Darmowy e-Book anyone?

Nie rozumiem fenomenu Newslettera, Calling Centers, naganiaczy od Philipiaka czy innego tam Zeptera. A propos Newsletera, zastanawiam się czy pojawiający się on na wielu stronach i blogach jest czymś pozytywnym czy raczej negatywnym? Zastanawialiście się kiedyś jaki jest cel dopisania się do Newslettera? Czy faktycznie chodzi o to aby być na bieżąco z danym blogiem? Za dopisanie się do Newslettera blogerzy często dają coś w zamian, np. e-Booka. Często jest chyba dokładnie na odwrót, czyli: Dopisz się a ja Ci dam za to e-Booka; lub: Hej, tu jest dla Ciebie darmowy e-Book! Ściągnij go sobie! Ale…zanim to zrobisz, musisz się dopisać do Newslettera, ot taki malutki warunek. To tak jak na spotkaniu u Philipiaka mówią: Masz tu trzy super teflonowe i całkowicie darmowe patelnie! Ale… zanim je schowasz do torby, zapłać za czwartą.  Czy faktycznie otrzymujemy coś za darmo? Czy może ktoś nas robi, mniej lub bardziej świadomie, w bambuko? Niedawno wpadłem na ciekawego bloga, którego autor rozdawał swojego e-Booka bez żadnych warunków. Jedynie zasugerował, że jeśli książka się spodoba, można mu postawić w zamian e-Piwo, dokonując przelewu. W pełni dobrowolnie.

Idąc tym tropem, postanowiłem podzielić się swoim e-Bookiem, który można ściągnąć poniżej – zupełnie za free i bez żadnych warunków. Nie musisz ani stawiać e-Piwa ani wspominać, że ściągnąłeś/-aś książkę. Jedyne co możesz zrobić, jeśli Gość w Chicago Ci się spodobał, to ewentualnie podać go dalej (a jeśli się nie spodobał, napisz dlaczego). Bo jedyne na czym mi zależy to to, żeby e-Book trafił do jak największej liczby czytelników, a jego treść inspirowała do działania i pozytywnego myślenia.

Pobierz e-Booka tutaj

Czytaj dalej

Reklamy

Wszystkie drogi prowadzą do Skagway

skagwaystreetPrzyszedł czas na realizację jednego z moich „amerykańskich” marzeń – powrotu do Skagway, mojego ulubionego miasteczka na Alasce. Marzyłem o tym od 2002 roku i teraz nadszedł właściwy moment, by uciec od chicagowskiego zgiełku, wyścigu szczurów i wreszcie wybrać się w tę podróż. Jeszcze przed kupnem biletu do Juneau odwiedziłem dobrego kumpla, który, jak się okazało, często gościł na Alasce. Jeździł tam na coroczne polowania, o czym dowiedziałem się, gdy zwróciłem uwagę na leżące w jego domu narzuty i dywaniki – wszystkie wykonane z niedźwiedzich skór. Kolega szczegółowo opowiadał o każdej swojej wyprawie, a ja wtrąciłem, że też byłem na Alasce, a niedługo wybieram się tam po raz drugi i już nie mogę się doczekać. Maniek, bo tak miał na imię kolega, co chwilę wyjmował nowe albumy ze zdjęciami oraz kosze wypełnione po brzegi pamiątkami z Alaski.

– Z tego co wiem, to ty nie masz zielonej karty – stwierdził Maniek i dopytał, jak chciałem się tam bez tego dokumentu dostać (a potem wrócić), na co mu odpowiedziałem, że do podróżowania po Stanach wystarczy prawo jazdy lub ID, czyli amerykański dowód osobisty.

– Masz rację, ale, jakby ci to powiedzieć, jest taki mały wyjątek, a nawet dwa – kontynuował. – Pierwszy to Hawaje, a drugi Alaska.

– Jak to? – zapytałem.

– Nielegalni imigranci do Stanów przyjeżdżają nie tylko przez Meksyk, ale również przez Hawaje (tędy najczęściej przebywają Azjaci) i Alaskę (a tędy Europejczycy).

– I co to znaczy? – spytałem.

– Weźmy Alaskę. Ludzie dostają się tu przez zieloną granicę z Rosją, choć dla mnie to ta green cardgranica pewnie jest biała i mroźna, ale gdy są na Alasce, są już w Stanach. Rząd imigracyjny się w tym wszystkim połapał i zwiększył kontrolę dla wszystkich podróżujących na tej trasie, no a szczególnie wyglądających na tych ze wschodniej części Europy, czyli na przykład nas, Polaków. Kiedyś było inaczej i wystarczyło ID, ale od kilku lat, gdy tam jadę, zawsze pytają mnie o zieloną kartę – zakończył Maniek.

– Toś mnie kolego podbudował – odpowiedziałem. – Ja cię tu chciałem zapytać o najlepsze połączenia lotnicze, a ty mi wyskoczyłeś z taką opowiastką – dodałem.

Robiło się już późno i jakoś nie miałem ochoty na dalsze pogaduchy, więc zacząłem się powoli zbierać.

– Zastanów się więc chłopie z tą Alaską – dodał jeszcze z uśmiechem Maniek, gdy już wychodziłem.

No to mam o czym teraz myśleć – cynicznie powiedziałem sam do siebie. Prześpię się z tym, a jutro coś postanowię.

Nastał dzień kolejny, a potem następny, minął tydzień, a do głowy przychodziła jedna i ta sama myśl, a właściwie następujące pytanie: Czyżby ta podróż na Alaskę miała mnie przestraszyć, czy może sprawdzić, czy potrafię podjąć ryzyko? A ryzyko było takie, że jeśli poproszą mnie na granicy o zieloną kartę, faktycznie mogę w ogóle na Alaskę nie dotrzeć. Przypomniała mi się historia deportowanego Marka, a potem moja wyprawa z paszportem do szkoły. Wtedy też się bałem, niby mieli mnie deportować, a jednak nadal tu jestem, więc może i tym razem się uda – rozmyślałem. A może lepiej nie dmuchać na alaskanzimne? Ktoś kiedyś powiedział, że życie polega na kolekcjonowaniu ciekawych wrażeń a to mogło być jedno z nich – pomyślałem znacznie zbliżając się do decyzji kupna biletu do Skagway. W końcu doszedłem do następującego wniosku. Ostatnio moje życie było dość nudne i przewidywalne, więc najwyższy czas coś w nim zmienić; dać szansę nucie niepewności połączonej z ryzykiem. Zalogowałem się na jednej ze stron oferujących sprzedaż biletów lotniczych.

– No to kupujemy – powiedziałem do siebie klikając na „Rezerwuj”. Nie byłem pewien czy uda mi się z Alaski wrócić, więc kupiłem bilet tylko w jedną stronę – do Juneau, z przesiadką w Seattle, czyli na tę samą trasę, co za pierwszym razem w 2002 roku.

Teraz muszę rozplanować resztę, czyli przekazać wszystkie moje rzeczy komuś, kto, gdybym tu nie wrócił, zaopiekuje się nimi i potem ewentualnie do mnie wyśle. Będąc osobą często przeprowadzającą się nie miałem zbyt wielu rzeczy. Plan więc przedstawiał się następująco – ciuchy zostaną spakowane i zostawione na starym mieszkaniu, dzięki uprzejmości właścicielki, pani Marysi. Rower, rolki, łyżwy i parę drobnostek zawiozę do Grzesia, mojego serdecznego przyjaciela. On w razie czego będzie osobą wysyłającą. Pozostaje jeszcze samochód. Sprzedawać się nie opłaca, bo jak wrócę, to za to, co za niego dostanę, nic lepszego nie kupię. A jak nie wrócę? Umówiłem się z innym kolegą, Wieśkiem, że auto zostawię pod jego domem. On będzie odpalał go co kilka dni i przestawiał w inne miejsca, by nie wyglądał na pojazd porzucony. Jakby tego było mało, dostałem telefon od cioci o kolejnej przesyłce od WKU.

e-Mail do Kola:

„Kolo ciebie też WKU ściga? Bo mi od dłuższego czasu nie dają spokoju. Nie chcą akceptować zaświadczeń z amerykańskiej uczelni i każą się stawić na komisję. Najśmieszniejsze, że odrzucają zaświadczenia z mojego koledżu, bo ponoć data im się nie zgadza. W USA najpierw podaje się miesiąc a potem dzień. Oni błędnie to odczytują i czepiają się. Jak ja mam im to kolo wytłumaczyć? Elo!”

 Czerwiec zbliżał się dużymi krokami, a ja byłem coraz bardziej podekscytowany, jak i w pełni przygotowany na swą podróż. Czy aby na pewno uda się dotrzeć na Alaskę?

W końcu nadszedł dzień wylotu. Udaję się metrem na lotnisko O’Hare, na przedmieściach Chicago. Przechodzę przez odprawę bagażu głównego, po czym idę do poczekalni. Do odprawy pokładowej zostało jeszcze grubo ponad pół godziny. To dość stresujący czas, a gdy słyszę w głośnikach, że odprawa pasażerów do Seattle jest gotowa i można podchodzić, poziom stresu wzrasta jeszcze bardziej. Wkładam białe słuchawki w uszy, czapkę z daszkiem na głowę, wstaję i udaję się ku bramce. Oprócz i-Poda i czapki mam jeszcze popularne w Stanach spodenki Cargo w kolorze Khaki oraz klapki – japonki. Wszystko po to, żeby wyglądem przypominać przeciętnego wyluzowanego Amerykanina i by tym z lotniska nie przyszło do głowy, że może być inaczej. A polskie imię i nazwisko na moim ID? Co tam. Amerykanów z nazwiskami kończącymi się na ‘ski’ jest w Stanach mnóstwo. Zbliżam się do bramki i słyszę „thank you”. Też dziękuję, kłaniam się i idę do rękawa prowadzącego do samolotu. Teraz już w pełni wyluzowany, podśpiewując, odnajduję swoje miejsce, siadam i powtarzam w myślach: Udało się! Ale chwila, to dopiero część drogi i to część łatwiejsza, bo czekał mnie jeszcze lot z Seattle do Juneau. Na szczęście scenariusz się powtórzył i po kolejnym „thank you” poczułem wielką ulgę i radość, że mogę zrealizować marzenie powrotu do Skagway. Te dwa słowa sprawiły, że znowu poczułem pełnię życia.

glacierMój pobyt w Stanach Zjednoczonych, a ściślej mówiąc na Alasce, został przedłużony o kolejne trzy miesiące. Potem będę musiał jakoś wrócić z Alaski do Chicago i z tego co Maniek wspominał, to właśnie podróżując w tę stronę mogą wystąpić problemy. Ale tym, póki co, nie zamierzałem się przejmować. Jeszcze przyjdzie na to odpowiedni czas. Chciałem jak najszybciej dostać się do Skagway i cieszyć się z pobytu w tej jakże malowniczej mieścince.

Ląduję na otoczonym górami lotnisku w Juneau. Wchodzę do terminalu nr 1 (jedynego na tym lotnisku), widzę wypchane niedźwiedzie, ptaki i postacie Eskimosów, i czuję deja vu. Wszystko jest jak wtedy, w lecie 2002 roku.

Tym razem jednak miałem więcej szczęścia, bo kiedy zapytałem o bilet lotniczy do Skagway, pani w okienku skinęła głową, zapłaciłem i dostałem zadrukowany kawałek papieru. Czekając na odprawę nie dostrzegłem innych pasażerów. Wydawało mi się to trochę dziwne, bo wylot miał być za niespełna piętnaście minut. Przyszło mi na myśl, że pani z okienka biletowego poszła zadzwonić gdzie trzeba, by zawiadomić, że siedzi tu taki jeden, który wygląda na Polaka. Jednak moje pesymistyczne przewidywania nie sprawdziły się, babka wróciła i oznajmiła, że odlot będzie za dziesięć minut. Wtedy w poczekalni pojawił się facet z niewielkim bagażem, pasażer numer dwa, a za nim następny, wyglądający na funkcjonariusza służb granicznych, ale okazał się pilotem. Stwierdził, że mamy komplet i zaprosił na pokład.

Samolot nie wyglądał na maszynę pierwszej młodości, a śmigło trzeba było rozkręcać ręcznie. Oby nie zapeszać pocieszałem się usłyszanym kiedyś stwierdzeniem, że piloci latający po Alasce są jednymi z najlepszych na świecie, a to z tego względu, że muszą być przygotowani na często błyskawicznie zmieniającą się tu pogodę.

Po kilku minutach wzbijaliśmy się w górę. Siedzący obok pilota pasażer numer dwa, chyba przerażony tym, co widział przez przednią szybę, odwrócił się do mnie by pogadać, tudzież podpytać, co mnie na Alaskę przyniosło. Wyznał mi też, że bardzo nie lubi latać, a szczególnie tymi małymi wypierdkami, w których trzęsie jak w pojeździe typu off road. Mnie się ta podróż bardzo podobała, a gdy on wysiadł po drodze w Heins, szybko przeskoczyłem na jego miejsce i mogłem w pełni delektować się powietrznymi widokami.

skag mountUcieszyłem się widząc znajome góry, a pomiędzy nimi moje małe, ciche, zielone i póki co niezamglone, a wręcz bardzo słoneczne miasteczko. Mógłbym do niego wracać bez końca.

– Dzień dobry, Skagway! – wykrzyknąłem, podziękowałem za przelot, pożegnałem się z pilotem i udałem w stronę hotelu Westmark, znajdującego się przy krzyżówce ulicy Trzeciej i Spring.

American Daydream

flagCo wam przychodzi na myśl jak ktoś mówi Nowy Jork? A Los Angeles jaki wam obraz przywołuje? I w ogóle z czym się wam Stany kojarzą?

Dziś o książce. O ciekawych zapiskach Justyny Gaworskiej, która podczas niedługiego pobytu w Nowym Jorku, zamiast zwiedzać Statuę Wolności, spędzała długie godziny w studiu tanecznym. Nie byle jakim bo w Broadway Dance Center. Tak się widocznie dzieje gdy wpuścić zapaloną tancerkę do stolicy świata. Zamiast na Empire State Building, ona z ‘Empire State of Mind’ na słuchawkach, metrem do studia poznawać nowe kroki pod DReynoldsokiem światowej klasy choreografów wolała. Podobnie zresztą było w Los Angeles. Tyle że w uszach ‘California Love’. A cel główny i jedyny – Debbie Reynolds Dance Studio, kolejne choreografie i godziny spędzone na parkiecie.

Podróżując po Stanach, Justyna nie używa przewodnika bo albo wie co chce odwiedzić albo spontanicznie zmienia trasę, tudzież łapie nadążającą się okazję by zejść ze szlaku i zawitać w miejsca, których i tak na próżno w przewodniku szukać.

Odwaga, ciekawość, optymizm, otwartość, elastyczność, spontaniczność, odrobina szaleństwa i ryzyka, ale przede wszystkim pracowitość i wytrwałość fizyczna sprawiają, że podróż Justyny po Stanach jest na tyle intensywna i pochłaniająca, że od książki ciężko się oderwać.

Znajdziemy tu również kilka ciekawych wzmianek z dyskusji przedstawiających prawdziwy amerykański patriotyzm. Flaga i hymn są obecne w życiu Amerykanów znacznie częściej niż tylko podczas większych narodowych świąt czy imprez. Zastanawiam się, czy kiedyś w Polsce, częściej niż na majówkę, ludzie będą afiszować się z narodowymi barwami lub spać w biało-czerwonej pościeli. A może zaczniemy od skarpetek? Czy byłaby obraza?

road-trip-usaCi, którzy planują podróż za ocean, znajdą tu inspirację do stworzenia swojej własnej trasy. Justyna raz jest blisko natury przez długie dni przemierzając narodowe parki Arizony, Utah i Kalifornii czy dzikie zakątki Hawajów, by za chwilę pojawić się wśród wieżowców, ogromnych mostów i migających neonów wielkich metropolii.

Ktoś powie, że taka dłuższa wycieczka do Stanów to niebagatelny wydatek (sam przelot to kilka tysięcy złotych!?).

Autorka proponuje dwie drogi, polską lub/i amerykańską:

Klasyczny model polskiej podróży: najpierw pracuj potem podróżuj (studencki program Work&Travel);

Klasyczny amerykański model podróży: sprzedaj wszystko, wyrusz w podróż.american-daydream

Jeśli nie masz co sprzedać ani też studentem już dawno przestałeś być, ja proponuję trzecie wyjście – zbieraj, odkładaj, zamieniaj zaskórniaki na $$ a po jakimś czasie (raczej dłuższym niż krótszym) puszka będzie pełna zielonych. Zapoluj na tańszy bilet lotniczy i w drogę!

Tak czy inaczej, American Daydream Justyny Gworskiej polecam wszystkim.

Kanada 2 – Tajna misja

visa canadaDwoma samochodami wyjechaliśmy 16 września o świcie. Była nas czwórka – dwie dziewczyny: Niki i Mary, czyli koleżanki Dave’a jadące w jednym aucie i dwóch facetów w drugim, czyli wspomniany już Dave – barman z Fish Co. i ja.
Wcześniej pytałem Dave’a, czy nie będzie problemu z moja wizą, bo z tego co się orientowałem, Polacy muszą ją posiadać przy wjeździe do Kanady.
– Nie przejmuj się! – zapewniał mnie Dave. Amerykanie, by wjechać na teren Kanady, nie muszą mieć paszportów. Wystarczy, że śmigną kartą ID (odpowiednikiem naszego dowodu osobistego) przed oczami strażnika i on od razu otwiera szlaban. Często widząc że jadą Amerykanie, nawet nie pytają o dokument.
– Ale ja nie jestem Amerykaninem i nie mam czym śmignąć przed oczyma owemu strażnikowi – wyjaśniłem.
– Spoko, spoko. Wezmą cię za jednego z nas i nie będzie problemu – zapewniał Dave.
– No dobra – ufnie przytaknąłem wiedząc, że i tak nie mam czasu na wyrobienie kanadyjskiej wizy.
Po około pół godzinie dojechaliśmy do granicy. Ale granica – myślę widząc dwa szlabany i nieduży barak po lewej stronie. Dziewczyny przed nami zwalniają, przez otwarte okno podają swoje dokumenty ID i prawa jazdy podchodzącemu strażnikowi, ten im je oddaje, okno się zamyka i dziewczyny są już w Kanadzie. Teraz nasza kolej. Strażnik podchodzi a nasze okno się otwiera. Dave od razu zagaduje, jaka to ładna pogoda i że my jesteśmy razem z tymi dziewczynami, które wjechały przed nami – mówi pokazując w kierunku auta dziewczyn. Strażnik rozglądając się po naszym samochodzie, grzecznie zapytał o dokumenty. Ustaliliśmy wcześniej z Dave’m, że w takiej sytuacji na pierwszy ogień mam mu dać moje ID, które wyrobiłem sobie w Skagway. Nie było ono stanowym dokumentem, a raczej identyfikatorem dla obcokrajowców, którzy pozostawali na Alasce dłużej niż miesiąc. Na kartę Dave’a strażnik tylko zerknął a mojej jakoś się tak przyglądał. Padła pierwsza seria pytań, na które Dave pomagał mi odpowiadać. Strażnik po chwili poprosił o paszport. I tu znów zaczął się przyglądać, sprawdzać i Canada-USA-Borderszeleścić moim dokumentem, po czym stwierdził, że widzi wizę. Fajnie, więc wszystko okej – pomyślałem, ale on dodał, że owa wiza uprawnia do przebywania na terenie Stanów Zjednoczonych, a Kanada do nich nie należy.
– Na wjazd do Kanady potrzebna jest wiza kanadyjska! – oświecił nas strażnik, jakbyśmy tego nie wiedzieli.
Dave, szybciej mówiąc niż myśląc, zaproponował strażnikowi, by mi taką wizę tu wbili i będzie po kłopocie. Powymieniali między sobą jakieś uwagi, po czym strażnik poprosił mnie do baraku. Oczywiście nie miałem żadnych sprzeciwów i grzecznie wysiadłem widząc, jak twarz Dave’a przybiera wyraz zakłopotania. W baraku musiałem przejść rutynową kontrolę, jak i odpowiedzieć na serię pytań, takich jak np. gdzie jadę, dlaczego przez Kanadę, ile mam pieniędzy, itp.
Zacząłem wyciągać na stół wszystkie swoje rzeczy próbując przekonać teraz już dwóch strażników, że zamierzam pozostać w Kanadzie tylko tydzień. Nie wyglądali jednak na chętnych, by mi uwierzyć. I było tak dopóty, dopóki nie dałem im wizytówki wujka z Winnipeg mówiąc, by zadzwonili i zapytali, czy do niego właśnie jadę. Oprócz tego pokazałem też mój bilet lotniczy, na którym widniała data powrotu na 28 września. Powyższe argumenty jakby pomogły, ale wciąż nie rozwiązały mojego problemu wjazdu do Kanady.
– Na granicach wiz się nie wydaje – powiedział jeden ze strażników.
– Chyba że, momencik – przerwał mu drugi.
Coś tam między sobą pogadali i po chwili zwrócili się do mnie mówiąc, że istnieje jeszcze inna opcja, a mianowicie mogliby się skontaktować z kanadyjską ambasadą i poprosić o przefaksowanie wizy. Usłyszawszy to czułem, jak mi rosną skrzydła.
– Możemy spróbować, ale to nic pewnego – dodał jeden z nich, gdy już pakowałem swoje rzeczy.
Strażnicy zatrzymali mój paszport i pozwolili wrócić do samochodu.
– Co oni ci tam robili przez tyle czasu? – wykrzyknął Dave. – Wszystko OK.? – szybko dodał.
– Chyba musimy uzbroić się w cierpliwość – odpowiedziałem tłumacząc, co zaszło w baraku.– A gdzie dziewczyny?
– Zgłodniały, więc pojechały na omleta do pobliskiego miasteczka, gdzie mamy się później spotkać – odpowiedział Dave.
– Mam nadzieję, że w takim samym składzie – dodałem.
Dave wpakował mnie do samochodu, bo ze zdenerwowania łaziłem w kółko jak głupi. Puścił jakąś badgeśmieszną muzykę, by oderwać trochę moje myśli.
– Panie Karol Stefansky – rzekł do mnie zbliżający się z moim paszportem w ręku strażnik. – Tak więc, panie Stefansky – powtórzył. – Mam tu pana paszport a w nim. – kontynuował, na co moje myśli same odpowiedziały, że pewnie w paszporcie mi wbili misia z zakazem wjazdu na lat dziesięć. Pomimo tego starałem się odepchnąć negatywne myśli na drugi tor i skupić na tym, co miał mi do powiedzenia strażnik.
– No więc w paszporcie znajdzie pan trzydziestodniową kopię jednorazowej wizy, która upoważnia pana. – dalej już nie słuchałem, choć oddając mi paszport strażnik usilnie zaznaczał, żebym uważał na przyszłość. Podziękowałem za fatygę i po chwili skierowałem swój wzrok na otwierający się szlaban słysząc, jak Dave dzwoni do dziewczyn wykrzykując – „On the way!”, czyli, że jesteśmy w drodze.