Wszystkie drogi prowadzą do Skagway

skagwaystreetPrzyszedł czas na realizację jednego z moich „amerykańskich” marzeń – powrotu do Skagway, mojego ulubionego miasteczka na Alasce. Marzyłem o tym od 2002 roku i teraz nadszedł właściwy moment, by uciec od chicagowskiego zgiełku, wyścigu szczurów i wreszcie wybrać się w tę podróż. Jeszcze przed kupnem biletu do Juneau odwiedziłem dobrego kumpla, który, jak się okazało, często gościł na Alasce. Jeździł tam na coroczne polowania, o czym dowiedziałem się, gdy zwróciłem uwagę na leżące w jego domu narzuty i dywaniki – wszystkie wykonane z niedźwiedzich skór. Kolega szczegółowo opowiadał o każdej swojej wyprawie, a ja wtrąciłem, że też byłem na Alasce, a niedługo wybieram się tam po raz drugi i już nie mogę się doczekać. Maniek, bo tak miał na imię kolega, co chwilę wyjmował nowe albumy ze zdjęciami oraz kosze wypełnione po brzegi pamiątkami z Alaski.

– Z tego co wiem, to ty nie masz zielonej karty – stwierdził Maniek i dopytał, jak chciałem się tam bez tego dokumentu dostać (a potem wrócić), na co mu odpowiedziałem, że do podróżowania po Stanach wystarczy prawo jazdy lub ID, czyli amerykański dowód osobisty.

– Masz rację, ale, jakby ci to powiedzieć, jest taki mały wyjątek, a nawet dwa – kontynuował. – Pierwszy to Hawaje, a drugi Alaska.

– Jak to? – zapytałem.

– Nielegalni imigranci do Stanów przyjeżdżają nie tylko przez Meksyk, ale również przez Hawaje (tędy najczęściej przebywają Azjaci) i Alaskę (a tędy Europejczycy).

– I co to znaczy? – spytałem.

– Weźmy Alaskę. Ludzie dostają się tu przez zieloną granicę z Rosją, choć dla mnie to ta green cardgranica pewnie jest biała i mroźna, ale gdy są na Alasce, są już w Stanach. Rząd imigracyjny się w tym wszystkim połapał i zwiększył kontrolę dla wszystkich podróżujących na tej trasie, no a szczególnie wyglądających na tych ze wschodniej części Europy, czyli na przykład nas, Polaków. Kiedyś było inaczej i wystarczyło ID, ale od kilku lat, gdy tam jadę, zawsze pytają mnie o zieloną kartę – zakończył Maniek.

– Toś mnie kolego podbudował – odpowiedziałem. – Ja cię tu chciałem zapytać o najlepsze połączenia lotnicze, a ty mi wyskoczyłeś z taką opowiastką – dodałem.

Robiło się już późno i jakoś nie miałem ochoty na dalsze pogaduchy, więc zacząłem się powoli zbierać.

– Zastanów się więc chłopie z tą Alaską – dodał jeszcze z uśmiechem Maniek, gdy już wychodziłem.

No to mam o czym teraz myśleć – cynicznie powiedziałem sam do siebie. Prześpię się z tym, a jutro coś postanowię.

Nastał dzień kolejny, a potem następny, minął tydzień, a do głowy przychodziła jedna i ta sama myśl, a właściwie następujące pytanie: Czyżby ta podróż na Alaskę miała mnie przestraszyć, czy może sprawdzić, czy potrafię podjąć ryzyko? A ryzyko było takie, że jeśli poproszą mnie na granicy o zieloną kartę, faktycznie mogę w ogóle na Alaskę nie dotrzeć. Przypomniała mi się historia deportowanego Marka, a potem moja wyprawa z paszportem do szkoły. Wtedy też się bałem, niby mieli mnie deportować, a jednak nadal tu jestem, więc może i tym razem się uda – rozmyślałem. A może lepiej nie dmuchać na alaskanzimne? Ktoś kiedyś powiedział, że życie polega na kolekcjonowaniu ciekawych wrażeń a to mogło być jedno z nich – pomyślałem znacznie zbliżając się do decyzji kupna biletu do Skagway. W końcu doszedłem do następującego wniosku. Ostatnio moje życie było dość nudne i przewidywalne, więc najwyższy czas coś w nim zmienić; dać szansę nucie niepewności połączonej z ryzykiem. Zalogowałem się na jednej ze stron oferujących sprzedaż biletów lotniczych.

– No to kupujemy – powiedziałem do siebie klikając na „Rezerwuj”. Nie byłem pewien czy uda mi się z Alaski wrócić, więc kupiłem bilet tylko w jedną stronę – do Juneau, z przesiadką w Seattle, czyli na tę samą trasę, co za pierwszym razem w 2002 roku.

Teraz muszę rozplanować resztę, czyli przekazać wszystkie moje rzeczy komuś, kto, gdybym tu nie wrócił, zaopiekuje się nimi i potem ewentualnie do mnie wyśle. Będąc osobą często przeprowadzającą się nie miałem zbyt wielu rzeczy. Plan więc przedstawiał się następująco – ciuchy zostaną spakowane i zostawione na starym mieszkaniu, dzięki uprzejmości właścicielki, pani Marysi. Rower, rolki, łyżwy i parę drobnostek zawiozę do Grzesia, mojego serdecznego przyjaciela. On w razie czego będzie osobą wysyłającą. Pozostaje jeszcze samochód. Sprzedawać się nie opłaca, bo jak wrócę, to za to, co za niego dostanę, nic lepszego nie kupię. A jak nie wrócę? Umówiłem się z innym kolegą, Wieśkiem, że auto zostawię pod jego domem. On będzie odpalał go co kilka dni i przestawiał w inne miejsca, by nie wyglądał na pojazd porzucony. Jakby tego było mało, dostałem telefon od cioci o kolejnej przesyłce od WKU.

e-Mail do Kola:

„Kolo ciebie też WKU ściga? Bo mi od dłuższego czasu nie dają spokoju. Nie chcą akceptować zaświadczeń z amerykańskiej uczelni i każą się stawić na komisję. Najśmieszniejsze, że odrzucają zaświadczenia z mojego koledżu, bo ponoć data im się nie zgadza. W USA najpierw podaje się miesiąc a potem dzień. Oni błędnie to odczytują i czepiają się. Jak ja mam im to kolo wytłumaczyć? Elo!”

 Czerwiec zbliżał się dużymi krokami, a ja byłem coraz bardziej podekscytowany, jak i w pełni przygotowany na swą podróż. Czy aby na pewno uda się dotrzeć na Alaskę?

W końcu nadszedł dzień wylotu. Udaję się metrem na lotnisko O’Hare, na przedmieściach Chicago. Przechodzę przez odprawę bagażu głównego, po czym idę do poczekalni. Do odprawy pokładowej zostało jeszcze grubo ponad pół godziny. To dość stresujący czas, a gdy słyszę w głośnikach, że odprawa pasażerów do Seattle jest gotowa i można podchodzić, poziom stresu wzrasta jeszcze bardziej. Wkładam białe słuchawki w uszy, czapkę z daszkiem na głowę, wstaję i udaję się ku bramce. Oprócz i-Poda i czapki mam jeszcze popularne w Stanach spodenki Cargo w kolorze Khaki oraz klapki – japonki. Wszystko po to, żeby wyglądem przypominać przeciętnego wyluzowanego Amerykanina i by tym z lotniska nie przyszło do głowy, że może być inaczej. A polskie imię i nazwisko na moim ID? Co tam. Amerykanów z nazwiskami kończącymi się na ‘ski’ jest w Stanach mnóstwo. Zbliżam się do bramki i słyszę „thank you”. Też dziękuję, kłaniam się i idę do rękawa prowadzącego do samolotu. Teraz już w pełni wyluzowany, podśpiewując, odnajduję swoje miejsce, siadam i powtarzam w myślach: Udało się! Ale chwila, to dopiero część drogi i to część łatwiejsza, bo czekał mnie jeszcze lot z Seattle do Juneau. Na szczęście scenariusz się powtórzył i po kolejnym „thank you” poczułem wielką ulgę i radość, że mogę zrealizować marzenie powrotu do Skagway. Te dwa słowa sprawiły, że znowu poczułem pełnię życia.

glacierMój pobyt w Stanach Zjednoczonych, a ściślej mówiąc na Alasce, został przedłużony o kolejne trzy miesiące. Potem będę musiał jakoś wrócić z Alaski do Chicago i z tego co Maniek wspominał, to właśnie podróżując w tę stronę mogą wystąpić problemy. Ale tym, póki co, nie zamierzałem się przejmować. Jeszcze przyjdzie na to odpowiedni czas. Chciałem jak najszybciej dostać się do Skagway i cieszyć się z pobytu w tej jakże malowniczej mieścince.

Ląduję na otoczonym górami lotnisku w Juneau. Wchodzę do terminalu nr 1 (jedynego na tym lotnisku), widzę wypchane niedźwiedzie, ptaki i postacie Eskimosów, i czuję deja vu. Wszystko jest jak wtedy, w lecie 2002 roku.

Tym razem jednak miałem więcej szczęścia, bo kiedy zapytałem o bilet lotniczy do Skagway, pani w okienku skinęła głową, zapłaciłem i dostałem zadrukowany kawałek papieru. Czekając na odprawę nie dostrzegłem innych pasażerów. Wydawało mi się to trochę dziwne, bo wylot miał być za niespełna piętnaście minut. Przyszło mi na myśl, że pani z okienka biletowego poszła zadzwonić gdzie trzeba, by zawiadomić, że siedzi tu taki jeden, który wygląda na Polaka. Jednak moje pesymistyczne przewidywania nie sprawdziły się, babka wróciła i oznajmiła, że odlot będzie za dziesięć minut. Wtedy w poczekalni pojawił się facet z niewielkim bagażem, pasażer numer dwa, a za nim następny, wyglądający na funkcjonariusza służb granicznych, ale okazał się pilotem. Stwierdził, że mamy komplet i zaprosił na pokład.

Samolot nie wyglądał na maszynę pierwszej młodości, a śmigło trzeba było rozkręcać ręcznie. Oby nie zapeszać pocieszałem się usłyszanym kiedyś stwierdzeniem, że piloci latający po Alasce są jednymi z najlepszych na świecie, a to z tego względu, że muszą być przygotowani na często błyskawicznie zmieniającą się tu pogodę.

Po kilku minutach wzbijaliśmy się w górę. Siedzący obok pilota pasażer numer dwa, chyba przerażony tym, co widział przez przednią szybę, odwrócił się do mnie by pogadać, tudzież podpytać, co mnie na Alaskę przyniosło. Wyznał mi też, że bardzo nie lubi latać, a szczególnie tymi małymi wypierdkami, w których trzęsie jak w pojeździe typu off road. Mnie się ta podróż bardzo podobała, a gdy on wysiadł po drodze w Heins, szybko przeskoczyłem na jego miejsce i mogłem w pełni delektować się powietrznymi widokami.

skag mountUcieszyłem się widząc znajome góry, a pomiędzy nimi moje małe, ciche, zielone i póki co niezamglone, a wręcz bardzo słoneczne miasteczko. Mógłbym do niego wracać bez końca.

– Dzień dobry, Skagway! – wykrzyknąłem, podziękowałem za przelot, pożegnałem się z pilotem i udałem w stronę hotelu Westmark, znajdującego się przy krzyżówce ulicy Trzeciej i Spring.

Reklamy

Kanada 3 – Alaskan Highway, uliczne niedźwiedzie i gorące wody we mgle

alaskan highwayZnajdowaliśmy się na Autostradzie Panamerykańskiej. Dave zadzwonił do dziewczyn, by zapytać o adres restauracji, w której się znajdowały i żeby zamówiły nam po omlecie, bo zaraz do nich dołączymy. Kwadrans później, siedzieliśmy już w czwórkę, popijając kawę i czekając na omlety. Po wejściu do restauracji Niki rzuciła mi się w ramiona, a Dave zaczął opowiadać o szczegółach zajścia na granicy. Pochwaliłem się dziewczynom moim czarno – białym, wpiętym do paszportu faksem prosto z ambasady. Niki najwyraźniej mnie polubiła, bo z nieskrywaną troskliwością, a wręcz czułością wypytywała o wrażenia z granicy, skrupulatnie przyglądając się mojemu zdjęciu w paszporcie. Nie ukrywam, że dziewczyna mi się podobała i w normalnych okolicznościach nie broniłbym się przed dalszym rozwojem akcji. Byłem jednak w dość niezręcznej sytuacji, gdyż Dave w podróży często poruszał temat Niki. Wspominał, że jest singielką, ale jakoś nie mógł do niej trafić. Niki była przewodniczką górską, ale czasami oprowadzała też turystów po mieście. Nie mieściło mi się w głowie, że w tak małej mieścince jak Skagway nigdy jej nie spotkałem. Gdybyśmy wpadli na siebie zanim spodobała się mojemu koledze, sprawy być może potoczyłyby się inaczej. Jednak teraz, wiedząc, że on się nią interesuje, dałem sobie spokój.
Po skończeniu posiłku i dopiciu kawy ruszyliśmy w drogę, od czasu do czasu zatrzymując się na toaletę, rozprostowanie nóg czy pstryknięcie kilku fotek.hi 5
– Hej, Dave, patrz szybko! Tam! – wykrzyknąłem, pokazując na pobocze drogi.
Dave zwolnił, by się przyjrzeć a ja wyciągałem aparat, otwierając w tym samym czasie okno. Chciałem uchwycić uciekającego wystraszonego, czarnego, jakże pięknego, a zarazem śmiertelnie groźnego zwierzaka.
– Nigdy nie widziałem niedźwiedzia z bliska w naturalnym otoczeniu – oznajmiłem.
– Miesiąc temu, kawałek za Skagway, widziałem całą rodzinkę takich, jak sobie przechodziły przez ulicę – powiedział Dave. – Moim marzeniem jest, by udać się kiedyś na północ Alaski, np. do miasteczka Barrow, żeby poobserwować takie niedźwiadki, tyle że białe, pływające na krach lodowych – rozmarzył się Dave.
Udając się na południowy wschód Kanady, oprócz dzikiej zwierzyny, mijaliśmy góry, pola, lasy, jeziora, rzeki, jak i rozstawione nad nimi mosty (często wyglądające na dość stare drewniane konstrukcje). Jako że dochodziła godzina dwudziesta druga jednogłośnie stwierdziliśmy, że najwyższy czas na kolację i nocleg. Skonsumowaliśmy wcześniej zakupione kanapki popijając je chłodnym puszkowym Budweiserem i planując rozkład siedzeń w samochodzie, na których mieliśmy spać. Wspólna noc, ciekawe, kto z kim będzie spał? Zacząłem zastanawiać się, czy Dave wykona jakiś ruch w kierunku Niki. Po tym jak usłyszałem trzask zamykanego bagażnika i mamroczącego coś pod nosem Dave’a ze śpiworem i dwoma kocami pod pachami, zdałem sobie sprawę, że jednak nie.
– Idziemy spać – wymamrotał rozkładając oparcie fotela.
Po chwili i ja się ułożyłem wsłuchując się w delikatne świsty dochodzące z zewnątrz, do których wkrótce dołączyło chrapanie Dave’a. Zanim zdążyłem go szturchnąć, sam odpłynąłem w głęboki sen, którego rano już nie pamiętałem.
Kolejny dzień powitał nas mglistym i wilgotnym porankiem. Gdy otworzyłem oczy, Dave szukał czegoś na mapie dokładnie ją studiując, a gdy zauważył, że się obudziłem, wykrzyknął tonem strażnika granicznego:
– Dzień dobry panie Karol Stefansky! Idę budzić dziewczyny, bo niebawem będziemy się zbierać na małą przechadzkę.
– Zaraz się dowiecie, dlaczego spaliśmy właśnie na tym parkingu – krzyczał Dave, waląc w tym samym czasie w okno samochodu dziewczyn. A jak już wyszły, to zamiast słuchać tego, co miały do powiedzenia, sam zabrał głos mówiąc, że w pobliżu jest jedno miejsce, które bardzo chce nam pokazać, ale do tego musimy się pospieszyć, bo przy takim chłodzie i mgiełce będzie lepszy efekt.
– Może byś najpierw przeprosił nas za tak wczesne zerwanie z łóżka, to znaczy z niewygodnego samochodowego fotela, Dave? – zaprotestowała płeć piękna dodając, że jest zbyt zimno, by się gdziekolwiek wybierać.
– Na pewno nie za zimno, by pójść do toalety – wtrąciła Niki biorąc Mary za rękę, po czym zniknęły we mgle.
– Też skoczę – oznajmiłem startując w kierunku szaletu.
Kiedy wróciliśmy, Dave znów nawijał o swym magicznym miejscu. Zacząłem się zastanawiać, co mogło być takiego przyjemnego w porannym błąkaniu się po bliżej nieznanym parku, z widocznością na kilka metrów. Nic się jednak nie odzywałem będąc w pełni gotowy na kolejny dziwaczny pomysł Dave’a.
Chwilę potem Dave pobiegł po ręczniki tłumacząc, że swetry mu w nocy zamokły, więc się opatuli ręcznikami, by było mu ciepło. Nic mnie już nie dziwiło, a ze śmiechu i mi zrobiło się cieplej.
– Hej, Dave! – krzyknęła Niki.
– Może ci pożyczę parasolkę? – szyderczo zapytała Mary. Ruszyliśmy ku tajemniczemu miejscu.
– Na pewno nie pożałujecie i jak już tam dotrzemy, będzie wam cieplej – Dave próbował pocieszać koleżanki. Mnie natomiast zastanawiała duża liczba samochodów znajdujących się na naszym parkingu.
– To jakieś szczególne miejsce do spania dla przejezdnych? – zapytałem.
– To miejsce jest wyjątkowe, o czym wszyscy się za chwilę przekonacie.
– Nie tylko można tu spać, ale również wykąpać się – odpowiedział na moje pytanie Dave, pokazując palcem na dwie idące opodal osoby, okutane od stóp do głów ręcznikami.
– Ale gdzie, skoro tu oprócz szaletu nic nie ma? Nawet maszyny do kawy – odpowiedziałem zdziwiony.
– Nie marudź! Na kąpiel, jak i kawę, przyjdzie pora.
Chwilę później Dave, wyjął mapę, poszeleścił nią trochę i chcąc sprawić wrażenie że wie, gdzie się znajdujemy, wykrzyknął:
– Moi mili, jesteśmy na miejscu!
Dziewczyny od dłuższego czasu idąc w milczeniu też nagle oznajmiły dość wysokim głosem:
– Tam! Patrzcie! Jacyś ludzie!
liard hot springsZ każdym następnym krokiem dostrzegaliśmy kolejne postacie. Widząc, co one robią nie wytrzymałem i sam wykrzyknąłem:
– Pogięło ich? Kąpać się w jeziorze w takie zimno? I jeszcze przy takiej mgle?
– To jest miejsce, do którego was chciałem zabrać – zaczął „przewodnik” Dave. – Co do mgły, to nie jest mgła, a co do kąpania – to zaraz do nich dołączymy. I wy też – dodał, odwracając głowę w stronę dziewczyn.
Zanim zdążyły coś powiedzieć, Dave objaśniał:
– Moi mili. To są jeziorka termalne, a ręczniki wziąłem, byśmy użyli ich po kąpieli. W związku z tym, iż na zewnątrz jest wciąż dość zimno, a woda gorąca, tu będzie ten efekt, o którym wspominałem wcześniej – ciągnął już do połowy rozebrany. – A ta niby unosząca się mgła, to para pochodząca z gorącej niczym w jacuzzi wody – wykrzyknął Dave chwilę przed całkowitym zanurzeniem.
– No to dziewczyny mamy dwa wyjścia; albo tu marzniemy, albo wskakujemy – powiedziałem, na co one wymruczały, że później, przy wychodzeniu, będzie jeszcze zimniej.
Nie zmieniło to jednak faktu, że przez następne pół godziny wszyscy wygrzewaliśmy się w tej ogromnej wannie. Faktycznie, efekt piorunujący – szczególnie przy opuszczaniu jeziorka. Drżeliśmy z zimna wychodząc na zewnątrz. Gdy Dave przyniósł ręczniki okazało się, że wchłonęły sporo wilgoci, więc były zimne, mokre i całkowicie bezużyteczne. Szybkim krokiem udaliśmy się z powrotem na parking, by dosuszyć się i przebrać w coś cieplejszego.
Niedługo potem ruszyliśmy w dalszą drogę, z przystankiem na obiecaną wcześniej kawę, a później jeszcze na obiad. Około piętnastej dotarliśmy do Port St. John, czyli mojego przystanku końcowego.
Rozstaliśmy się na parkingu Greyhounda, skąd za ponad godzinę miałem autobus do Edmonton. Niki podeszła do mnie jako ostatnia.
– Szkoda, że dalej jedziemy bez ciebie, Karol – zaczęła. – A w ogóle to szkoda, że wcześniej się nie spotkaliśmy, jeszcze w Skagway.
Czy ona musiała to mówić? – pomyślałem, czując jak przyśpiesza mi tętno.
– Wyjęłaś mi to z ust – odpowiedziałem.
– No to jak wyjęłam, to teraz oddam – mówiąc to Niki zbliżyła się i mnie pocałowała.
Jak wcześniej starałem się nie sprawiać Dave’owi przykrości, tak w tym momencie nie miałem nic do powiedzenia – odpłynąłem, gdy zaczęliśmy się całować.
– Muszę już iść – powiedziała. – Ale będziemy w kontakcie. Masz tu mój numer i adres e-mail. Będę czekać na wiadomość od ciebie.bye for now
– Pa, Niki – odprowadziłem ją wzrokiem do samochodu. Karteczkę gdzieś zgubiłem. Jedynym pośrednikiem, przez którego mógłbym się z nią skontaktować był Dave. Nigdy jednak go o jej adres nie zapytałem, a i nasz kontakt umarł wkrótce śmiercią naturalną. W Edmonton byłem grubo po północy, a najbliższy autokar do Winnipeg podjeżdżał o drugiej. Zafundowałem więc sobie dużą kawę z mlekiem i sączyłem ją przysypiając na ławce w poczekalni.

Kanada 2 – Tajna misja

visa canadaDwoma samochodami wyjechaliśmy 16 września o świcie. Była nas czwórka – dwie dziewczyny: Niki i Mary, czyli koleżanki Dave’a jadące w jednym aucie i dwóch facetów w drugim, czyli wspomniany już Dave – barman z Fish Co. i ja.
Wcześniej pytałem Dave’a, czy nie będzie problemu z moja wizą, bo z tego co się orientowałem, Polacy muszą ją posiadać przy wjeździe do Kanady.
– Nie przejmuj się! – zapewniał mnie Dave. Amerykanie, by wjechać na teren Kanady, nie muszą mieć paszportów. Wystarczy, że śmigną kartą ID (odpowiednikiem naszego dowodu osobistego) przed oczami strażnika i on od razu otwiera szlaban. Często widząc że jadą Amerykanie, nawet nie pytają o dokument.
– Ale ja nie jestem Amerykaninem i nie mam czym śmignąć przed oczyma owemu strażnikowi – wyjaśniłem.
– Spoko, spoko. Wezmą cię za jednego z nas i nie będzie problemu – zapewniał Dave.
– No dobra – ufnie przytaknąłem wiedząc, że i tak nie mam czasu na wyrobienie kanadyjskiej wizy.
Po około pół godzinie dojechaliśmy do granicy. Ale granica – myślę widząc dwa szlabany i nieduży barak po lewej stronie. Dziewczyny przed nami zwalniają, przez otwarte okno podają swoje dokumenty ID i prawa jazdy podchodzącemu strażnikowi, ten im je oddaje, okno się zamyka i dziewczyny są już w Kanadzie. Teraz nasza kolej. Strażnik podchodzi a nasze okno się otwiera. Dave od razu zagaduje, jaka to ładna pogoda i że my jesteśmy razem z tymi dziewczynami, które wjechały przed nami – mówi pokazując w kierunku auta dziewczyn. Strażnik rozglądając się po naszym samochodzie, grzecznie zapytał o dokumenty. Ustaliliśmy wcześniej z Dave’m, że w takiej sytuacji na pierwszy ogień mam mu dać moje ID, które wyrobiłem sobie w Skagway. Nie było ono stanowym dokumentem, a raczej identyfikatorem dla obcokrajowców, którzy pozostawali na Alasce dłużej niż miesiąc. Na kartę Dave’a strażnik tylko zerknął a mojej jakoś się tak przyglądał. Padła pierwsza seria pytań, na które Dave pomagał mi odpowiadać. Strażnik po chwili poprosił o paszport. I tu znów zaczął się przyglądać, sprawdzać i Canada-USA-Borderszeleścić moim dokumentem, po czym stwierdził, że widzi wizę. Fajnie, więc wszystko okej – pomyślałem, ale on dodał, że owa wiza uprawnia do przebywania na terenie Stanów Zjednoczonych, a Kanada do nich nie należy.
– Na wjazd do Kanady potrzebna jest wiza kanadyjska! – oświecił nas strażnik, jakbyśmy tego nie wiedzieli.
Dave, szybciej mówiąc niż myśląc, zaproponował strażnikowi, by mi taką wizę tu wbili i będzie po kłopocie. Powymieniali między sobą jakieś uwagi, po czym strażnik poprosił mnie do baraku. Oczywiście nie miałem żadnych sprzeciwów i grzecznie wysiadłem widząc, jak twarz Dave’a przybiera wyraz zakłopotania. W baraku musiałem przejść rutynową kontrolę, jak i odpowiedzieć na serię pytań, takich jak np. gdzie jadę, dlaczego przez Kanadę, ile mam pieniędzy, itp.
Zacząłem wyciągać na stół wszystkie swoje rzeczy próbując przekonać teraz już dwóch strażników, że zamierzam pozostać w Kanadzie tylko tydzień. Nie wyglądali jednak na chętnych, by mi uwierzyć. I było tak dopóty, dopóki nie dałem im wizytówki wujka z Winnipeg mówiąc, by zadzwonili i zapytali, czy do niego właśnie jadę. Oprócz tego pokazałem też mój bilet lotniczy, na którym widniała data powrotu na 28 września. Powyższe argumenty jakby pomogły, ale wciąż nie rozwiązały mojego problemu wjazdu do Kanady.
– Na granicach wiz się nie wydaje – powiedział jeden ze strażników.
– Chyba że, momencik – przerwał mu drugi.
Coś tam między sobą pogadali i po chwili zwrócili się do mnie mówiąc, że istnieje jeszcze inna opcja, a mianowicie mogliby się skontaktować z kanadyjską ambasadą i poprosić o przefaksowanie wizy. Usłyszawszy to czułem, jak mi rosną skrzydła.
– Możemy spróbować, ale to nic pewnego – dodał jeden z nich, gdy już pakowałem swoje rzeczy.
Strażnicy zatrzymali mój paszport i pozwolili wrócić do samochodu.
– Co oni ci tam robili przez tyle czasu? – wykrzyknął Dave. – Wszystko OK.? – szybko dodał.
– Chyba musimy uzbroić się w cierpliwość – odpowiedziałem tłumacząc, co zaszło w baraku.– A gdzie dziewczyny?
– Zgłodniały, więc pojechały na omleta do pobliskiego miasteczka, gdzie mamy się później spotkać – odpowiedział Dave.
– Mam nadzieję, że w takim samym składzie – dodałem.
Dave wpakował mnie do samochodu, bo ze zdenerwowania łaziłem w kółko jak głupi. Puścił jakąś badgeśmieszną muzykę, by oderwać trochę moje myśli.
– Panie Karol Stefansky – rzekł do mnie zbliżający się z moim paszportem w ręku strażnik. – Tak więc, panie Stefansky – powtórzył. – Mam tu pana paszport a w nim. – kontynuował, na co moje myśli same odpowiedziały, że pewnie w paszporcie mi wbili misia z zakazem wjazdu na lat dziesięć. Pomimo tego starałem się odepchnąć negatywne myśli na drugi tor i skupić na tym, co miał mi do powiedzenia strażnik.
– No więc w paszporcie znajdzie pan trzydziestodniową kopię jednorazowej wizy, która upoważnia pana. – dalej już nie słuchałem, choć oddając mi paszport strażnik usilnie zaznaczał, żebym uważał na przyszłość. Podziękowałem za fatygę i po chwili skierowałem swój wzrok na otwierający się szlaban słysząc, jak Dave dzwoni do dziewczyn wykrzykując – „On the way!”, czyli, że jesteśmy w drodze.

Wow, czyli w drodze do Skagway

ferryBiletu na prom do Skagway na szczęście nie trzeba było wcześniej rezerwować (w przeciwieństwie do biletu na samolot), toteż sympatyczna ekspedientka sprzedała mi wejściówkę na statek, którym miałem płynąć przez kolejne sześć i pół godziny. Nie chciało mi się siedzieć, więc pokręciłem się tu i ówdzie, po czym znalazłem się w promowym barze gdzie zamówiłem dużą kanapkę, kawę i parę owoców. Po posiłku postanowiłem pójść na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wylądowałem na górnym pokładzie, gdzie wyłożyłem się jak długi na wygodnym leżaczku, zażywając słonecznej witaminy D. Po chwili zjawiło się tu sporo ludzi i tak trzaskali leżakami, że nie można było spokojnie poleżeć. Jako że wszyscy rozkrzyczani goście układali się po prawej stronie pokładu, ja przeniosłem swój leżak na lewą, skąd patrzyłem, jak oni się tam po drugiej stronie gnieżdżą. Co chwilę pojawiali się kolejni ludzie i jakby byli przyciągani magnesem – mknęli od razu na prawo. A ja sobie tu poleżę i nie będę lazł tam gdzie wszyscy, jakby nie wiadomo co tam dawali – pomyślałem sobie zamykając oczy. Słońce jednak po chwili zniknęło. Ale ludzi zamiast ubywać zaczęło przybywać. I ci nowi również kumulowali się przy prawej burcie. Jak tak
dalej pójdzie – pomyślałem – to statek się przechyli i mój leżak tam do nich zjedzie, a ja razem z nim. Nie chciało mi się jednak wstawać, więc postanowiłem znów zmrużyć oczy i spróbować usnąć. Czy mi się udało? Usnąć – nie, ale usłyszeć, a po chwili i ujrzeć kolejnych głośno zachowujących się turystów i owszem; kolejna tura miała już przygotowane aparaty, tudzież kamery. Co oni tam takiego widzą, czego ja nie widzę, że cały ten ich gwar zamienia się w wypowiadanie na zmianę lub też równocześnie, jednego słowa: „Wow!”. Niedźwiedź jakiś, czy foka im się ukazała? – zastanawiam się co mogą tak tam podziwiać. Postanowiłem zebrać siły, by wstać i dołączyć do owej, dość już sporej grupy ludzi przy prawej burcie. Ledwo wstałem i pierwsze słowo, które niby sam do siebie, a jednak na głos wypowiedziałem, brzmiało: „Wow!”. To co ujrzałem, nie było foką, ani wielorybem. Nie było też niedźwiedziem polarnym, choć kolorem mogło go przypominać. Ale chwila, przecież to nie jest tylko biały kolor – zauważyłem wytężając wzrok. Wyglądem przypominało stok narciarski z zakrętem w lewo. Ogromna masa lodowa, mieniąca się paletą barw od czystej bieli przez błękit i różne odcienie brązu. „Wow!” – powtórzyłem. To jest przecież lodowiec! Jaki piękny! Jaki duży! – nie mogłem się napatrzyć. Przez kolejne pół godziny byłem przekonany, że był to jeden z najpiękniejszych widoków, jaki kiedykolwiek widziałem. Wszystko się jednak zmieniło, gdy dopływaliśmy do zatoki Bernersa, w której ujrzałem na własne oczy jeszcze większy lodowiec, ogromny w porównaniu do poprzedniego, którego oderwane kawałki pływały po wodzie. Poczułem wtedy, że jestem na Alasce i wiedziałem, że uczucie to będzie mi towarzyszyć podczas mojego pobytu w tym jakże pięknym zakątku świata przez następne trzy miesiące.glacier
Powoli robiło się chłodno, a i widoki już nie zaskakiwały niczym podobnym do poprzednich, więc postanowiłem zwijać się do środka. Klapnąłem sobie na jednej z ławek, gdzieś na tyłach promu. Powoli zamykam oczy i czuję, że ktoś mnie budzi. Otwieram je, cały czas nie wiedząc, czy to jawa, czy sen, i widzę stojącą przede mną postać – coś na wzór kapitana statku. Ma ładny niebieski mundur i granatową czapkę. Ale dlaczego on mnie budzi? Nie widzi, że próbuję usnąć? – pomyślałem niezbyt się tym wszystkim przejmując i dochodząc do wniosku, że śnię. Dziwne też okazuje się to, iż inne ławki, które wcześniej były okupowane przez innych turystów, teraz są puste. Ów kapitan znów mną potrząsa i tym razem przemawia. Widzę jego twarz i słyszę, że coś mówi ale jakoś nic do mnie nie dociera, no może za wyjątkiem jednego słowa – Skagway. A Skagway to mieścinka, do której płyniemy. A propos, czy my właściwie płyniemy czy stoimy? – myślę sobie. Może i stoimy. Pewnie znów jakiś lodowiec, a ludzie, którzy wcześniej siedzieli tu na ławkach, poszli znów
pstrykać fotki. Nagle nachodzi mnie myśl – czyżbyśmy już dopłynęli? Pytam kapitana, czy już jesteśmy w Skagway, a on z deko ironicznym uśmiechem odpowiada, że i owszem, jesteśmy, że czas na wysiadkę. No to idę – myślę sobie biorąc bagaże. Jak się okazuje, opuszczam pokład jako ostatni, nie licząc załogi i pana kapitana, który gdzieś się za mną kręci i coś sprawdza. Przy westmarkprzystani czeka bus – taksówka, której kierowca oferuje mi podwózkę za jedyne pięć dolarów. – Do hotelu Westmark – mówię, po czym ruszamy. Po około trzech minutach byliśmy już na miejscu, a kierowca usłużnie wyskoczył i wyciąga moje bagaże licząc na napiwek. Tym razem taryfiarz się przeliczył, bo nie skumałem o co mu biega, roztkliwiając się nad tym, jacy tutejsi ludzie są uprzejmi. W hotelu przywitała mnie pracująca na nocna zmianę młoda kobieta, która szybko zaprowadziła mnie do pokoju, w którym spędziłem swoją pierwszą białą noc na Alasce.

Welcome to Alaska!

 welcome to alaska

Witamy w Juneau

Tuż po dwunastej miałem samolot do Juneau, z przesiadką w Seattle. W sumie leciałem jakieś osiem godzin, czyli byłem na miejscu przed godziną siedemnastą, a to dlatego, iż przekraczając kolejne strefy czasowe należało odjąć cztery godziny. Jeszcze przed opuszczeniem lotniska w Juneau poczułem, że jestem na Alasce, a to za sprawą znajdującego się na nim mini muzeum, gdzie zobaczyć można m.in. wypchane postacie Eskimosów, niedźwiedzie i inne futrzaki.

Po odebraniu swoich tobołków ruszyłem na zewnątrz, gdzie miałem nadzieję znaleźć jakiś środek transportu lądowego, który zabrałby mnie do znajdującego się po drugiej stronie miasta portu, skąd odpływał prom do Skagway – mojego docelowego miasteczka. Okazało się, że autobus jest, ale dopiero co odjechał, zaś kolejny będzie za minut pięćdziesiąt i jadąc nim nie zdążę na prom, który odpływał o godzinie osiemnastej. Nie wiedzieć też czemu nie było widać taksówek, a żeby iść na nogach, to też za daleko, bo jakieś osiem mil czyli dobrze ponad dziesięć kilometrów. Może jest jakiś samolot – natchnęła mnie nowa myśl, po czym szybko wróciłem do terminalu. Zerkam na rozkład i okazuje się, że tego dnia są jeszcze dwa samoloty do Skagway. Pytam o cenę biletu no i w porównaniu do ceny promu w wysokości trzydziestu dolarów samolot to wydatek o pięćdziesiąt dolarów większy. Nie tanio – myślę sobie, szczególnie, że wszystkiego co miałem, to było niespełna trzysta dolarów, a przecież nie wiadomo kiedy jakaś pierwsza wypłata będzie. Z drugiej strony raczej nie miałem wyjścia, bo na prom z pewnością nie zdążę, a kolejny jest jutro w południe. Postanowiłem lecieć samolotem, a tam, w Skagway, będę się martwił, jak przeżyć do pierwszej wypłaty. Podchodzę do stanowiska z biletami, wyciągam pieniądze, odliczam należytą kwotę i mówię, że chcę jeden bilecik na ten pierwszy lot. Pani dziwnie na mnie patrzy, coś przy tym mówiąc, ale biletu mi nie daje. Może mnie nie zrozumiała lub pyta się, o który mi lot chodzi, więc na wszelki wypadek dodaję, że chodzi mi o ten o 18:15. Pani znów mi coś tam tłumaczy, ale wszystko, co jestem w stanie zrozumieć, to jej kiwanie głową raz w lewo, raz w prawo. Nie daję za wygraną i szybko pytam o ten drugi lot, o 20:15, ale orientuję się, że gest wykonywany jej głową pozostaje taki sam i z pewnością nie działa na moją korzyść. Zanim jednak odchodzę, pani od biletów sama zaczyna zadawać mi jakieś pytania, czy nie zechciałbym biletu, ale na jutrzejszy lot. A ja że nie, dziękuję i kieruję się znów na zewnątrz, gdzie mam nadzieję zobaczyć jakikolwiek pojazd z napisem „Do portu”. Na zewnątrz jednak pustki.

– Za niespełna godzinkę mam ostatni prom i muszę na niego zdążyć – mruczę sobie pod nosem. – Ale jak? Jak? Jak??? – Na co sobie szybko odpowiadam – No jak to jak? Na stopa!

Chwilę później stałem już na poboczu jednej z ulic z bananikiem na twarzy i kciukiem skierowanym ku niebu. Kilku pierwszych kierowców przejeżdżając odwzajemniło moje gesty, co wskazywało na to, że przynajmniej mnie zauważali. Ale mi zależało na czymś więcej. Na szczęście kierowcy nie dali się długo prosić, bo już po jakichś piętnastu minutach siedziałem wygodnie w pojeździe typu mini van, wraz z przesympatycznym amerykańskim małżeństwem. Podwieźli mnie pod samiutki prom, za co byłem im niezwykle wdzięczny, gdyż dzięki nim zdążyłem na rejs. Ale zanim się rozstaliśmy – to było śmiesznie – zacząłem im się kłaniać i po stokroć dziękować za podwózkę, na co oni za każdym razem odpowiadali: „Welcome!”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Witamy!”. Ale oni są sympatyczni, że tak mnie witają – pomyślałem idąc już w stronę promu. Niby łatwo zauważyć, że ja nietutejszy i może dlatego tak mówili, bym się tu, na Alasce, miło poczuł. W Nowym Jorku nikt mnie tak nie witał – pomyślałem. – To musi być coś w tych tutejszych ludziach z Alaski, że oni pewnie są jacyś milsi – kontynuowałem monolog w swej głowie. Później często opowiadałem o tym wydarzeniu swym znajomym, jak to mnie witali ludzie na alaskańskiej ziemi mówiąc ‘Welcome!’. Pewnego razu kolega Kris zapytał mnie o szczegóły i gdy powiedziałem, jak było, to Kris zaczął się śmiać. Zastanawiając się o co mu chodzi, pytam:

– Kris, coś ci się przypomniało, że tak się zacząłeś śmiać? – a on na to, że to nieporozumienie, bo źle ich zrozumiałem.

I teraz Krisa, śmiejącego się i próbującego coś w przerwach od śmiechu mówić, by znów zamienić to w głośny rechot, w ogóle nie rozumiałem. W końcu mój rozbawiony rozmówca uspokoił się i można było dalej toczyć naszą konwersację, jednak na pytanie czemu się tak przed chwilą śmiał, on znów, jak zaprogramowany, wpadł w stan śmiechowy.

– Masz u mnie piwo! – wykrzyknął w końcu dodając, że nawet by nie pomyślał, żeby ktoś mógł w ten sposób to zrozumieć.

– Co zrozumieć? – próbowałem się dowiedzieć, na co Kris w końcu wyjaśnił powód swojego dobrego nastroju.

– Słuchaj – zaczął Kris. – To całe twoje ‘welcome’, które ci ludzie wtedy mówili, to ma inne znaczenie.

– To znaczy? – zapytałem.

– No więc w języku angielskim jest wiele podobnych słów czy fraz, które mają kompletnie różne znaczenie i tak właśnie jest w przypadku tego twojego ‘welcome’.

– To jakie jest to właściwe znaczenie? – szybko zapytałem.

– No więc jest tak. Samo ‘welcome’ znaczy witaj/witamy, np. w naszym kraju – tak jak ty to zrozumiałeś. Natomiast fraza ‘You’re Welcome’, bardzo podobna w wymowie do samego ‘welcome’, ma kompletnie inne znaczenie, a mianowicie jest odpowiedzią na ‘dziękuję’ – po polsku znaczyłoby to ‘proszę’ – zakończył swą wypowiedź Kris, po czym zaczęliśmy się obaj śmiać i długo nie mogliśmy przestać. A ja nauczyłem się przy okazji nowej angielskiej frazy.

Od tamtej pory jakoś często słyszałem ludzi używających frazy ’You’re Welcome’, czy to w barze, kawiarni, sklepie czy na ulicy i gdyby nie sprostowanie Krisa, to nadal bym myślał, że się wzajemnie witają.