Kanada 2 – Tajna misja

visa canadaDwoma samochodami wyjechaliśmy 16 września o świcie. Była nas czwórka – dwie dziewczyny: Niki i Mary, czyli koleżanki Dave’a jadące w jednym aucie i dwóch facetów w drugim, czyli wspomniany już Dave – barman z Fish Co. i ja.
Wcześniej pytałem Dave’a, czy nie będzie problemu z moja wizą, bo z tego co się orientowałem, Polacy muszą ją posiadać przy wjeździe do Kanady.
– Nie przejmuj się! – zapewniał mnie Dave. Amerykanie, by wjechać na teren Kanady, nie muszą mieć paszportów. Wystarczy, że śmigną kartą ID (odpowiednikiem naszego dowodu osobistego) przed oczami strażnika i on od razu otwiera szlaban. Często widząc że jadą Amerykanie, nawet nie pytają o dokument.
– Ale ja nie jestem Amerykaninem i nie mam czym śmignąć przed oczyma owemu strażnikowi – wyjaśniłem.
– Spoko, spoko. Wezmą cię za jednego z nas i nie będzie problemu – zapewniał Dave.
– No dobra – ufnie przytaknąłem wiedząc, że i tak nie mam czasu na wyrobienie kanadyjskiej wizy.
Po około pół godzinie dojechaliśmy do granicy. Ale granica – myślę widząc dwa szlabany i nieduży barak po lewej stronie. Dziewczyny przed nami zwalniają, przez otwarte okno podają swoje dokumenty ID i prawa jazdy podchodzącemu strażnikowi, ten im je oddaje, okno się zamyka i dziewczyny są już w Kanadzie. Teraz nasza kolej. Strażnik podchodzi a nasze okno się otwiera. Dave od razu zagaduje, jaka to ładna pogoda i że my jesteśmy razem z tymi dziewczynami, które wjechały przed nami – mówi pokazując w kierunku auta dziewczyn. Strażnik rozglądając się po naszym samochodzie, grzecznie zapytał o dokumenty. Ustaliliśmy wcześniej z Dave’m, że w takiej sytuacji na pierwszy ogień mam mu dać moje ID, które wyrobiłem sobie w Skagway. Nie było ono stanowym dokumentem, a raczej identyfikatorem dla obcokrajowców, którzy pozostawali na Alasce dłużej niż miesiąc. Na kartę Dave’a strażnik tylko zerknął a mojej jakoś się tak przyglądał. Padła pierwsza seria pytań, na które Dave pomagał mi odpowiadać. Strażnik po chwili poprosił o paszport. I tu znów zaczął się przyglądać, sprawdzać i Canada-USA-Borderszeleścić moim dokumentem, po czym stwierdził, że widzi wizę. Fajnie, więc wszystko okej – pomyślałem, ale on dodał, że owa wiza uprawnia do przebywania na terenie Stanów Zjednoczonych, a Kanada do nich nie należy.
– Na wjazd do Kanady potrzebna jest wiza kanadyjska! – oświecił nas strażnik, jakbyśmy tego nie wiedzieli.
Dave, szybciej mówiąc niż myśląc, zaproponował strażnikowi, by mi taką wizę tu wbili i będzie po kłopocie. Powymieniali między sobą jakieś uwagi, po czym strażnik poprosił mnie do baraku. Oczywiście nie miałem żadnych sprzeciwów i grzecznie wysiadłem widząc, jak twarz Dave’a przybiera wyraz zakłopotania. W baraku musiałem przejść rutynową kontrolę, jak i odpowiedzieć na serię pytań, takich jak np. gdzie jadę, dlaczego przez Kanadę, ile mam pieniędzy, itp.
Zacząłem wyciągać na stół wszystkie swoje rzeczy próbując przekonać teraz już dwóch strażników, że zamierzam pozostać w Kanadzie tylko tydzień. Nie wyglądali jednak na chętnych, by mi uwierzyć. I było tak dopóty, dopóki nie dałem im wizytówki wujka z Winnipeg mówiąc, by zadzwonili i zapytali, czy do niego właśnie jadę. Oprócz tego pokazałem też mój bilet lotniczy, na którym widniała data powrotu na 28 września. Powyższe argumenty jakby pomogły, ale wciąż nie rozwiązały mojego problemu wjazdu do Kanady.
– Na granicach wiz się nie wydaje – powiedział jeden ze strażników.
– Chyba że, momencik – przerwał mu drugi.
Coś tam między sobą pogadali i po chwili zwrócili się do mnie mówiąc, że istnieje jeszcze inna opcja, a mianowicie mogliby się skontaktować z kanadyjską ambasadą i poprosić o przefaksowanie wizy. Usłyszawszy to czułem, jak mi rosną skrzydła.
– Możemy spróbować, ale to nic pewnego – dodał jeden z nich, gdy już pakowałem swoje rzeczy.
Strażnicy zatrzymali mój paszport i pozwolili wrócić do samochodu.
– Co oni ci tam robili przez tyle czasu? – wykrzyknął Dave. – Wszystko OK.? – szybko dodał.
– Chyba musimy uzbroić się w cierpliwość – odpowiedziałem tłumacząc, co zaszło w baraku.– A gdzie dziewczyny?
– Zgłodniały, więc pojechały na omleta do pobliskiego miasteczka, gdzie mamy się później spotkać – odpowiedział Dave.
– Mam nadzieję, że w takim samym składzie – dodałem.
Dave wpakował mnie do samochodu, bo ze zdenerwowania łaziłem w kółko jak głupi. Puścił jakąś badgeśmieszną muzykę, by oderwać trochę moje myśli.
– Panie Karol Stefansky – rzekł do mnie zbliżający się z moim paszportem w ręku strażnik. – Tak więc, panie Stefansky – powtórzył. – Mam tu pana paszport a w nim. – kontynuował, na co moje myśli same odpowiedziały, że pewnie w paszporcie mi wbili misia z zakazem wjazdu na lat dziesięć. Pomimo tego starałem się odepchnąć negatywne myśli na drugi tor i skupić na tym, co miał mi do powiedzenia strażnik.
– No więc w paszporcie znajdzie pan trzydziestodniową kopię jednorazowej wizy, która upoważnia pana. – dalej już nie słuchałem, choć oddając mi paszport strażnik usilnie zaznaczał, żebym uważał na przyszłość. Podziękowałem za fatygę i po chwili skierowałem swój wzrok na otwierający się szlaban słysząc, jak Dave dzwoni do dziewczyn wykrzykując – „On the way!”, czyli, że jesteśmy w drodze.

Reklamy

Kanada klonem pachnąca – Po drodze

canada-635x382Po stu dniach spędzonych na Alasce przyszedł czas, by ją opuścić. Zamierzałem udać się do Chicago, jednak postanowiłem pojechać tam przez Kanadę i odwiedzić swoją rodzinkę, która mieszkała w Winnipeg od 1981 roku. Składała się ona z czterech osób: cioci Michaliny, jej męża Adama i ich dzieci Moniki i Sebastiana. Gdy emigrowali do Kanady, miałem roczek. Teraz, będąc tak blisko Kanady pomyślałem, że mógłbym do nich zajechać na dzień lub dwa, by ich poznać. Skontaktowałem się z nimi telefonicznie.
– Przyjeżdżaj choćby dzisiaj, drzwi zawsze otwarte. – Ciocia Michalina nawet nie przypuszczała, jak szybko do nich zawitam.
Może ciocia nie potrafiła sobie wyobrazić, że byłem tak blisko granicy z Kanadą. Blisko jej domu, rodziny, której nigdy na oczy nie widziałem, z wyjątkiem paru polaroidowych zdjęć, ale to było tak dawno. Bardzo chciałem ich poznać i nic nie mogło stanąć mi na drodze do zrealizowania tego planu, tak więc zdecydowałem pojechać jako jednoosobowa delegacja, by poznać mój „klonowy” klan. Byłem niesamowicie podekscytowany i codziennie o tym myślałem próbując wyobrazić sobie, jak będzie wyglądało nasze spotkanie. Od tej pory poświęcałem cały swój wolny czas na planowaniu wycieczki do Kanady. Z wielu różnych pomysłów poprzestałem na dwóch opcjach dojazdu do Winnipeg. Pierwsza zakładała odwiedzenie Anchorage i Fairbanks – dwóch dużych miast na Alasce, jak i parku narodowego Denali, skąd samolotem miałem lecieć do Winnipeg. Druga zakładała podróż do Kanady autobusem. Granicę miałem przekroczyć w pobliskim mieście Fraser, udając się do większej mieściny zwanej Whitehorse, skąd dalej Greyhoundem (autobusem dalekobieżnym) słynną drogą Alaskan Highway. Zajęłoby mi to kilka dni, ale czyż nie kusząca jest perspektywa obcowania z pięknem Alaski?
Wybrałem opcję drugą. Rzuciłem szybko okiem na mapę Kanady, by znaleźć warte odwiedzenia miasta. Vancouver jest piękne – pomyślałem. Calgary kojarzyło mi się z zimową olimpiadą, która się tam odbywała w roku 1988. Hmm… Byłem wtedy ośmioletnim brzdącem. Niestety, żadne z powyższych miast nie było po drodze do Winnipeg. Musiałem je odrzucić.
Pierwszy tydzień września powoli się kończył a ja kończyłem swoje kontrakty z pracodawcami. kanada mapWyjazd planowałem na 10 września. W przedostatnim dniu pracy w restauracji Fish Co., zgadałem się z jednym z barmanów i okazało się, że on, wraz z dwójką znajomych, będzie niebawem wyjeżdżał i jeśli chcę, to do Chicago może nie, ale do Montany mnie zawiezie.
– Muszę to przemyśleć – odpowiedziałem, jakbym to ja jemu robił przysługę.
– A kiedy wyjeżdżacie? – zapytałem, na co padła odpowiedź, że za tydzień, w poniedziałek. Zgodziłem się i tak ruszyliśmy do Prince George, skąd później autobusem do Edmonton, a stamtąd dalej do Winnipeg.