Darmowy e-Book anyone?

Nie rozumiem fenomenu Newslettera, Calling Centers, naganiaczy od Philipiaka czy innego tam Zeptera. A propos Newsletera, zastanawiam się czy pojawiający się on na wielu stronach i blogach jest czymś pozytywnym czy raczej negatywnym? Zastanawialiście się kiedyś jaki jest cel dopisania się do Newslettera? Czy faktycznie chodzi o to aby być na bieżąco z danym blogiem? Za dopisanie się do Newslettera blogerzy często dają coś w zamian, np. e-Booka. Często jest chyba dokładnie na odwrót, czyli: Dopisz się a ja Ci dam za to e-Booka; lub: Hej, tu jest dla Ciebie darmowy e-Book! Ściągnij go sobie! Ale…zanim to zrobisz, musisz się dopisać do Newslettera, ot taki malutki warunek. To tak jak na spotkaniu u Philipiaka mówią: Masz tu trzy super teflonowe i całkowicie darmowe patelnie! Ale… zanim je schowasz do torby, zapłać za czwartą.  Czy faktycznie otrzymujemy coś za darmo? Czy może ktoś nas robi, mniej lub bardziej świadomie, w bambuko? Niedawno wpadłem na ciekawego bloga, którego autor rozdawał swojego e-Booka bez żadnych warunków. Jedynie zasugerował, że jeśli książka się spodoba, można mu postawić w zamian e-Piwo, dokonując przelewu. W pełni dobrowolnie.

Idąc tym tropem, postanowiłem podzielić się swoim e-Bookiem, który można ściągnąć poniżej – zupełnie za free i bez żadnych warunków. Nie musisz ani stawiać e-Piwa ani wspominać, że ściągnąłeś/-aś książkę. Jedyne co możesz zrobić, jeśli Gość w Chicago Ci się spodobał, to ewentualnie podać go dalej (a jeśli się nie spodobał, napisz dlaczego). Bo jedyne na czym mi zależy to to, żeby e-Book trafił do jak największej liczby czytelników, a jego treść inspirowała do działania i pozytywnego myślenia.

Pobierz e-Booka tutaj

Czytaj dalej

Reklamy

Po prostu – Must see!

Jeśli interesuje (tudzież wkurza) was sprawa edukacji, zapewne znacie niejakiego Kena Robinsona. Jeśli układacie sobie zaś w głowie (lub już prowadzicie) kreatywny, innowacyjny lub po prostu ‚inny’ biznes, zapewne dobrze znacie Richarda Bransona. A czy słyszeliście o kimś takim jak Ricardo Semler? Bo jeśli nie, to proszę – poznajcie…

Poziomka czy winogrono – oto jest pytanie

pick oneW książce o tym samym tytule, Joanna Rubin zadaje mnóstwo ciekawych pytań z dziedziny ‘jak żyć- jak spełniać marzenia-jak być szczęśliwym-jak osiągać cele-jak myśleć o tym co nam się w życiu przytrafia’.

Pytań jest o wiele więcej. Czytelnik może natrafić np. na takie:

Czy warto być artystą? Skąd czerpać motywację? Czy warto słuchać innych? Jakimi ludźmi powinniśmy się otaczać? Jak to jest, że jedni spełniają swe marzenia a inni jedynie marzą? Jak wydostać się (i czy warto) ze swojej komfortowej bańki mydlanej? Na kogo można liczyć? Egoizm, jednostka a może kolektyw? Jak (i za co) być wdzięcznym? Czy jest (jedna) recepta (na sukces) dla wszystkich?

Co ważne – w książce, obok powyższych pytań, znajdziemy (lub nie) wiele inspirujących odpowiedzi.

Moje wrażenie? Pozytywne! Poziomkę czytało się (za)szybko i (za)szybko się skończyło. Ale to co dobre zawsze szybko się kończy..

Wydaje mi się, że trochę mi tu i ówdzie umknęło, bo pomimo, że wiele spraw, których autorka dotyka jest mi znanych, to myślę, że po kolejnym przeczytaniu wiele więcej by mi się w głowie rozjaśniło.. Tak to już jest, że te ważne życiowe prawdy są zazwyczaj banalnie proste. My się jednak doszukujemy zazwyczaj skomplikowanych rzeczy a te proste i ważne często umykają..

Tak czy inaczej, muszę powiedzieć, że ani razu się nie zaciąłem, nie miałem momentu, w którym musiałbym wracać do poprzedniej strony czy zdania by skojarzyć o co chodzi.. Wszystko szło jak po maśle a zarazem niosło jakże głęboki przekaz. Np. temat schizofrenii. Wiele osób na samo słowo ‘schizofrenia’ ma zawroty. Jednak okazuje się, że to się da (wy)leczyć i nie taki diabeł straszny..

poziomka-czy-winogrono-joanna-rubinKomu polecam Poziomkę czy winogrono? Każdemu. Dosłownie, bo każdy coś w niej znajdzie dla siebie. Nie wiem czy będzie tym inspiracja, motywacja czy wyczulenie na piękno sztuki czy życia.. Ale wiem, że warto po Poziomkę sięgnąć, by się przekonać jak na nas zadziała..

PS. A kim jest sama autorka Poziomki, Joanna Rubin? Jest osobą ciekawą ludzi i świata, a więc dużo pyta. Pyta zarówno w swej książce jak i też na kawie. Kogo i o co pyta? Idźcie na ‚na kawie’ i sprawdźcie.

Rok po premierze Gościa

Dokładnie rok temu (29 lipca 2013) wydawnictwo WFW wydało niejakiego Gościa w Chicago.. Książka trafiła do pierwszych recenzentów – blogowych moli książkowych.. Znaleźli się też pierwsi nabywcy (oczywiście nie licząc rodziny i przyjaciół:-)).. Również patroni medialni.. W międzyczasie pojawił się audiobook a następnie ebook.. Był też wieczorek autorski i Letnia Czytelnia..Kilka słów do kamery czy radiowego mikrofonu.. Niektórzy brali Gościa w podróż..np. do Paryża lub Chicago.. Inni pili z Gościem Guinnessa.. Pewnie byli też tacy, którzy zalali go kawą, wysmarowali czekoladą lub wysypali na niego chrupki.. Ale najważniejsze dla Gościa było to, że po niego sięgnęliście i poświęciliście kilka chwil (lub nawet zarwaliście nockę) by zapoznać się z dziejami Kamiennogórzanina…

Jeszcze raz Wam wszystkim dziękuję i zapraszam na torta!! To dzięki Wam i dla Was Gość obchodzi dziś swe pierwsze urodziny 🙂

Pamiętajcie też, że ciekawymi historiami należy się dzielić, podawać dalej z nadzieję, że zainspirują innych…

~Karol Stefański~

rocznica gościa

Łatwo jest „być w zmianie” ale czy łatwo w nią wejść?

heraklitZgadzam się z powiedzeniem, że ‘jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana’ (Heraklit z Efezu). Każdego dnia (a nawet nocy) świadomie lub nieświadomie przechodzimy przez wiele zmian. Czasem jednak nasza świadomość wszystko nieco nam komplikuje gdy zauważa na swej drodze potencjalną zmianę. Podpowiada, byśmy dokładnie całość przeanalizowali i odpowiedzieli sobie na jakże ważne pytanie – Czy ja mam wystarczająco umiejętności aby ‘wejść w tę zmianę?

Nic bardziej błędnego! Powyższe pytanie (w większości przypadków) nas zastopuje przed podjęciem kroków ku zmianie. Bo przecież nie znam wystarczająco języka, bo nie mam skończonych dwóch kierunków czy nie potrafię negocjować.. Znacie to skądś? Lub powiedzenie – Musiałbym być szalony, żeby… Czasami jednak trzeba być szalonym.

Ostatnio rozmawiałem ze znajomym o mojej 6-letniej, pełnej zmian tułaczce po Stanach Zjednoczonych. Opowiadałem jak to wielokrotnie i regularnie zmieniałem pracę, otoczenie, mieszkanie, nawyki czy zainteresowania. Jak z dnia na dzień, nie znając języka angielskiego, zostałem pomocnikiem kelnera w samym centrum ‘gastronomicznego’ Chicago, gdzie musiałem radzić sobie z podstawowymi problemami komunikacyjnymi jak i zawodowymi.

Gdy niespełna rok później zostałem (znów z dnia na dzień i bez żadnego przygotowania) pracownikiem ogromnego sklepu z podłogami, doznałem kolejnego szoku. W pierwszym dniu szkolenia dano mi taką dawkę informacji na temat rodzajów drewna, lakierów czy bejc (po angielsku oczywiście), że nie byłem w stanie tego w żaden sposób ogarnąć. Aby urozmaicić mi kolejny dzień, inch in cmwłaściciele sklepu zaczęli do mnie coś mówić o stopach, łokciach i innych częściach cała. Nie była to bynajmniej lekcja anatomii a omówienie amerykańskiego systemu miar. Patrzyłem więc na mojego ‘nauczyciela’, który pokazał mi ze dwadzieścia różnych deseczek mówiąc, że ta to jest 3/4 a tamta 5/8. Że to jest brazylijska wiśnia a to amerykańska czereśnia. Że to jest miękkie drewno a to twarde. Że to przyjmuje bejce a to nie. Jedyne co wtedy potrafiłem rozpoznać to to, że jedno było drewnem solidnym a drugie tzw. panelem, czyli składające się z kilku warstw i tym samym mniej wytrzymałym. Cała reszta wychodząca z ust szkoleniowca była dla mnie niezrozumiałym bełkotem. Byłem jednak na tyle dzielny (i zainteresowany tematem), że trzeciego dnia, z uśmiechem na twarzy, wróciłem na kolejne wykłady i prezentacje. Mój przełożony zauważył, że nadmiar informacji w krótkim czasie mi nie służy, toteż zaproponował bym po prostu obserwował i przysłuchiwał się każdej jego ‘transakcji’ z klientem. Tak też uczyniłem. Powoli zacząłem dostrzegać powtarzające się schematy, jak np. że większość klientów wybierała niewykończony dąb czerwony o grubości deski 3/4 cala i szerokości 2 i 1/4 . Potem doszły szersze i te z innego drewna. Następnie bejca, lakiery, progi, papiery ścierne, uszczelniacze i cały arsenał innych ‘gadżetów’ podłogowych. Po kilku miesiącach czułem się jak ryba w wodzie zarówno ‘na sklepie’ jak i na magazynie. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze obsługa programów komputerowych do sprzedaży, obsługa płatności nie tyle gotówką co czekami i kartami kredytowymi, czy na wewnętrzny kredyt, co też było dla mnie nowością. Oby tego było mało, czeki należało sprawdzać telefonicznie z instytucjami windykacyjnymi. A przy tym wszystkim jeszcze na okrągło dzwonił telefon sam w sobie.

W sklepie z podłogami nabyłem wiedzy nie tylko z dziedziny drewna ale również obsługi klienta i wielofunkcyjności (część mnie była za ladą, część w magazynie, część ładowała lub rozładowywała ciężarówkę, część robiła dowózkę, inna część latała z mopem, jeszcze inna odrabiała szkolne zadanie domowe i odbierała pięć telefonów na raz).

Ballet shoesGdy tak opowiadałem o powyższych, jak i wielu innych przykładach (zamieszkanie z Kolumbijczykami, podróż na Alaskę, studia w szkole baletowej czy nauka hiszpańskiego po angielsku w koledżu), mój znajomy zapytał jaki miałem przepis na wdrażanie tych wszystkich zmian. I tu nastąpiło lekkie zaskoczenie, tudzież może nawet rozczarowanie mojego rozmówcy, który chyba spodziewał się bardziej skomplikowanego przepisu. A mój przepis był (i jest) bardzo prosty, wręcz banalny (ale taki chyba powinien być?). Ja się w tych wszystkich sytuacjach znalazłem (czasem ze swojej woli a czasem zostałem popchnięty przez innych) , co ważne – bez wcześniejszego zastanawiania czy podołam czy nie (choć chyba podświadomie wiedziałem, że dam radę). A jak już byłem na głębokiej wodzie (tkwiłem w zmianie) to robiłem wszystko by (wy)pływać jak najdalej od brzegu.

Teraz jak patrzę na to z perspektywy czasu, to wydaje mi się, że jakbym przed każdą zmianą kalkulował czy dam radę i czy w ogóle mam wystarczające umiejętności by ‘wypłynąć na głębokie morze’, jestem pewien, że bym nawet nie spróbował, nie ‘wszedł w zmianę’. Bo przecież nie miałem nawet podstawowych umiejętności i wiedzy z dziedzin, w które wchodziłem.

Postępowałem chyba trochę jak dziecko, które nie ma hamującego go bagażu złych doświadczeń (porażek). Ale tak właśnie należy postępować. W innym wypadku jest wielce prawdopodobne, że w kalkulacjach i analizie ‘za’ i ‘przeciw’, znajdziemy więcej tych drugich.

Tak więc zachęcam wszystkich do spalenia swoich statków przed wejściem na wyspę, którą chcecie zdobyć. Zachęcam do wiary w siebie i w to, że jesteśmy w stanie nauczyć się takich rzeczy, o których nam się nawet nie śniło.. Do dzieła!

burn the boats

Pomówmy o kompleksach – czy je mamy i czy ich posiadanie jest zawsze złe?

Jak byłem w podstawówce miałem odstające uszy (tzn. dziś też mam), które mnie, jak wtedy myślałem, bardzo oszpecały. Oszpecały na tyle, że chciałem je zoperować!  Jako że nie natrafiłem na chirurga plastycznego, sam przyklejałem je plastrem lub taśmą klejącą do tylej części głowy.. by nie odstawały..

Łukasz Jakubiak miał zbyt duży nos.. i też chciał zoperować.. Dziś już nie chce..

A Ty miałeś jakiś kompleks w młodości (lub w teraźniejszości)? Jak bardzo Ci przeszkadzał/przeszkadza? Czy zoperowanie go to jedyna droga by się kompleksy zniknęły?

Jakkolwiek myślisz – na pewno będziesz myślał inaczej po obejrzeniu poniższego wywiadu:-)

Pełna Moc Możliwości – czyli inspirujące spotkanie z Jackiem Walkiewiczem i spółką

pełna moc

Seminarium ‘Pełna Moc Możliwości’ miało miejsce w piątek, 11 kwietnia w Centrum Konferencyjnym EXPO XXI w Warszawie.

Na początek nastrojowa muzyka płynąca z głośników i inspirujące cytaty pojawiające się na telebimach. Później jeszcze więcej muzyki. Muzyki na żywo w wykonaniu Viki.

9:15 – czyli, uwzględniając studencki kwadrans, ZACZYNAMY!

mateuszJako pierwszy wystąpił aktor Mateusz Damięcki ze swoją opowieścią o 63-dniowej podróży przez Rosję. Muszę przyznać, że byłem nieco uprzedzony i podszedłem do tej prezentacji z dystansem. W głowie miałem gościa, który został wysłany na przygotowaną i w pełni sfinansowaną wycieczkę na Syberię. Jak się szybko okazało, zupełnie pomyliłem się w swoich bezpodstawnych uprzedzeniach co do Mateusza, który swą historią, autentycznością i pełną emocji opowieścią przeniósł mnie w świat natury, gdzie czas płynie wolniej a ludzie mają zupełnie inne wartości od tych, które spotykamy w dzisiejszym, jakże zabieganym świecie.

Czym jest Rosja? – padło pytanie.. Chwila ciszy.. Publiczność przebierając oczami, zaczęła kreować różne warianty odpowiedzi. Mateusz podpowiada – mógłbym powiedzieć, że Rosja to te kamienie, rzeki, góry, które widzicie tu na zdjęciach.. A może Tajga i Tundra..? Czymże więc jest Rosja?

Otóż, Rosja to.. ludzie.. Brzmi banalnie? Ile jednak w tym jest głębi, uczuć i piękna..

Nasz podróżnik przedstawił bliżej kilku wyjątkowych Rosjan, których spotkał na swej drodze do Magadanu. Rosjan, którzy są ciepli, przyjaźni, pomocni, wyrozumiali, a przede wszystkim bardzo ludzcy i niematerialni. Ludzi, dla których czas spędzony z drugim człowiekiem jest cenniejszy niż 1000 rubli czy dolarów.

michałDrugim prelegentem był Michał Maj – młody pasjonat spełniania swych, czasem dziwnych marzeń. Michał opowiadał jak któregoś dnia wpadł na pomysł udania się na Alaskę by zobaczyć niedźwiedzia czy do Pekinu by zjeść miskę ryżu. Postanowił też pojeździć na nartach po pustyni czy taksówką po Nowym Jorku. Michał stworzył całą listę marzeń, które powoli realizuje – ot cała jego filozofia. Po wykonaniu ‘zadania’, dzieli się swoimi wrażeniami i inspiruje innych na swoim blogu.

Każdy z nas ma przecież marzenia, co więc wyróżnia Michała? Otóż, on podchodzi do sprawy bardzo praktycznie – zamiast szukać wymówek, że mu się nie uda czegoś zrobić – szuka drogi do ich spełnienia. Michał nie jest milionerem (jeszcze), który swe marzenia osiąga latając klasą bussines czy pływając prywatnym jachtem. On szuka niekonwencjonalnych i ekonomicznych rozwiązań. Na przykład do Afryki pojechał auto stopem, co zajęło mu około 4 dni.

ewaKolejna na scenie pojawiła się Ewa Foley, która wprowadziła coś w rodzaju harmonii i spokoju. Ewa opowiadała o tym jak żyć pozytywnie i patrzeć na wszystko z tejże pespektywy. Ewa pokazała, że nawet po stracie bliskiej osoby można się podnieść, jeśli się do tego podejdzie z odpowiednim nastawieniem.

Jej wystąpienie było pełne ciepła, miłości i wrażliwości i przytuleń.

kamilNastępny z kolei przemówił człowiek nazywany swego czasu, najmłodszym polskim milionerem. Człowiek wyluzowany, inny, jedyny w swoim rodzaju. Praktyk i szczery do bólu realista. Od młodego wieku zawsze płynął pod prąd – zamiast sam uczyć się do matury, wolał masowo nagrywać i sprzedawać ściągi na płytach CD. Kamil Cebulski, pomimo, że sam nigdy studiów nie skończył, założył wyższą szkołę Biznesu, w której wykładają nie nauczyciele a przedsiębiorcy. Kamil opowiadał o tym jak wybudował rurociąg w niewielkiej afrykańskiej wiosce i o tym, że wywiózł z Polski ponad 600 osób – w tym wielu bankrutów, którzy za granicą znaleźli swoją nową drogę by zacząć z tabula rasa. Zastanawiam się na jaką ocenę powinno zasłużyć jakże oryginalna i bliska prawdy interpretacja fragmentu ‘Ody do młodości’ –

Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze,

Ten młody zdusi Centaury,

Piekłu ofiarę wydrze,

Do nieba pójdzie po laury.

marcinNastępnie, wraz ze swoją własną białą mównicą, na scenę wszedł mierzący ponad 2 metry człowiek, który wnosząc kawał drewnianej konstrukcji, przemówił – W życiu musimy sami zadbać o swoje sprawy, nikt tego za nas nie zrobi. Marcin Prokop opowiadał m.in. o tym jak utrzymać się w mediach na dłużej niż kilka miesięcy. Jedną rzeczą, może dla wielu banalną, jest to, że w mediach należy być autentycznym. Nie można grać kogoś innego bo to prędzej czy później wyjdzie pociągając za sobą negatywne skutki. Myślę, że nie tylko w mediach ale i w życiu należy pamiętać o tej zasadzie.

marekPo Marcinie na scenie pojawił się człowiek, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Polecony przez ‘króla networkingu’ – Grzegorza Turniaka, przyjechał, by przekazać nam m. in. wzór matematyczny na zmianę. Marek Skała przekonywał publiczność, że aby wdrożyć w życie zmianę należy się najpierw porządnie wściec. Następnie mieć wizję tejże zmiany i co ważne – wykonać pierwszy krok. I najlepiej jak to wszystko będzie silniejsze niż napotkany opór strachu, próbujący nas przed zmianą powstrzymać. Marek mówił o zmianie nawyków i o sile emocji, które niczym stado słoni, jak ruszą – będą trudne do zatrzymania.

Myślę, że po tylu wystąpieniach, niejedna osoba w sali mogła spokojnie, pełna wrażeń i inspiracji, pójść do domu. Tempo jak i nakład treści dotychczas nam przekazanych faktycznie były ogromne. Ludzie zaczęli więc powoli wstawać i wychodzić.. Na szczęście – była to tylko przerwa obiadowa, po której miał wystąpić gwóźdź programu, czyli właściciel campera, pontonu i niewielkiej księgarni na Chmielnej, a zarazem inicjator seminarium – Jacek Walkiewicz. Nie łatwo jest w kilku słowach przedstawić Jacka i tego co przekazał w swoim wystąpieniu, jako że poruszył naprawdę mnóstwo tematów. Może napiszę tak – dla tych, którzy go nie znają – polecam na początek słynną przemowę o camperze jak i wiele innych krążących filmików czy wywiadów.

jacek wWysunę trzy rzeczy, które wg mnie, wyszły na pierwszy plan. Pierwsza to to, że w życiu często nie znamy całego obrazu i nie wiemy czy coś jest dobre czy złe w danym momencie. Jacek opowiedział historię o właścicielu konia.

Wieśniak miał konia. Przyszedł sąsiad celem odkupienia zwierzęcia, jednak wieśniak się nie zgodził. Kilka dni później koń zniknął. Sąsiad znów przyszedł i powiedział:

Widzisz, straciłeś konia. Jakbyś wtedy go mi sprzedał, miałbyś pieniądze. A tak nie masz ani konia ani pieniędzy.

Na co wieśniak odpowiedział:

Nie znamy całego obrazu. Koń po prostu zniknął. To nie jest ani dobre ani złe. Po prostu koń zniknął i go nie ma.

Kilka dni później koń wrócił. Ponadto przyprowadził całe stado innych koni. Sąsiad powiedział:

Miałeś rację, dobrze, że go wtedy nie sprzedałeś. Teraz masz dużo koni i będziesz bogaty.

Na co wieśniak odpowiedział:

Nie znamy całego obrazu. Po prostu koń przyprowadził inne konie. To nie jest ani złe ani dobre.

– Syn wieśniaka któregoś dnia uczył się jeździć na koniu i z niego spadł w wyniku czego złamał sobie ręce i nogi, zostając kaleką.

Sąsiad powiedział:

– Źle postąpiłeś. Powinieneś tego konia mi wtedy sprzedać. Nic złego by się nie stało.

Na to wieśniak:

Nie znamy całego obrazu. Po prostu mój syn złamał ręce i nogi. To nie jest ani złe a ni dobre.

Jakiś czas później wybuchła wojna i wszystkich młodocianych z wioski wysłano na front, gdzie w dzielnej walce zginęli.

Sąsiad przyszedł do wieśniaka powiedział:

Wszyscy młodzi zginęli na wojnie a Twój syn przeżył, bo go nie wzięli. Jesteś szczęściarzem.

Na co wieśniak odparł:

Nie znamy całego obrazu. Po prostu mój syn żyje. To nie jest ani złe a ni dobre.

Daje do myślenia, czyż nie?

Drugą rzeczą, która mnie ujęła była wzmianka o tym, iż w życiu na wszystko przychodzi czas i że pewne rzeczy warto mieć i zrobić. Jest czas na posiadanie monocyklu czy pontonu, ale gdy nadchodzi czas na rozstanie się z tymi rzeczami, należy to bez żadnych skrupułów zrobić. Trudno jest niektórym ludziom zrozumieć, że będzie się zbierało cały rok na, powiedzmy, ponton, żeby później przepłynąć się nim 3 razy na wakacjach i odstawić w kąt/sprzedać. Przecież to głupie, niepraktyczne, itp. Ale gdy przygotowujemy się do ślubu i zbieramy na drogą suknię, by ją ubrać tylko na jeden wieczór i odstawić/sprzedać – to ma sens, tak? Czyli ponton nie ma sensu ale suknia ma.. Więc jak to jest, że na jedne rzeczy łatwiej nam wydać a na inne trudniej?

Trzecią rzeczą jest powszechnie znana w naszym kraju filozofia ‘uważaj/nie rób tego’. Gdy dziecko jest małe – często słyszy: nie biegaj, uważaj, nie rób tego, to nie dla ciebie, nie poradzisz sobie, itp. Gdy dorasta i chce przejechać auto stopem Europę, słyszy: zwariowałeś? A gdy mówi, że idzie na architekturę lub medycynę gdzie jest 20 osób na jedno miejsce, rodzić odpowiada: to ty składaj lepiej papiery gdzie indziej. Ilu rodziców mówi do swoich dzieci w inny sposób? Czy znacie kogoś kto będąc na spacerze (górskim lub zwykłym) z dziećmi zamiast słowa uważaj użyje skacz/uda ci się/dasz radę tam wejść! ? Czy rodzica, który do swojego dziecka, aplikującego na trudny kierunek studiów, powie: Słuchaj, te 19 osób aplikujące z Tobą na jedno miejsce ma duży problem. Jacek Walkiewicz jest właśnie takim rodzicem, który wspiera a nie ogranicza. Rodzicem, który rozwija dziecku skrzydła a nie je podcina. Jako, że Jacek dużo opowiadał o zdrowych stosunkach na płaszczyźnie rodzic-syn; a może nie chcąc by były to tylko słowa, postanowił zaprosić więc na scenę gościa specjalnego – swojego syna i bohatera wielu swoich opowieści – Janka Walkiewicza. Janek mówił o swojej 18-miesięcznej podróży przez Pacyfik – podróży, w której znalazł odpowiedzi na wiele nurtujących go pytań – pytań, których inni nigdy nawet sobie nie zadadzą..