Kanada 3 – Alaskan Highway, uliczne niedźwiedzie i gorące wody we mgle

alaskan highwayZnajdowaliśmy się na Autostradzie Panamerykańskiej. Dave zadzwonił do dziewczyn, by zapytać o adres restauracji, w której się znajdowały i żeby zamówiły nam po omlecie, bo zaraz do nich dołączymy. Kwadrans później, siedzieliśmy już w czwórkę, popijając kawę i czekając na omlety. Po wejściu do restauracji Niki rzuciła mi się w ramiona, a Dave zaczął opowiadać o szczegółach zajścia na granicy. Pochwaliłem się dziewczynom moim czarno – białym, wpiętym do paszportu faksem prosto z ambasady. Niki najwyraźniej mnie polubiła, bo z nieskrywaną troskliwością, a wręcz czułością wypytywała o wrażenia z granicy, skrupulatnie przyglądając się mojemu zdjęciu w paszporcie. Nie ukrywam, że dziewczyna mi się podobała i w normalnych okolicznościach nie broniłbym się przed dalszym rozwojem akcji. Byłem jednak w dość niezręcznej sytuacji, gdyż Dave w podróży często poruszał temat Niki. Wspominał, że jest singielką, ale jakoś nie mógł do niej trafić. Niki była przewodniczką górską, ale czasami oprowadzała też turystów po mieście. Nie mieściło mi się w głowie, że w tak małej mieścince jak Skagway nigdy jej nie spotkałem. Gdybyśmy wpadli na siebie zanim spodobała się mojemu koledze, sprawy być może potoczyłyby się inaczej. Jednak teraz, wiedząc, że on się nią interesuje, dałem sobie spokój.
Po skończeniu posiłku i dopiciu kawy ruszyliśmy w drogę, od czasu do czasu zatrzymując się na toaletę, rozprostowanie nóg czy pstryknięcie kilku fotek.hi 5
– Hej, Dave, patrz szybko! Tam! – wykrzyknąłem, pokazując na pobocze drogi.
Dave zwolnił, by się przyjrzeć a ja wyciągałem aparat, otwierając w tym samym czasie okno. Chciałem uchwycić uciekającego wystraszonego, czarnego, jakże pięknego, a zarazem śmiertelnie groźnego zwierzaka.
– Nigdy nie widziałem niedźwiedzia z bliska w naturalnym otoczeniu – oznajmiłem.
– Miesiąc temu, kawałek za Skagway, widziałem całą rodzinkę takich, jak sobie przechodziły przez ulicę – powiedział Dave. – Moim marzeniem jest, by udać się kiedyś na północ Alaski, np. do miasteczka Barrow, żeby poobserwować takie niedźwiadki, tyle że białe, pływające na krach lodowych – rozmarzył się Dave.
Udając się na południowy wschód Kanady, oprócz dzikiej zwierzyny, mijaliśmy góry, pola, lasy, jeziora, rzeki, jak i rozstawione nad nimi mosty (często wyglądające na dość stare drewniane konstrukcje). Jako że dochodziła godzina dwudziesta druga jednogłośnie stwierdziliśmy, że najwyższy czas na kolację i nocleg. Skonsumowaliśmy wcześniej zakupione kanapki popijając je chłodnym puszkowym Budweiserem i planując rozkład siedzeń w samochodzie, na których mieliśmy spać. Wspólna noc, ciekawe, kto z kim będzie spał? Zacząłem zastanawiać się, czy Dave wykona jakiś ruch w kierunku Niki. Po tym jak usłyszałem trzask zamykanego bagażnika i mamroczącego coś pod nosem Dave’a ze śpiworem i dwoma kocami pod pachami, zdałem sobie sprawę, że jednak nie.
– Idziemy spać – wymamrotał rozkładając oparcie fotela.
Po chwili i ja się ułożyłem wsłuchując się w delikatne świsty dochodzące z zewnątrz, do których wkrótce dołączyło chrapanie Dave’a. Zanim zdążyłem go szturchnąć, sam odpłynąłem w głęboki sen, którego rano już nie pamiętałem.
Kolejny dzień powitał nas mglistym i wilgotnym porankiem. Gdy otworzyłem oczy, Dave szukał czegoś na mapie dokładnie ją studiując, a gdy zauważył, że się obudziłem, wykrzyknął tonem strażnika granicznego:
– Dzień dobry panie Karol Stefansky! Idę budzić dziewczyny, bo niebawem będziemy się zbierać na małą przechadzkę.
– Zaraz się dowiecie, dlaczego spaliśmy właśnie na tym parkingu – krzyczał Dave, waląc w tym samym czasie w okno samochodu dziewczyn. A jak już wyszły, to zamiast słuchać tego, co miały do powiedzenia, sam zabrał głos mówiąc, że w pobliżu jest jedno miejsce, które bardzo chce nam pokazać, ale do tego musimy się pospieszyć, bo przy takim chłodzie i mgiełce będzie lepszy efekt.
– Może byś najpierw przeprosił nas za tak wczesne zerwanie z łóżka, to znaczy z niewygodnego samochodowego fotela, Dave? – zaprotestowała płeć piękna dodając, że jest zbyt zimno, by się gdziekolwiek wybierać.
– Na pewno nie za zimno, by pójść do toalety – wtrąciła Niki biorąc Mary za rękę, po czym zniknęły we mgle.
– Też skoczę – oznajmiłem startując w kierunku szaletu.
Kiedy wróciliśmy, Dave znów nawijał o swym magicznym miejscu. Zacząłem się zastanawiać, co mogło być takiego przyjemnego w porannym błąkaniu się po bliżej nieznanym parku, z widocznością na kilka metrów. Nic się jednak nie odzywałem będąc w pełni gotowy na kolejny dziwaczny pomysł Dave’a.
Chwilę potem Dave pobiegł po ręczniki tłumacząc, że swetry mu w nocy zamokły, więc się opatuli ręcznikami, by było mu ciepło. Nic mnie już nie dziwiło, a ze śmiechu i mi zrobiło się cieplej.
– Hej, Dave! – krzyknęła Niki.
– Może ci pożyczę parasolkę? – szyderczo zapytała Mary. Ruszyliśmy ku tajemniczemu miejscu.
– Na pewno nie pożałujecie i jak już tam dotrzemy, będzie wam cieplej – Dave próbował pocieszać koleżanki. Mnie natomiast zastanawiała duża liczba samochodów znajdujących się na naszym parkingu.
– To jakieś szczególne miejsce do spania dla przejezdnych? – zapytałem.
– To miejsce jest wyjątkowe, o czym wszyscy się za chwilę przekonacie.
– Nie tylko można tu spać, ale również wykąpać się – odpowiedział na moje pytanie Dave, pokazując palcem na dwie idące opodal osoby, okutane od stóp do głów ręcznikami.
– Ale gdzie, skoro tu oprócz szaletu nic nie ma? Nawet maszyny do kawy – odpowiedziałem zdziwiony.
– Nie marudź! Na kąpiel, jak i kawę, przyjdzie pora.
Chwilę później Dave, wyjął mapę, poszeleścił nią trochę i chcąc sprawić wrażenie że wie, gdzie się znajdujemy, wykrzyknął:
– Moi mili, jesteśmy na miejscu!
Dziewczyny od dłuższego czasu idąc w milczeniu też nagle oznajmiły dość wysokim głosem:
– Tam! Patrzcie! Jacyś ludzie!
liard hot springsZ każdym następnym krokiem dostrzegaliśmy kolejne postacie. Widząc, co one robią nie wytrzymałem i sam wykrzyknąłem:
– Pogięło ich? Kąpać się w jeziorze w takie zimno? I jeszcze przy takiej mgle?
– To jest miejsce, do którego was chciałem zabrać – zaczął „przewodnik” Dave. – Co do mgły, to nie jest mgła, a co do kąpania – to zaraz do nich dołączymy. I wy też – dodał, odwracając głowę w stronę dziewczyn.
Zanim zdążyły coś powiedzieć, Dave objaśniał:
– Moi mili. To są jeziorka termalne, a ręczniki wziąłem, byśmy użyli ich po kąpieli. W związku z tym, iż na zewnątrz jest wciąż dość zimno, a woda gorąca, tu będzie ten efekt, o którym wspominałem wcześniej – ciągnął już do połowy rozebrany. – A ta niby unosząca się mgła, to para pochodząca z gorącej niczym w jacuzzi wody – wykrzyknął Dave chwilę przed całkowitym zanurzeniem.
– No to dziewczyny mamy dwa wyjścia; albo tu marzniemy, albo wskakujemy – powiedziałem, na co one wymruczały, że później, przy wychodzeniu, będzie jeszcze zimniej.
Nie zmieniło to jednak faktu, że przez następne pół godziny wszyscy wygrzewaliśmy się w tej ogromnej wannie. Faktycznie, efekt piorunujący – szczególnie przy opuszczaniu jeziorka. Drżeliśmy z zimna wychodząc na zewnątrz. Gdy Dave przyniósł ręczniki okazało się, że wchłonęły sporo wilgoci, więc były zimne, mokre i całkowicie bezużyteczne. Szybkim krokiem udaliśmy się z powrotem na parking, by dosuszyć się i przebrać w coś cieplejszego.
Niedługo potem ruszyliśmy w dalszą drogę, z przystankiem na obiecaną wcześniej kawę, a później jeszcze na obiad. Około piętnastej dotarliśmy do Port St. John, czyli mojego przystanku końcowego.
Rozstaliśmy się na parkingu Greyhounda, skąd za ponad godzinę miałem autobus do Edmonton. Niki podeszła do mnie jako ostatnia.
– Szkoda, że dalej jedziemy bez ciebie, Karol – zaczęła. – A w ogóle to szkoda, że wcześniej się nie spotkaliśmy, jeszcze w Skagway.
Czy ona musiała to mówić? – pomyślałem, czując jak przyśpiesza mi tętno.
– Wyjęłaś mi to z ust – odpowiedziałem.
– No to jak wyjęłam, to teraz oddam – mówiąc to Niki zbliżyła się i mnie pocałowała.
Jak wcześniej starałem się nie sprawiać Dave’owi przykrości, tak w tym momencie nie miałem nic do powiedzenia – odpłynąłem, gdy zaczęliśmy się całować.
– Muszę już iść – powiedziała. – Ale będziemy w kontakcie. Masz tu mój numer i adres e-mail. Będę czekać na wiadomość od ciebie.bye for now
– Pa, Niki – odprowadziłem ją wzrokiem do samochodu. Karteczkę gdzieś zgubiłem. Jedynym pośrednikiem, przez którego mógłbym się z nią skontaktować był Dave. Nigdy jednak go o jej adres nie zapytałem, a i nasz kontakt umarł wkrótce śmiercią naturalną. W Edmonton byłem grubo po północy, a najbliższy autokar do Winnipeg podjeżdżał o drugiej. Zafundowałem więc sobie dużą kawę z mlekiem i sączyłem ją przysypiając na ławce w poczekalni.

Reklamy

Kanada 2 – Tajna misja

visa canadaDwoma samochodami wyjechaliśmy 16 września o świcie. Była nas czwórka – dwie dziewczyny: Niki i Mary, czyli koleżanki Dave’a jadące w jednym aucie i dwóch facetów w drugim, czyli wspomniany już Dave – barman z Fish Co. i ja.
Wcześniej pytałem Dave’a, czy nie będzie problemu z moja wizą, bo z tego co się orientowałem, Polacy muszą ją posiadać przy wjeździe do Kanady.
– Nie przejmuj się! – zapewniał mnie Dave. Amerykanie, by wjechać na teren Kanady, nie muszą mieć paszportów. Wystarczy, że śmigną kartą ID (odpowiednikiem naszego dowodu osobistego) przed oczami strażnika i on od razu otwiera szlaban. Często widząc że jadą Amerykanie, nawet nie pytają o dokument.
– Ale ja nie jestem Amerykaninem i nie mam czym śmignąć przed oczyma owemu strażnikowi – wyjaśniłem.
– Spoko, spoko. Wezmą cię za jednego z nas i nie będzie problemu – zapewniał Dave.
– No dobra – ufnie przytaknąłem wiedząc, że i tak nie mam czasu na wyrobienie kanadyjskiej wizy.
Po około pół godzinie dojechaliśmy do granicy. Ale granica – myślę widząc dwa szlabany i nieduży barak po lewej stronie. Dziewczyny przed nami zwalniają, przez otwarte okno podają swoje dokumenty ID i prawa jazdy podchodzącemu strażnikowi, ten im je oddaje, okno się zamyka i dziewczyny są już w Kanadzie. Teraz nasza kolej. Strażnik podchodzi a nasze okno się otwiera. Dave od razu zagaduje, jaka to ładna pogoda i że my jesteśmy razem z tymi dziewczynami, które wjechały przed nami – mówi pokazując w kierunku auta dziewczyn. Strażnik rozglądając się po naszym samochodzie, grzecznie zapytał o dokumenty. Ustaliliśmy wcześniej z Dave’m, że w takiej sytuacji na pierwszy ogień mam mu dać moje ID, które wyrobiłem sobie w Skagway. Nie było ono stanowym dokumentem, a raczej identyfikatorem dla obcokrajowców, którzy pozostawali na Alasce dłużej niż miesiąc. Na kartę Dave’a strażnik tylko zerknął a mojej jakoś się tak przyglądał. Padła pierwsza seria pytań, na które Dave pomagał mi odpowiadać. Strażnik po chwili poprosił o paszport. I tu znów zaczął się przyglądać, sprawdzać i Canada-USA-Borderszeleścić moim dokumentem, po czym stwierdził, że widzi wizę. Fajnie, więc wszystko okej – pomyślałem, ale on dodał, że owa wiza uprawnia do przebywania na terenie Stanów Zjednoczonych, a Kanada do nich nie należy.
– Na wjazd do Kanady potrzebna jest wiza kanadyjska! – oświecił nas strażnik, jakbyśmy tego nie wiedzieli.
Dave, szybciej mówiąc niż myśląc, zaproponował strażnikowi, by mi taką wizę tu wbili i będzie po kłopocie. Powymieniali między sobą jakieś uwagi, po czym strażnik poprosił mnie do baraku. Oczywiście nie miałem żadnych sprzeciwów i grzecznie wysiadłem widząc, jak twarz Dave’a przybiera wyraz zakłopotania. W baraku musiałem przejść rutynową kontrolę, jak i odpowiedzieć na serię pytań, takich jak np. gdzie jadę, dlaczego przez Kanadę, ile mam pieniędzy, itp.
Zacząłem wyciągać na stół wszystkie swoje rzeczy próbując przekonać teraz już dwóch strażników, że zamierzam pozostać w Kanadzie tylko tydzień. Nie wyglądali jednak na chętnych, by mi uwierzyć. I było tak dopóty, dopóki nie dałem im wizytówki wujka z Winnipeg mówiąc, by zadzwonili i zapytali, czy do niego właśnie jadę. Oprócz tego pokazałem też mój bilet lotniczy, na którym widniała data powrotu na 28 września. Powyższe argumenty jakby pomogły, ale wciąż nie rozwiązały mojego problemu wjazdu do Kanady.
– Na granicach wiz się nie wydaje – powiedział jeden ze strażników.
– Chyba że, momencik – przerwał mu drugi.
Coś tam między sobą pogadali i po chwili zwrócili się do mnie mówiąc, że istnieje jeszcze inna opcja, a mianowicie mogliby się skontaktować z kanadyjską ambasadą i poprosić o przefaksowanie wizy. Usłyszawszy to czułem, jak mi rosną skrzydła.
– Możemy spróbować, ale to nic pewnego – dodał jeden z nich, gdy już pakowałem swoje rzeczy.
Strażnicy zatrzymali mój paszport i pozwolili wrócić do samochodu.
– Co oni ci tam robili przez tyle czasu? – wykrzyknął Dave. – Wszystko OK.? – szybko dodał.
– Chyba musimy uzbroić się w cierpliwość – odpowiedziałem tłumacząc, co zaszło w baraku.– A gdzie dziewczyny?
– Zgłodniały, więc pojechały na omleta do pobliskiego miasteczka, gdzie mamy się później spotkać – odpowiedział Dave.
– Mam nadzieję, że w takim samym składzie – dodałem.
Dave wpakował mnie do samochodu, bo ze zdenerwowania łaziłem w kółko jak głupi. Puścił jakąś badgeśmieszną muzykę, by oderwać trochę moje myśli.
– Panie Karol Stefansky – rzekł do mnie zbliżający się z moim paszportem w ręku strażnik. – Tak więc, panie Stefansky – powtórzył. – Mam tu pana paszport a w nim. – kontynuował, na co moje myśli same odpowiedziały, że pewnie w paszporcie mi wbili misia z zakazem wjazdu na lat dziesięć. Pomimo tego starałem się odepchnąć negatywne myśli na drugi tor i skupić na tym, co miał mi do powiedzenia strażnik.
– No więc w paszporcie znajdzie pan trzydziestodniową kopię jednorazowej wizy, która upoważnia pana. – dalej już nie słuchałem, choć oddając mi paszport strażnik usilnie zaznaczał, żebym uważał na przyszłość. Podziękowałem za fatygę i po chwili skierowałem swój wzrok na otwierający się szlaban słysząc, jak Dave dzwoni do dziewczyn wykrzykując – „On the way!”, czyli, że jesteśmy w drodze.

Kanada klonem pachnąca – Po drodze

canada-635x382Po stu dniach spędzonych na Alasce przyszedł czas, by ją opuścić. Zamierzałem udać się do Chicago, jednak postanowiłem pojechać tam przez Kanadę i odwiedzić swoją rodzinkę, która mieszkała w Winnipeg od 1981 roku. Składała się ona z czterech osób: cioci Michaliny, jej męża Adama i ich dzieci Moniki i Sebastiana. Gdy emigrowali do Kanady, miałem roczek. Teraz, będąc tak blisko Kanady pomyślałem, że mógłbym do nich zajechać na dzień lub dwa, by ich poznać. Skontaktowałem się z nimi telefonicznie.
– Przyjeżdżaj choćby dzisiaj, drzwi zawsze otwarte. – Ciocia Michalina nawet nie przypuszczała, jak szybko do nich zawitam.
Może ciocia nie potrafiła sobie wyobrazić, że byłem tak blisko granicy z Kanadą. Blisko jej domu, rodziny, której nigdy na oczy nie widziałem, z wyjątkiem paru polaroidowych zdjęć, ale to było tak dawno. Bardzo chciałem ich poznać i nic nie mogło stanąć mi na drodze do zrealizowania tego planu, tak więc zdecydowałem pojechać jako jednoosobowa delegacja, by poznać mój „klonowy” klan. Byłem niesamowicie podekscytowany i codziennie o tym myślałem próbując wyobrazić sobie, jak będzie wyglądało nasze spotkanie. Od tej pory poświęcałem cały swój wolny czas na planowaniu wycieczki do Kanady. Z wielu różnych pomysłów poprzestałem na dwóch opcjach dojazdu do Winnipeg. Pierwsza zakładała odwiedzenie Anchorage i Fairbanks – dwóch dużych miast na Alasce, jak i parku narodowego Denali, skąd samolotem miałem lecieć do Winnipeg. Druga zakładała podróż do Kanady autobusem. Granicę miałem przekroczyć w pobliskim mieście Fraser, udając się do większej mieściny zwanej Whitehorse, skąd dalej Greyhoundem (autobusem dalekobieżnym) słynną drogą Alaskan Highway. Zajęłoby mi to kilka dni, ale czyż nie kusząca jest perspektywa obcowania z pięknem Alaski?
Wybrałem opcję drugą. Rzuciłem szybko okiem na mapę Kanady, by znaleźć warte odwiedzenia miasta. Vancouver jest piękne – pomyślałem. Calgary kojarzyło mi się z zimową olimpiadą, która się tam odbywała w roku 1988. Hmm… Byłem wtedy ośmioletnim brzdącem. Niestety, żadne z powyższych miast nie było po drodze do Winnipeg. Musiałem je odrzucić.
Pierwszy tydzień września powoli się kończył a ja kończyłem swoje kontrakty z pracodawcami. kanada mapWyjazd planowałem na 10 września. W przedostatnim dniu pracy w restauracji Fish Co., zgadałem się z jednym z barmanów i okazało się, że on, wraz z dwójką znajomych, będzie niebawem wyjeżdżał i jeśli chcę, to do Chicago może nie, ale do Montany mnie zawiezie.
– Muszę to przemyśleć – odpowiedziałem, jakbym to ja jemu robił przysługę.
– A kiedy wyjeżdżacie? – zapytałem, na co padła odpowiedź, że za tydzień, w poniedziałek. Zgodziłem się i tak ruszyliśmy do Prince George, skąd później autobusem do Edmonton, a stamtąd dalej do Winnipeg.