Sumując spóźnienia brutalnie obniżała stopnie. W efekcie spadła mi średnia ocen i utraciłem stypendium
– To cię załatwiła – stwierdził Piotrek. – Ale czekaj, czekaj. Ty nie z własnej woli spóźniałeś się na jej lekcje, tak? – zapytał Piotrek, po czym sam sobie odpowiedział, że niedocieranie na zajęcia było spowodowane tym, iż musiałem zostawać dłużej w pracy. – Czyli ci twoi szefowie niby zredukowali ci godziny pracy, po czym dawali ci więcej pracy, byś się nie wyrabiał? – zapytał retorycznie.
– Rezygnuję z tej cholernej pracy, z której i tak nikt nie jest zadowolony i która zabiera mi mój cenny czas! – padła z mojej strony mocna deklaracja. – Jeśli mam wprowadzić choćby jedną zmianę w nadchodzącym roku, będzie nią rzucenie tej roboty!
Piotrek spoglądał na mnie, trochę z niedowierzaniem, trochę z uśmiechem, jakby chciał mnie zapewnić, że wszystko się dobrze ułoży.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s