Wszystkie drogi prowadzą do Skagway

skagwaystreetPrzyszedł czas na realizację jednego z moich „amerykańskich” marzeń – powrotu do Skagway, mojego ulubionego miasteczka na Alasce. Marzyłem o tym od 2002 roku i teraz nadszedł właściwy moment, by uciec od chicagowskiego zgiełku, wyścigu szczurów i wreszcie wybrać się w tę podróż. Jeszcze przed kupnem biletu do Juneau odwiedziłem dobrego kumpla, który, jak się okazało, często gościł na Alasce. Jeździł tam na coroczne polowania, o czym dowiedziałem się, gdy zwróciłem uwagę na leżące w jego domu narzuty i dywaniki – wszystkie wykonane z niedźwiedzich skór. Kolega szczegółowo opowiadał o każdej swojej wyprawie, a ja wtrąciłem, że też byłem na Alasce, a niedługo wybieram się tam po raz drugi i już nie mogę się doczekać. Maniek, bo tak miał na imię kolega, co chwilę wyjmował nowe albumy ze zdjęciami oraz kosze wypełnione po brzegi pamiątkami z Alaski.

– Z tego co wiem, to ty nie masz zielonej karty – stwierdził Maniek i dopytał, jak chciałem się tam bez tego dokumentu dostać (a potem wrócić), na co mu odpowiedziałem, że do podróżowania po Stanach wystarczy prawo jazdy lub ID, czyli amerykański dowód osobisty.

– Masz rację, ale, jakby ci to powiedzieć, jest taki mały wyjątek, a nawet dwa – kontynuował. – Pierwszy to Hawaje, a drugi Alaska.

– Jak to? – zapytałem.

– Nielegalni imigranci do Stanów przyjeżdżają nie tylko przez Meksyk, ale również przez Hawaje (tędy najczęściej przebywają Azjaci) i Alaskę (a tędy Europejczycy).

– I co to znaczy? – spytałem.

– Weźmy Alaskę. Ludzie dostają się tu przez zieloną granicę z Rosją, choć dla mnie to ta green cardgranica pewnie jest biała i mroźna, ale gdy są na Alasce, są już w Stanach. Rząd imigracyjny się w tym wszystkim połapał i zwiększył kontrolę dla wszystkich podróżujących na tej trasie, no a szczególnie wyglądających na tych ze wschodniej części Europy, czyli na przykład nas, Polaków. Kiedyś było inaczej i wystarczyło ID, ale od kilku lat, gdy tam jadę, zawsze pytają mnie o zieloną kartę – zakończył Maniek.

– Toś mnie kolego podbudował – odpowiedziałem. – Ja cię tu chciałem zapytać o najlepsze połączenia lotnicze, a ty mi wyskoczyłeś z taką opowiastką – dodałem.

Robiło się już późno i jakoś nie miałem ochoty na dalsze pogaduchy, więc zacząłem się powoli zbierać.

– Zastanów się więc chłopie z tą Alaską – dodał jeszcze z uśmiechem Maniek, gdy już wychodziłem.

No to mam o czym teraz myśleć – cynicznie powiedziałem sam do siebie. Prześpię się z tym, a jutro coś postanowię.

Nastał dzień kolejny, a potem następny, minął tydzień, a do głowy przychodziła jedna i ta sama myśl, a właściwie następujące pytanie: Czyżby ta podróż na Alaskę miała mnie przestraszyć, czy może sprawdzić, czy potrafię podjąć ryzyko? A ryzyko było takie, że jeśli poproszą mnie na granicy o zieloną kartę, faktycznie mogę w ogóle na Alaskę nie dotrzeć. Przypomniała mi się historia deportowanego Marka, a potem moja wyprawa z paszportem do szkoły. Wtedy też się bałem, niby mieli mnie deportować, a jednak nadal tu jestem, więc może i tym razem się uda – rozmyślałem. A może lepiej nie dmuchać na alaskanzimne? Ktoś kiedyś powiedział, że życie polega na kolekcjonowaniu ciekawych wrażeń a to mogło być jedno z nich – pomyślałem znacznie zbliżając się do decyzji kupna biletu do Skagway. W końcu doszedłem do następującego wniosku. Ostatnio moje życie było dość nudne i przewidywalne, więc najwyższy czas coś w nim zmienić; dać szansę nucie niepewności połączonej z ryzykiem. Zalogowałem się na jednej ze stron oferujących sprzedaż biletów lotniczych.

– No to kupujemy – powiedziałem do siebie klikając na „Rezerwuj”. Nie byłem pewien czy uda mi się z Alaski wrócić, więc kupiłem bilet tylko w jedną stronę – do Juneau, z przesiadką w Seattle, czyli na tę samą trasę, co za pierwszym razem w 2002 roku.

Teraz muszę rozplanować resztę, czyli przekazać wszystkie moje rzeczy komuś, kto, gdybym tu nie wrócił, zaopiekuje się nimi i potem ewentualnie do mnie wyśle. Będąc osobą często przeprowadzającą się nie miałem zbyt wielu rzeczy. Plan więc przedstawiał się następująco – ciuchy zostaną spakowane i zostawione na starym mieszkaniu, dzięki uprzejmości właścicielki, pani Marysi. Rower, rolki, łyżwy i parę drobnostek zawiozę do Grzesia, mojego serdecznego przyjaciela. On w razie czego będzie osobą wysyłającą. Pozostaje jeszcze samochód. Sprzedawać się nie opłaca, bo jak wrócę, to za to, co za niego dostanę, nic lepszego nie kupię. A jak nie wrócę? Umówiłem się z innym kolegą, Wieśkiem, że auto zostawię pod jego domem. On będzie odpalał go co kilka dni i przestawiał w inne miejsca, by nie wyglądał na pojazd porzucony. Jakby tego było mało, dostałem telefon od cioci o kolejnej przesyłce od WKU.

e-Mail do Kola:

„Kolo ciebie też WKU ściga? Bo mi od dłuższego czasu nie dają spokoju. Nie chcą akceptować zaświadczeń z amerykańskiej uczelni i każą się stawić na komisję. Najśmieszniejsze, że odrzucają zaświadczenia z mojego koledżu, bo ponoć data im się nie zgadza. W USA najpierw podaje się miesiąc a potem dzień. Oni błędnie to odczytują i czepiają się. Jak ja mam im to kolo wytłumaczyć? Elo!”

 Czerwiec zbliżał się dużymi krokami, a ja byłem coraz bardziej podekscytowany, jak i w pełni przygotowany na swą podróż. Czy aby na pewno uda się dotrzeć na Alaskę?

W końcu nadszedł dzień wylotu. Udaję się metrem na lotnisko O’Hare, na przedmieściach Chicago. Przechodzę przez odprawę bagażu głównego, po czym idę do poczekalni. Do odprawy pokładowej zostało jeszcze grubo ponad pół godziny. To dość stresujący czas, a gdy słyszę w głośnikach, że odprawa pasażerów do Seattle jest gotowa i można podchodzić, poziom stresu wzrasta jeszcze bardziej. Wkładam białe słuchawki w uszy, czapkę z daszkiem na głowę, wstaję i udaję się ku bramce. Oprócz i-Poda i czapki mam jeszcze popularne w Stanach spodenki Cargo w kolorze Khaki oraz klapki – japonki. Wszystko po to, żeby wyglądem przypominać przeciętnego wyluzowanego Amerykanina i by tym z lotniska nie przyszło do głowy, że może być inaczej. A polskie imię i nazwisko na moim ID? Co tam. Amerykanów z nazwiskami kończącymi się na ‘ski’ jest w Stanach mnóstwo. Zbliżam się do bramki i słyszę „thank you”. Też dziękuję, kłaniam się i idę do rękawa prowadzącego do samolotu. Teraz już w pełni wyluzowany, podśpiewując, odnajduję swoje miejsce, siadam i powtarzam w myślach: Udało się! Ale chwila, to dopiero część drogi i to część łatwiejsza, bo czekał mnie jeszcze lot z Seattle do Juneau. Na szczęście scenariusz się powtórzył i po kolejnym „thank you” poczułem wielką ulgę i radość, że mogę zrealizować marzenie powrotu do Skagway. Te dwa słowa sprawiły, że znowu poczułem pełnię życia.

glacierMój pobyt w Stanach Zjednoczonych, a ściślej mówiąc na Alasce, został przedłużony o kolejne trzy miesiące. Potem będę musiał jakoś wrócić z Alaski do Chicago i z tego co Maniek wspominał, to właśnie podróżując w tę stronę mogą wystąpić problemy. Ale tym, póki co, nie zamierzałem się przejmować. Jeszcze przyjdzie na to odpowiedni czas. Chciałem jak najszybciej dostać się do Skagway i cieszyć się z pobytu w tej jakże malowniczej mieścince.

Ląduję na otoczonym górami lotnisku w Juneau. Wchodzę do terminalu nr 1 (jedynego na tym lotnisku), widzę wypchane niedźwiedzie, ptaki i postacie Eskimosów, i czuję deja vu. Wszystko jest jak wtedy, w lecie 2002 roku.

Tym razem jednak miałem więcej szczęścia, bo kiedy zapytałem o bilet lotniczy do Skagway, pani w okienku skinęła głową, zapłaciłem i dostałem zadrukowany kawałek papieru. Czekając na odprawę nie dostrzegłem innych pasażerów. Wydawało mi się to trochę dziwne, bo wylot miał być za niespełna piętnaście minut. Przyszło mi na myśl, że pani z okienka biletowego poszła zadzwonić gdzie trzeba, by zawiadomić, że siedzi tu taki jeden, który wygląda na Polaka. Jednak moje pesymistyczne przewidywania nie sprawdziły się, babka wróciła i oznajmiła, że odlot będzie za dziesięć minut. Wtedy w poczekalni pojawił się facet z niewielkim bagażem, pasażer numer dwa, a za nim następny, wyglądający na funkcjonariusza służb granicznych, ale okazał się pilotem. Stwierdził, że mamy komplet i zaprosił na pokład.

Samolot nie wyglądał na maszynę pierwszej młodości, a śmigło trzeba było rozkręcać ręcznie. Oby nie zapeszać pocieszałem się usłyszanym kiedyś stwierdzeniem, że piloci latający po Alasce są jednymi z najlepszych na świecie, a to z tego względu, że muszą być przygotowani na często błyskawicznie zmieniającą się tu pogodę.

Po kilku minutach wzbijaliśmy się w górę. Siedzący obok pilota pasażer numer dwa, chyba przerażony tym, co widział przez przednią szybę, odwrócił się do mnie by pogadać, tudzież podpytać, co mnie na Alaskę przyniosło. Wyznał mi też, że bardzo nie lubi latać, a szczególnie tymi małymi wypierdkami, w których trzęsie jak w pojeździe typu off road. Mnie się ta podróż bardzo podobała, a gdy on wysiadł po drodze w Heins, szybko przeskoczyłem na jego miejsce i mogłem w pełni delektować się powietrznymi widokami.

skag mountUcieszyłem się widząc znajome góry, a pomiędzy nimi moje małe, ciche, zielone i póki co niezamglone, a wręcz bardzo słoneczne miasteczko. Mógłbym do niego wracać bez końca.

– Dzień dobry, Skagway! – wykrzyknąłem, podziękowałem za przelot, pożegnałem się z pilotem i udałem w stronę hotelu Westmark, znajdującego się przy krzyżówce ulicy Trzeciej i Spring.

Reklamy

Kanada 3 – Alaskan Highway, uliczne niedźwiedzie i gorące wody we mgle

alaskan highwayZnajdowaliśmy się na Autostradzie Panamerykańskiej. Dave zadzwonił do dziewczyn, by zapytać o adres restauracji, w której się znajdowały i żeby zamówiły nam po omlecie, bo zaraz do nich dołączymy. Kwadrans później, siedzieliśmy już w czwórkę, popijając kawę i czekając na omlety. Po wejściu do restauracji Niki rzuciła mi się w ramiona, a Dave zaczął opowiadać o szczegółach zajścia na granicy. Pochwaliłem się dziewczynom moim czarno – białym, wpiętym do paszportu faksem prosto z ambasady. Niki najwyraźniej mnie polubiła, bo z nieskrywaną troskliwością, a wręcz czułością wypytywała o wrażenia z granicy, skrupulatnie przyglądając się mojemu zdjęciu w paszporcie. Nie ukrywam, że dziewczyna mi się podobała i w normalnych okolicznościach nie broniłbym się przed dalszym rozwojem akcji. Byłem jednak w dość niezręcznej sytuacji, gdyż Dave w podróży często poruszał temat Niki. Wspominał, że jest singielką, ale jakoś nie mógł do niej trafić. Niki była przewodniczką górską, ale czasami oprowadzała też turystów po mieście. Nie mieściło mi się w głowie, że w tak małej mieścince jak Skagway nigdy jej nie spotkałem. Gdybyśmy wpadli na siebie zanim spodobała się mojemu koledze, sprawy być może potoczyłyby się inaczej. Jednak teraz, wiedząc, że on się nią interesuje, dałem sobie spokój.
Po skończeniu posiłku i dopiciu kawy ruszyliśmy w drogę, od czasu do czasu zatrzymując się na toaletę, rozprostowanie nóg czy pstryknięcie kilku fotek.hi 5
– Hej, Dave, patrz szybko! Tam! – wykrzyknąłem, pokazując na pobocze drogi.
Dave zwolnił, by się przyjrzeć a ja wyciągałem aparat, otwierając w tym samym czasie okno. Chciałem uchwycić uciekającego wystraszonego, czarnego, jakże pięknego, a zarazem śmiertelnie groźnego zwierzaka.
– Nigdy nie widziałem niedźwiedzia z bliska w naturalnym otoczeniu – oznajmiłem.
– Miesiąc temu, kawałek za Skagway, widziałem całą rodzinkę takich, jak sobie przechodziły przez ulicę – powiedział Dave. – Moim marzeniem jest, by udać się kiedyś na północ Alaski, np. do miasteczka Barrow, żeby poobserwować takie niedźwiadki, tyle że białe, pływające na krach lodowych – rozmarzył się Dave.
Udając się na południowy wschód Kanady, oprócz dzikiej zwierzyny, mijaliśmy góry, pola, lasy, jeziora, rzeki, jak i rozstawione nad nimi mosty (często wyglądające na dość stare drewniane konstrukcje). Jako że dochodziła godzina dwudziesta druga jednogłośnie stwierdziliśmy, że najwyższy czas na kolację i nocleg. Skonsumowaliśmy wcześniej zakupione kanapki popijając je chłodnym puszkowym Budweiserem i planując rozkład siedzeń w samochodzie, na których mieliśmy spać. Wspólna noc, ciekawe, kto z kim będzie spał? Zacząłem zastanawiać się, czy Dave wykona jakiś ruch w kierunku Niki. Po tym jak usłyszałem trzask zamykanego bagażnika i mamroczącego coś pod nosem Dave’a ze śpiworem i dwoma kocami pod pachami, zdałem sobie sprawę, że jednak nie.
– Idziemy spać – wymamrotał rozkładając oparcie fotela.
Po chwili i ja się ułożyłem wsłuchując się w delikatne świsty dochodzące z zewnątrz, do których wkrótce dołączyło chrapanie Dave’a. Zanim zdążyłem go szturchnąć, sam odpłynąłem w głęboki sen, którego rano już nie pamiętałem.
Kolejny dzień powitał nas mglistym i wilgotnym porankiem. Gdy otworzyłem oczy, Dave szukał czegoś na mapie dokładnie ją studiując, a gdy zauważył, że się obudziłem, wykrzyknął tonem strażnika granicznego:
– Dzień dobry panie Karol Stefansky! Idę budzić dziewczyny, bo niebawem będziemy się zbierać na małą przechadzkę.
– Zaraz się dowiecie, dlaczego spaliśmy właśnie na tym parkingu – krzyczał Dave, waląc w tym samym czasie w okno samochodu dziewczyn. A jak już wyszły, to zamiast słuchać tego, co miały do powiedzenia, sam zabrał głos mówiąc, że w pobliżu jest jedno miejsce, które bardzo chce nam pokazać, ale do tego musimy się pospieszyć, bo przy takim chłodzie i mgiełce będzie lepszy efekt.
– Może byś najpierw przeprosił nas za tak wczesne zerwanie z łóżka, to znaczy z niewygodnego samochodowego fotela, Dave? – zaprotestowała płeć piękna dodając, że jest zbyt zimno, by się gdziekolwiek wybierać.
– Na pewno nie za zimno, by pójść do toalety – wtrąciła Niki biorąc Mary za rękę, po czym zniknęły we mgle.
– Też skoczę – oznajmiłem startując w kierunku szaletu.
Kiedy wróciliśmy, Dave znów nawijał o swym magicznym miejscu. Zacząłem się zastanawiać, co mogło być takiego przyjemnego w porannym błąkaniu się po bliżej nieznanym parku, z widocznością na kilka metrów. Nic się jednak nie odzywałem będąc w pełni gotowy na kolejny dziwaczny pomysł Dave’a.
Chwilę potem Dave pobiegł po ręczniki tłumacząc, że swetry mu w nocy zamokły, więc się opatuli ręcznikami, by było mu ciepło. Nic mnie już nie dziwiło, a ze śmiechu i mi zrobiło się cieplej.
– Hej, Dave! – krzyknęła Niki.
– Może ci pożyczę parasolkę? – szyderczo zapytała Mary. Ruszyliśmy ku tajemniczemu miejscu.
– Na pewno nie pożałujecie i jak już tam dotrzemy, będzie wam cieplej – Dave próbował pocieszać koleżanki. Mnie natomiast zastanawiała duża liczba samochodów znajdujących się na naszym parkingu.
– To jakieś szczególne miejsce do spania dla przejezdnych? – zapytałem.
– To miejsce jest wyjątkowe, o czym wszyscy się za chwilę przekonacie.
– Nie tylko można tu spać, ale również wykąpać się – odpowiedział na moje pytanie Dave, pokazując palcem na dwie idące opodal osoby, okutane od stóp do głów ręcznikami.
– Ale gdzie, skoro tu oprócz szaletu nic nie ma? Nawet maszyny do kawy – odpowiedziałem zdziwiony.
– Nie marudź! Na kąpiel, jak i kawę, przyjdzie pora.
Chwilę później Dave, wyjął mapę, poszeleścił nią trochę i chcąc sprawić wrażenie że wie, gdzie się znajdujemy, wykrzyknął:
– Moi mili, jesteśmy na miejscu!
Dziewczyny od dłuższego czasu idąc w milczeniu też nagle oznajmiły dość wysokim głosem:
– Tam! Patrzcie! Jacyś ludzie!
liard hot springsZ każdym następnym krokiem dostrzegaliśmy kolejne postacie. Widząc, co one robią nie wytrzymałem i sam wykrzyknąłem:
– Pogięło ich? Kąpać się w jeziorze w takie zimno? I jeszcze przy takiej mgle?
– To jest miejsce, do którego was chciałem zabrać – zaczął „przewodnik” Dave. – Co do mgły, to nie jest mgła, a co do kąpania – to zaraz do nich dołączymy. I wy też – dodał, odwracając głowę w stronę dziewczyn.
Zanim zdążyły coś powiedzieć, Dave objaśniał:
– Moi mili. To są jeziorka termalne, a ręczniki wziąłem, byśmy użyli ich po kąpieli. W związku z tym, iż na zewnątrz jest wciąż dość zimno, a woda gorąca, tu będzie ten efekt, o którym wspominałem wcześniej – ciągnął już do połowy rozebrany. – A ta niby unosząca się mgła, to para pochodząca z gorącej niczym w jacuzzi wody – wykrzyknął Dave chwilę przed całkowitym zanurzeniem.
– No to dziewczyny mamy dwa wyjścia; albo tu marzniemy, albo wskakujemy – powiedziałem, na co one wymruczały, że później, przy wychodzeniu, będzie jeszcze zimniej.
Nie zmieniło to jednak faktu, że przez następne pół godziny wszyscy wygrzewaliśmy się w tej ogromnej wannie. Faktycznie, efekt piorunujący – szczególnie przy opuszczaniu jeziorka. Drżeliśmy z zimna wychodząc na zewnątrz. Gdy Dave przyniósł ręczniki okazało się, że wchłonęły sporo wilgoci, więc były zimne, mokre i całkowicie bezużyteczne. Szybkim krokiem udaliśmy się z powrotem na parking, by dosuszyć się i przebrać w coś cieplejszego.
Niedługo potem ruszyliśmy w dalszą drogę, z przystankiem na obiecaną wcześniej kawę, a później jeszcze na obiad. Około piętnastej dotarliśmy do Port St. John, czyli mojego przystanku końcowego.
Rozstaliśmy się na parkingu Greyhounda, skąd za ponad godzinę miałem autobus do Edmonton. Niki podeszła do mnie jako ostatnia.
– Szkoda, że dalej jedziemy bez ciebie, Karol – zaczęła. – A w ogóle to szkoda, że wcześniej się nie spotkaliśmy, jeszcze w Skagway.
Czy ona musiała to mówić? – pomyślałem, czując jak przyśpiesza mi tętno.
– Wyjęłaś mi to z ust – odpowiedziałem.
– No to jak wyjęłam, to teraz oddam – mówiąc to Niki zbliżyła się i mnie pocałowała.
Jak wcześniej starałem się nie sprawiać Dave’owi przykrości, tak w tym momencie nie miałem nic do powiedzenia – odpłynąłem, gdy zaczęliśmy się całować.
– Muszę już iść – powiedziała. – Ale będziemy w kontakcie. Masz tu mój numer i adres e-mail. Będę czekać na wiadomość od ciebie.bye for now
– Pa, Niki – odprowadziłem ją wzrokiem do samochodu. Karteczkę gdzieś zgubiłem. Jedynym pośrednikiem, przez którego mógłbym się z nią skontaktować był Dave. Nigdy jednak go o jej adres nie zapytałem, a i nasz kontakt umarł wkrótce śmiercią naturalną. W Edmonton byłem grubo po północy, a najbliższy autokar do Winnipeg podjeżdżał o drugiej. Zafundowałem więc sobie dużą kawę z mlekiem i sączyłem ją przysypiając na ławce w poczekalni.